Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
czwartek, 29 października 2015

Jakże byłoby fajnie, gdyby lekcje historii wyglądały w naszych szkołach tak jak lekcje pana Cebuli. Jest on oddany swojej pasji, jaką jest historia właśnie. Mało tego – potrafi nią zarazić swoich uczniów. Niekiedy potrzebują oni lekkiej „motywacji”, ale zawsze z ciekawością wykonują kolejne zadania. A jak wyglądają owe lekcji historii? Na pewno nie na wkuwaniu nudnych dat i faktów. Jedną z metod poznawania czasów zamierzchłych są podróże w  czasie. Dzieje się to za sprawą ławek, które teleportują uczniów do przeszłości. Wystarczy wskazać wiek, dalej konkretną datę – i fiuuuuu – już jakaś siła pcha cię w wieki minione. Aleks – rezolutny 12-latek ma pecha. Ciągle udaje się tam, gdzie nie zamierzał się znaleźć. Właśnie przez przypadek „odwiedził” Archiwum Watykańskie i jest świadkiem jak pewien skryba robi błędy przy sporządzaniu kopii dokumentu Dagome iudex. Niepozorna omyłka może się tymczasem okazać pomocna przy rozwiązaniu kolejnego historycznego zadania zleconego uczniom przez sympatycznego historyka. A brzmi ono: sprawdźcie, czy pierwszy władca Polski był Wikingiem. Aleks z grupą kolegów przenosi się w X wiek. Co z tego wyniknie? Przekonajcie się sami.

Pełna humoru opowieść, która mnie od samego początku kojarzy się ze słynnym cyklem: Strrraszna historia. Temat potraktowany z humorem, pełen ciekawostek, ploteczek z wieków minionych, na luzie. Historia to ludzie z krwi i kości z zaletami i wadami, z wyobraźnią. Wszystko to przekłada się na fabułę – charakterną, z jajem – ale też pełną cennych widomości na temat życia w czasach Mieszka I. Ważne miejsce w tej książce zajmują ilustracje Artura Nowickiego, zwłaszcza odcinki komiksu, które pokazują naszą historię z przymrużeniem oka.

Po lekturze wnioski nasuwają się same: fajnie byłoby przeżyć podobną przygodę podczas lekcji historii. Po drugie – mam nadzieję, że Grażyna Bąkiewicz będzie kontynuowała lekcje pana Cebuli i wkrótce zabierze nas na „wycieczkę” do innej epoki. Książka jest bardzo dobrze odbierana przez czytelników. Niedawno została wyróżniona w konkursie organizowanym przez portal Granice: „Najlepsza książka na jesień”.

Wiek 9+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

środa, 28 października 2015

 rokwmiescie

Gdyby tak ktoś zaproponował nam, że co miesiąc, przez okrągły rok, będzie fotografował ten sam obiekt i związanych z nim ludźmi, łatwo byłoby zauważyć, jak zmienia się wszystko. Co rusz pewnie pojawiałyby się jakieś nowe elementy tej całej układanki. Może szczegóły w wyglądzie ludzi: inne fryzury, inne stroje. Nowe rekwizyty na ulicach – w zależności od pory roku czy święta. Tak jest też w książce Katarzyny Boguckiej.

Pewien konkretny kadr pewnego miasta. Ludzie z nim związani: mieszkańcy, pracownicy, przypadkowi przechodnie. To miasto tętni życiem przez 12 miesięcy. Zmienia się tylko kolorystyka i oprawa. Gołe w zimie drzewa, na wiosnę puszczają pąki. Bożonarodzeniowe ozdoby znikają w styczniu, pod koniec października po mieście biegają dzieciaki w halloweenowych strojach.  Na początku jest prezentacja mieszkańców miasteczka. Są oni tak bardzo różnorodni: Mieczysław pracuje w centrum handlowym, Witek ma córkę, która prowadzi bloga modowego, Staś na wózku inwalidzkim lubi chodzić do szkoły i grać w szachy, Stefan pracuje w zoo. Mnóstwo osób. Niektóre tylko się przedstawiają, inne mówią o swoim hobby albo rodzinie. Za chwilę można zobaczyć, co robili przez cały rok. Magda urodziła dziecko. Jej mieszkanie jest w prawym dolnym rogu. Jesteśmy świadkami jak szczęśliwy tato biegnie do niej i do dziecka do szpitala –z naręczem kwiatów. Obserwujemy jak spędzają wolny czas i wywiązują się z codziennych obowiązków. Albo taki Stefan. Pracuje w zoo. Widzimy go podczas pracy, razem ze swoimi podopiecznymi w aurze jesiennej, za chwilę w śniegu.

Jest wiele sposobów na „czytanie” takich książek. Może skusicie się na to, by śledzić losy wybranej osoby. Zobaczyć, co robi na wiosnę, latem, jesienią, zimą? A może obserwować dane miejsce? By przekonać się, co dzieje się w ciągu 12 miesięcy, kto je odwiedza, jak zmienia się wystrój, umeblowanie, rekwizyty. Można również śledzić całe miasto, kartka po kartce. A może maluchy zabiorą na spacer po mieście swojego ulubionego ludzika lego lub jakąś inną figurkę? Na przechadzkę do zoo i parku, do lekarza, na rozmowę o ważnym projekcie do ratusza, do burmistrza, na zakupy do centrum handlowego. Taka zabawa sprzyja rozwojowi wyobraźni, zaznajamia dzieci z różnymi instytucjami, skłania do poszerzania słownictwa. Same plusy. Niemcy określają taką książkę jako Wimmelbuch – od wimmeln – czyli „roić się”. A tutaj roi się od postaci, roślin, budynków, szczegółów i szczególików.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia 

 

wtorek, 27 października 2015

1264_rodzenstwofront3d555pxszer

Któż z posiadających więcej niż jedno dziecko nie marzy o tym, by progenitura była zgodnym rodzeństwem? Znający problem z własnego podwórka wiedzą, że łatwo nie jest. Kiedy piszę te słowa na myśl przychodzi mi jeden z komentarzy, którego autorka kiedyś określiła parę swoich dzieci jako palestyńskiego żołnierza i izraelską księżniczkę. Zgoda na dłuższą metę – niemożliwa. U mnie za to dwóch chłopaków: wieczna rywalizacja, chęć pokazania kto silniejszy, wieczne walki, przeciąganie liny.  Od regularnych potyczek i wojen po sporadyczne „wojny podjazdowe”.

Małżeństwo psychologów – Natalia i Krzysztof Minge, zarazem rodziców trójki dzieci – napisało książkę, która dla rodzin wielo – dzietnych jest jak światełko w tunelu: z-g-o-d-n-e r-o-d-z-e-ń-s-t-w-o. W momencie bardzo powyborczym brzmi właściwie jak … wyborcza obietnica. A pojęcie to oznacza – coś bez większej wartości, z małą szansą na realizację. Tymczasem autorzy konsekwentnie udowadniają, że ów stan – zgodnego rodzeństwa, jest jak najbardziej możliwy. Pokazują to na wielu przykładach, omawiają sytuacje trudne, z jakimi spotkali się podczas wieloletniej praktyki i własnych rodzinnych doświadczeń. Co cenne – są to spostrzeżenia z naszego rodzimego podwórka – to ważne w momencie, gdy półki zalewają obcojęzyczne poradniki nie uwzględniające mentalności, różnic kulturowych, pasujące do naszych realiów jak kwiatek do kożucha. Z tego względu albo dziwaczne, albo niezrozumiałe, albo pełne różnych przypisów pochodzących od tłumacza.

Warto sięgnąć po tę książkę jeszcze przed pojawieniem się kolejnego dziecka w rodzinie. Autorzy omawiają sytuację i uczą jak przygotować dziecko na małe trzęsienie ziemi. Pojawienie się małego człowieka w domu wywraca prędzej czy później wszystko do góry nogami. Autorzy dużo miejsca poświęcają uwagi potrzebom młodszego i starszego dziecka, podpowiadają jak je zaspakajać, uczą prawidłowej reakcji na agresję starszego dziecka. Kolejne części książki dotykają w głównej mierze budowaniu relacji – nie tylko między rodzeństwem, ale między wszystkimi członkami rodziny. Autorzy nie unikają tematów tabu jak kryzysy rodzicielstwa, konflikty w rodzinie, błędy popełniane przez starszych wobec dzieci. Można się dowiedzieć mnóstwa ciekawych informacji na temat rozwoju dzieci, ich emocji i potrzeb. Jest mowa o konfliktach, przemocy, obowiązkach, roli zabawy w budowaniu relacji. Dużo miejsca poświęcono rodzicom. Autorzy nazywają problem, podają przykłady, następnie udzielają wskazówek – łatwo je odszukać na szarym tle. Na końcu każdego podrozdziału zebranie najważniejszych informacji w formie „zapamiętaj”. Książka podaje przykłady lektur, które mogą pomóc w budowaniu relacji; listę „zakazanych” produktów, które mogą wywoływać niekorzystne zachowanie: jak cukier czy napoje gazowane.

Na końcu bogata bibliografia – drążący temat mogą oczywiście poszerzać swoje horyzonty w dziedzinie budowania relacji. Ta akurat książka na pewno nie wyczerpuje tematu, ale wyjaśnia wiele problemów i na pewno uczy jak je rozwiązywać.

Wydawnictwo Edgard

niedziela, 25 października 2015

Książka Sylvii Schopf jest próbą przybliżenia świata teatru młodemu czytelnikowi. Stare, klasyczne sztuki - piękne, często z ważnym przesłaniem moralnym, ale … No właśnie jest pewne „ale”. Ich język jest często trudny, archaiczny wręcz. Same sztuki zdecydowanie są przeznaczone dla dojrzałego czytelnika. Wersje dla dzieci stanowią ciekawą alternatywę dla znanych motywów i tematów, jakie przewijają się w baśniach i bajkach.  Są swego rodzaju urozmaiceniem, proponują zupełnie coś innego niż tradycyjne teksty. Poniekąd przygotowują również na lekturę oryginału.

Trudno nie zgodzić się z tezą, że oryginalne zawsze jest lepsze. Wiele z takich klasycznych tytułów jest arcydziełami, a tekst „na podstawie” jest tylko namiastką literackiej perełki. Niemniej w „Świecie teatru” znaleźć można ciekawie opowiedziane historie, po które można na przykład sięgnąć przed wizytą w teatrze – jako swego rodzaju przygotowanie na trudniejszy tekst. Może zachęcą do wizyty w tym czarownym miejscu? W dzisiejszych czasach, w dobie tak atrakcyjnych dla dzieci cudów jak: komputery, laptopy, smartfony, tablety, wizyta w teatrze jest wydawać się może wyprawą na inną planetę.

Niniejsza publikacja zawiera 9 opowieści na podstawie bardziej i mniej znanych sztuk teatralnych. Są wśród nich: Faust Goethego, Rozbity dzban von Kleista, Zbójcy Schillera, Romeo i Julia oraz Sen nocy letniej Szekspira. Te mniej znane to: Leonce i Lena, Jedermann, Natan Mędrzec (przypowieść o trzech pierścieniach), Chory z urojenia. Każda sztuka jest „zapowiedziana” na specjalnym afiszu. Na nim czytamy krótkie streszczenie sztuki, osoby występujące oraz opis czasu i miejsca. Teksty nie są długie. Wiele z nich nadaje się na opowieści, które dobrze wypadłyby również przekazie ustnym. 

Jeśli ktoś skusi się na czytanie opowieści przed wizytą w teatrze, zakończenie zostawiłabym na „po”. Na pewno to wzbudzi to większe zainteresowanie.

Szukacie czegoś oryginalnego na długie wieczory jesienne – polecam tę książkę.

Wiek 9+

Wydawnictwo Jedność

 

wtorek, 20 października 2015

 

Trzymajcie się mocno.

Będzie niebezpiecznie.

I bardzo, bardzo mokro.

James Patterson to amerykański autor wielu thrillerów i powieści kryminalnych, spośród których wiele zdobyło miano bestsellera. Kilka z nich sfilmowano, wśród nich chyba najsłynniejsza: „W sieci pająka”. Nic dziwnego, że jego powieści dla dzieci przykuwają uwagę. W naszym przypadku najpierw była lektura radiowa – kilka razy udało nam się we wakacje posłuchać fragmentów książki w audycji „Radio Dzieciom”, dopiero potem: wersja papierowa, już w całości, ze świetnymi ilustracjami. A książka zapowiadała się ciekawie.

Rodzina Kiddów to nietuzinkowi ludzie. Od wielu lat mieszkają na statku: rodzice i czwórka dzieciaków: Bick, Beck, Burza i Tommy. To właśnie pierwszy z nich, rezolutny dwunastolatek jest narratorem w powieści. Dzieci nie chodzą do szkoły. Edukacją zajęli się rodziciele – oprócz dużej porcji wiedzy, cała czwórka dostaje na pokładzie statku niezłą szkołę życia. Ale nikt się nie buntuje. Uczą się chętnie, a trzeba powiedzieć, że mama i tata – na co dzień poszukiwacze skarbów, poprzeczkę postawili baaardzo wysoko. Wszyscy są zahartowani, potrafią sobie radzić w trudnych sytuacjach, nawzajem się wspierają i pomagają sobie. Choć muszę przyznać: ani kłótni ani sprzeczek nie brakuje. Jednak w rodzinie Kiddów – o czym nie raz się będziecie mogli przekonać, te ich spory i nieporozumienia zawsze są po coś. Wyzwalają wielkie pokłady energii i kreatywności. A jak to na morzu zazwyczaj bywa: po burzy zawsze jest słońce. Dzieciaki mają swoje sekrety i tajemnice, a każda przeszkoda to nowe wyzwanie i sprawdzenie siebie. Wyzwań nie brakuje. Niedawno w dziwnych okolicznościach zaginęła matka dzieciaków. Teraz ojciec. Wprawdzie nikt nie chce nazywać rzeczy po imieniu, ale raczej jest mała szansa na to, że tato żyje. Tymczasem terminy gonią. Rodzice przyjęli kilka interesujących zleceń, z których rodzinna firma musi się wywiązać. Dzieciaki postanawiają kontynuować rodzinny interes. Tymczasem statek, o dość specyficznym imieniu „Zguba”, na gwałt potrzebuje remontu. I brakuje też pieniędzy…

To tak tytułem wstępu – by zachęcić do sięgnięcia po dwa tytuły, które ukazały się niedawno. Pełno tu przygód, szalonych zwrotów akcji, niebezpiecznych typków, scen, które zmrożą krew w żyłach czytającego dziesięciolatka. Rodzeństwo jest elokwentne i mądralińskie – co widać w inteligentnych dialogach. Dzieje się dużo, statek przemieszcza się w nowe rejony mórz i oceanów. Swoją historie opowiadają ilustracje. Jest ich tu całe mnóstwo. Choć w książce przypisano je Beck, bliźniaczej siostrze narratora, tak naprawdę popełniła je Juliana Neufeld. Czarno – białe, jakby dokumentowały poszczególne wydarzenia, pełne szczegółów, z fantazją i humorem. Dużo wnoszą do tego cyklu. Myślę, że oba tytuły brzmią zachęcająco i wpisują się w oczekiwania najmłodszych tęskniących za przygodą: szukanie skarbów, wyjaśnianie tajemnicy starej mapy.  To zapowiedź niezłych emocji.

 

Wydawnictwo Znak

poniedziałek, 19 października 2015

Sześcioletnia Ala ma starszą o rok siostrę. Maja jest chora i cały czas musi przebywać pod kontrolą lekarzy. Dziewczynka nie widzi żadnych różnic i przeszkód: dla niej Maja to Maja, Księżniczka z Księżyca. Choroba siostry w niczym nie przeszkadza Ali:  by się kochać, razem bawić, cieszyć się swoją obecnością. Ala doświadcza jednak niezrozumienia ze strony klasowych kolegów i koleżanek, którzy reagują śmiechem na opowieści o chorej Mai. Kiedy siostra zostaje na stałe przeniesiona do szpitala, dziewczynka siada na progu i wyobraża sobie wspólne zabawy z Mają. Symptomy choroby Ala zaraz „ubiera” w bajkę. Bladość, osłabienie? Ciągłe leżenie w łóżku? Przecież takie są prawdziwe księżniczki. Personel szpitalny w białych fartuchach? To służący. Aparat tlenowy? Maja jest astronautką poznająca tajniki Kosmosu. Wyobraźnia i miłość dają Ali siłę do tego, by godzinami przesiadywać na szpitalnym progu. Tak – właśnie tak, bowiem zbliżenie się do siostry i na przykład zarażenie jej katarem może być dla Mai bardzo niebezpieczne.

Wzruszająca książka o chorobie najbliższych. O powolnym odchodzeniu. Próbie wytłumaczenia, dlaczego i po co to wszystko. O pięknych siostrzanych relacjach. O dawaniu siebie innym. Ulotne i bardzo delikatne ilustracje Katarzyny Babis. Książka oswaja z trudnymi tematami.

Wiek 5+

Wydawnictwo Widnokrąg

czwartek, 15 października 2015

ban1

Książkę poleciłabym … nie tylko dzieciom. Prawdę powiedziawszy: lektura sprawiła, że ja sama na chwilę zapomniałam o świecie. Co też ja tutaj wypisuję? Wyruszyłam w wyobraźni w świat. Uwolniłam się od zadań domowych (dzieci), obowiązków, pracy. Proszę Państwa: jedziemy do Japonii. I to zaraz.

Książka Zofii Fabjanowskiej – Micyk pokazuje, jak egzotycznym krajem dla nas Polaków jest Japonia. Mogłam tego doświadczyć kilka lat temu, kiedy w warszawskim liceum pracowała ze mną Japonka, która uczyła naszych uczniów japońskiego. Dla niej Polska też była „szokiem”. Zatem reakcja w obydwie strony – podobna. Ale właśnie dzięki takim różnicom świat jest ciekawszy, piękniejszy, bardziej tajemniczy.

Lektura dotyka wielu aspektów życia: nie tylko codzienności, dzięki której najlepiej poznać prawdziwego Japończyka. Jest i historia, i kultura, polityka. Mnóstwo ciekawostek, które u polskiego czytelnika wywołują zdziwienie. Moje dzieci z otwartą buzią wysłuchały informacji, że w japońskich szkołach nie ma instytucji pań sprzątaczek. To uczniowie sami po skończonych zajęciach  zakasują rękawy i zabierają się do pracy. Porządkowanie sal lekcyjnych, łazienek i korytarzy należy właśnie do nich. Albo kuchnia japońska: lody o smaku ośmiornicy, lizaki z ciekawą wkładką - mianowicie: suszoną rybą. I śmiech – reakcja na „daj dziobu”, co oznacza:” Wszystko w porządku”, a nie:  „daj dzioba” (daj buziaka). Takich niespodzianek jest tu naprawdę sporo. Autorka wyjaśnia wiele tajemnic, burzy stereotypy, wchodzi do japońskich domów, sprawia, że dociekliwy młody czytelnik (i nie tylko) będzie ukontentowany (to zresztą cel całej serii).

Całość podzielona na 34 rozdziały. Najpierw ciekawy wstęp z informacjami geograficznymi i miejscami, które warto odwiedzić. Obok miejsc  znanych, jak: Kioto, czy Góra Fuji długa lista miejsc osobliwych, do których rwie się serce i dusza ciekawa świata. A dalej to już feeria barw, dźwięków, smaków, pojęć. Tradycje, które mają swoje korzenie w dalekiej przeszłości, różnorodność, która pasjonuje, a jednocześnie trochę onieśmiela. Niesamowicie bogata historia, język i alfabet przypominający małe mróweczki. Dziwne przyzwyczajenia (dla nas): jak niewygodne łóżko (właściwie jego brak), brak stołu na „wysokich” nogach, gumowe domy, umiłowanie pracy, świętowanie jak rok długi, kapcie do toalety, dieta wodorostowa,  karłowate drzewka, kąpiele przed … kąpielą, złodzieje w skarpetkach, papierowe zabawki orgiami. To zaledwie szczypta tego, co znajdziecie w  tej książce.

Ciekawym zabiegiem autorki są wtrącenia w języku japońskim. Nie przeszkadzają one jednak absolutnie w lekturze. Wręcz przeciwnie – dodają one uroku, tworzą egzotyczny klimat i warunki do nauki japońskiego. Kolejny plus dla tej książki – to język. Krótkie rozdziały przypominają gawędy, a gawęda ma to do siebie, że chce się jej słuchać. To nie klasyczny przewodnik z ”suchymi”, rzeczowymi informacjami. Autorka sięga po liczne ciekawostki, również legendy, przypowieści. Na końcu słowniczek z ważnymi słowami i zwrotami (spokojnie jest zapis fonetyczny) i przepisy na kilka oryginalnych potraw japońskich: onigiri, anko i matcha latte.

Całość ciekawie zilustrowana przez Joannę Grochocką. W stylu japońskim, co dla mnie osobiście oznacza połączenie tradycyjnego z nowoczesnością. Delikatne rysunki, z dużym udziałem ulotnego różu. Jak płatki z wiśni na wiosnę, którymi Japonia obsypana jak długa i szeroka. Jest subtelnie i egzotycznie. Ważenia po lekturze? Ogromny apetyt na Japonię. Ale nie w  sferze wyobraźni i marzeń. Kto wie, może kiedyś….

Wydawnictwo Dwie Siostry

środa, 14 października 2015

Oj działo się, działo. Więcej niż w pierwszym tomie, w którym autorzy musieli dokonać pewnego wprowadzenia poświęcając więcej uwagi wszystkim bohaterom. Teraz bardziej skupili się na akcji. I choć pewnie czytelnik połapie się dzięki krótkim wyjaśnieniom o co w serii chodzi, akurat w tym przypadku polecałabym czytanie całości w odpowiedniej kolejności (właśnie ukazały się części – 3 i 4; w planach 10 odcinków). Emocji ni brakuje – stąd stwierdzam, że nie dla każdego nastolatka to książka. Jeśli ktoś lubi zagadki, gęsią skórkę, szczyptę strachu i ma mocne nerwy – to jest właściwym adresatem. Jeśli komuś marzą się tylko sielankowe przygody dwóch braci – zdecydowanie odradzam.

Przypomnę: bohaterami są dwaj bracia z tak zwaną przeszłością. Z domu z patologią – matka alkoholiczka, brak rodzinnego ciepła, rodzina zastępcza i problemy w szkole. Taki wstęp nie wróży niczego dobregoJ Dwaj chłopcy – starszy Alrik i młodszy Viggo. Ten drugi to straszna zadziora, skory do bójek z klejącymi rękami. Złodziejaszek, który nie ma żadnych zahamowań. I misja, do której zostali wybrani. Mają być strażnikami miejscowej biblioteki, która nie jest zwyczajnym miejscem. 

W miasteczku Mariefred pojawiła się …bestia. Nikt jej nie widział, ale są ofiary. Podejrzenia padają na bezpańskiego psa, z którym stara się zaprzyjaźnić jeden z braci. W powietrzu czai się niebezpieczeństwo, biblioteka jest zagrożona. Na dodatek pojawia się dość osobliwy gość: Damir, który budzi podejrzenia chłopców. Nic nie jest jasne do końca, a rozwiązanie jest naprawdę zaskakujące. Autorzy zastosowali ciekawy chwyt. Jedna akcja się kończy, gdy zaraz pojawia się kolejny znak zapytania. Ale to już materiał na kolejny tom.

Książka jest ciekawie zilustrowana przez rysownika komiksów. Tworzy on ciekawy klimat, jaki znamy z książek tego gatunku. Ilustrator przedstawia wybrane sceny w kolorystyce czarno – białej, dzięki czemu nabierają one charakteru dokumentu. Pojawiają się bohaterowie z poprzedniego tomu. Oczywiście drażni nas Simon, który zaczepia ciągle braci. To też ciekawy zabieg, bo człowiek się zastanawia, kiedy chłopak się w końcu doigra. Bracia dojrzewają do pewnych zdań, uczą się współpracy. W tej części doświadczają, co znaczy stara maksyma, że pokonać wroga bez walki jest najwyższą sztuką wojenną.

Wiek 12+

Wydawnictwo Media Rodzina

czwartek, 08 października 2015

300_0_productGfx_cf821961cd2e2e3a0efcd76f96bd7301

Co babcia/ dziadek robią w sanatorium?

-„Chodzi na zabieg”. „Odpoczywa”.

Mało polotu w tak przyziemnych odpowiedziach – prawda? A gdyby tak dzieciom objaśnić instytucję sanatorium na kilku przykładach z życia wziętych? Czemu nie spróbować?

 Oto pierwszoplanowi kuracjusze: panie i panowie w różnym wieku, pozawijani w ręczniki frotte, ubrani w wygodne dresy i wyelegantowani w najlepsze kreacje. Dla odpoczynku i – tu muszę dodać „niestety” – trapieni chorobami i schorzeniami. Przedstawieni z przymrużeniem oka w najróżniejszych sanatoryjnych sytuacjach: w gabinetach, sali gimnastycznej, eleganckim lokalu, na tarasie. Może babcia albo dziadek – podobnie jak panie: Wandzia, Ala, Genia, Kasia, Ela, Anna, Zosia, Nina, Tosia, Basia i panowie (ponoć w sanatoriach zawsze w mniejszości): Jan, Staś, Stefan, Adam pląsają na wieczorku zapoznawczym, moczą w basenie nagniotki, robią „rowerek oraz innych ćwiczeń szereg”? A może leżakują na werandzie, pławią się w borowinie? Goście wychodzą również poza budynek: możemy im towarzyszyć w parku zdrojowym. Razem z „babcią” i „dziadkiem” odpoczywamy przy tężniach i fontannach. Wszędzie zielono, przyjemnie, pogoda dopisuje. Dorota Gellner pokazuje, jak ludzie szukają i towarzystwa i samotności, jak leczą swoje bolączki, marudzą, śmieją się, bawią. Przedstawia pacjentów trochę w krzywym zwierciadle.

Krótkie teksty, scenki rodzajowe z dialogami, które niekiedy obnażają ludzkie słabości. Pomieszanie bajki ze światem realny. Ludziom towarzyszą zwierzęta: rekin, żaba, kot. Mało tego – przemawiają one ludzkim głosem

Książkę poleciłabym dla rozrywki również dorosłym, którzy nabierają sił, bądź zamierzają – w sanatorium. Powinna znaleźć się w każdej sanatoryjnej bibliotece. Wiadomo bowiem nie od dziś, że śmiech to również lekarstwo. A ta książka potrafi rozśmieszyć do łez. Może niejeden gość sanatorium odnajdzie się na kartkach książki rewelacyjnie zilustrowanej przez Adama Pękalskiego. I oczywiście polecam dla najmłodszych, dla których pojęcie sanatorium może  niekiedy brzmieć egzotycznie – jak „litchi” albo  „mascarpone”.

Jest kolorowo, wesoło. Można zobaczyć mysz w dresie i kota popijającego wodę mineralną. Doznania bezcenne.

Wiek 5+

Wydawnictwo Bajka

 

środa, 07 października 2015

denimblue1

Jak opowiadać młodym o PRL-u? Czy zrozumieją, mając do wyboru tyle ciuchów, słodyczy, zabawek? Bez potrzeby uważania na to, co się mówi, i gdzie? Gdy na półkach książki i prasa z całego świata? A dostęp do Internetu? Powtarzam uparcie: czy zrozumieją? Moje dzieci nijak nie mogą pojąć, że połowa klasy w podstawówce chodziła w takich samych tenisówkach. Że w paczkach świątecznych powtarzała się ta sama czekolada – jeśli oczywiście udało się ją wcześniej „Gwiazdorowi” upolować. A jak było w sklepie z pustymi półkami, w którym oprócz octu naprawdę niczego innego nie było? Każdy z nas, rodziców, musi chyba sam znaleźć sposób na to, by dotrzeć do młodego czytelnika: by zrozumiał, a może – by chociaż chciał zrozumieć.

Czy to w ogóle możliwe? Oj, dużo tu znaków zapytania. By młody człowiek chociaż chciał posłuchać i przez chwilę się zastanowić, jak żyło się w czasach niedoborów i niedostatków. I w chwili, kiedy zobaczycie ten niepowtarzalny „błysk zrozumienia” w młodym, jeszcze niedoświadczonym oku, podsuńcie mu koniecznie książkę Katarzyny Ryrych. Autorka na przykładzie losów 15-letniego Zygi stara się ukazać współczesnym co to znaczyło: dorastać w PRL-u. Kiedy czytałam te książkę, aż się uśmiechnęłam pod nosem, widząc wyjaśnienia niektórych wyrazów i pojęć, które dla dzisiejszego młodego czytelnika mogą okazać się za trudne i niezrozumiałe: Przyjaźń Polsko – Radziecka, bumelant, ohapowiec, ognisko (to zachowało się w moim mieście do dzisiaj – syn korzysta z dobrodziejstw tej instytucji – gitarowo – z różnym skutkiem). Do tego wplecionych mnóstwo tajemniczych słów w fabułę – zręcznie, bez jakiejś nachalności. Ryrych opisuje wszystko tak, jakby stała z boku i neutralnie przyglądała się nastolatkowi i jego rodzinie. Do akcji wkroczyły: Pewex, magiczny Zachód, czwartkowa Kobra, muzyka z radia Luksemburg. I w samym centrum tych peerelowskich gadżetów, jakkolwiek to brzmi, on – Zyga. Nastolatek z marzeniami i problemami, które nieodłącznie towarzyszą wchodzeniu w dorosłość. Właśnie: te marzenia, a właściwie TO największe: najprawdziwsze jeansy. Wranglery, które śnią się Zydze po nocach. Ale co zrobić, że kiedy ciągle pojawiają się nowe przeszkody i inne wydatki, a plany zakupu spodni spadają na plan dalszy? Czy uda mu się zrealizować marzenie?

Ciekawy obraz społeczny i historyczny, który zainteresuje nie tylko młodego czytelnika, ale również jego rodziców, którzy PRL „doświadczyli” na sobie.

Wiek 15+

Wydawnictwo Literatura

 
1 , 2