Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
piątek, 06 października 2017

Uśmiałam się, gdy czytałam o KOT-cie. Nie, nie pomyliłam się. To nie o zwykłego kota chodzi, ale o… KOT-a. Czyli: Kompletowanie Obsady Teatralnej. Takie czasy, że trzeba motywować młode talenty, zza kwiatków wyciągać, z różnych kątków i zakątków – by chciały się zaangażować w sztukę. W tym temacie spore doświadczenie ma pani Ela. Już ona sama wie, gdzie zajrzeć, gdzie szukać „chętnych”. Wprawdzie jeszcze niezbyt przekonanych do nowego zadania – ale to tylko kwestia czasu. Kółko teatralne „Konewka” zamierza wystawić sztukę o Konwencji praw dziecka, która została przyjęta przez Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych z dnia 20 listopada 1989 roku. W Polsce została przyjęta w 1991 roku. I teraz w tym momencie chciałabym uspokoić, że nie ma tutaj nudnych wywodów, wykładów na ten temat – to zapis spontanicznych rozmów, jakie odbywały się podczas prób do przedstawienia, reakcje młodych ludzi, interpretacje pewnych ustaleń i zapisów. Dużo się dzieje, jest głośno, wesoło, czasem pyskato. Wiadomo, młodzi ludzie chcą dojść swoich racji, chcą uzasadnić, dowiedzieć się. W każdym razie – nie można się nudzić.

Przerobić ten temat na książkę, które będą miały czytać dzieci, na pewno jest wyzwaniem. Autor wplótł różne zagadnienia do rozmów aktorów z opiekunką teatru. Stworzył scenki, w których pojawiają się ważne pojęcia. Jednocześnie nie ucieka się do monotonnych definicji, ale próbuje wyjaśnić problem właśnie poprzez dyskusję – prowadzone ot tak sobie, mimochodem. Dodam, że jest bardzo twórczo i kreatywnie.

Pomijając już tematykę przedstawienia, Kasdepke ciekawie pokazuje relacje między dziećmi (choć pewnie niektórzy z nich nie byliby zadowoleni z tego określenia). Często my, dorośli, narzekamy, że media społecznościowe, dostęp do tabletu, Internetu zabija te relacje, psuje. Dzieci mają potem problemy w nawiązywaniu kontaktów, wypowiadaniu się. Tymczasem w tej książce wygląda to wzorcowo: rozgadana dzieciarnia, współpracująca ze sobą, dążąca do tego samego celu, z  dystansem traktująca problemy, szukająca rozwiązań, dyskutująca z dyrektorem. Naprawdę mi się podobało. W końcu  ma do tego prawo, co po tej lekturze jest dla nas oczywiste:)

Wiek 7+

Wydawnictwo Literatura

środa, 04 października 2017

Pewnie nie raz spotkaliście się z opinią: „Ja w twoim wieku….”. I potem następowała cała lawina przykładów czego to rodzice, dziadkowie i ciocie z wujkami w naszym wieku (ponoć) nie robili. Tymczasem, gdyby tak przenieść się wehikułem czasu do przeszłości, rzeczywistość wyglądałaby inaczej. Ach, mieć taką możliwość i podejrzeć tych wszystkich narzekaczy, którzy ponoć byli czyści jak łza, bez wad. Sama słodycza – a ta, jak wiadomo, w zbyt dużych ilościach potrafi zemdlić. I właśnie tym tropem poszedł Paweł Beręsewicz, który w zabawny sposób prześledził losy pewnego powiedzonka w rodzinie Maćka.

„Co z tego dzieciaka wyrośnie! Mnie w jego wieku coś takiego nie przyszłoby do głowy!”

Od współczesności do czasów Polski pod zaborami. Choć spokojnie – to informacja dla tych, którzy nie lubią zbyt historii. Autor skupił się tu na relacjach rodzinnych i pewne daty zapalające światełko: oho: czasy powstania styczniowego czy listopadowego, naprawdę niewiele tu wnoszą. Raczej pozwalają usytuować dane wydarzenie w czasie. A więc przenosimy się do czasów pra-, prapra-, praprapra- i prapraprapradziadka. Wszystkie pokolenia chłopaków rodziny Maćka, ich figle, żarty i komentarz dorosłych, którzy, jak się okazuje, wcale lepsi od niego nie byli.  Każdy rozdział to kolejny pan z rodziny – w relacji z rodzicami. Jakiś zwariowany pomysł, który powodował, że rodzice przez pół nocy przez dziecko nie spali. I słynne powiedzonko, które już cytowałam, jako podsumowanie zachowania. I znów wyprawa w czasie – tym razem autor powiedzonka w akcji – tyle że ze swoimi rodzicielami.

Książka może skłoni do rodzinnych wspomnień, szukania podobnych historii. To też doskonała okazja, by przenieść się do przeszłości, czasów lamp naftowych, długich sukien, cylindrów i meloników, gazet, zabaw podwórkowych do zmroku. Ktoś kiedyś powiedział, że czasy się zmieniają, ale natura ludzka pozostaje taka sama. Pewnie psoty i figle – drodzy Rodzice, są wpisane w naturę małych dzieci. I nic tego nie zmieni. Co świetnie udowodnił Paweł Beręsewicz.

Książka bardzo się podobała mojemu młodszemu synowi. Oj, było wesoło podczas lektury.

Wiek 4+

Wydawnictwo Literatura

wtorek, 03 października 2017

Tak, tak, kochani. Mamom zdarza się chorować. A gdy już jakaś mama położy się do łóżka (co, pewnie wiecie z własnego doświadczenia, łatwe wcale nie jest) – wówczas wszystko w domu „leży” też. Basi i Jankowi jest z tego powodu bardzo przykro. Więc – kiedy tata proponuje wyjście na basen radości nie ma końca. Cała trójka udaje się do nowoczesnego obiektu kąpielowego, gdzie czekają na nich różne fantastyczne atrakcje. Na przykładzie Basi i Janka najmłodsi poznają to miejsce, uczą się odpowiedniego  zachowania. Bieganie po mokrej powierzchni może skutkować nieprzyjemnym wypadkiem – takim, jaki spotkał główną bohaterkę.

Czas na basenie – dla Basi, Janka i taty to pięknie spędzony czas. I choć ojciec z tęsknotą spogląda na jacuzzi – to widać, że tak naprawdę jest w swoim żywiole, tapla się w wodzie z przyjemnością ze swoimi pociechami. Pływanie, zabawy, coś dla ciała przy barze. Na szczęście chora mama dochodzi do siebie. Po powrocie okazuje się, że stan jej zdrowia idzie ku lepszemu, natomiast tata ….. wykończony, zasnął. Ale ciii – cytując książkę – sen to najlepszy lekarz.

Kolejna „Basia” oswaja maluchy z codzienną rzeczywistością. Udana część, dzięki której maluchy nie znające basenu mogą go poznać, rozwijaj słownictwo o wyrazy „około basenowe”. Basię zawsze polecam gorąco.

Wiek 3+

Wydawnictwo Egmont

 

poniedziałek, 02 października 2017

 

Ostatnimi czasy ukazało się kilka ciekawych lektur dla młodych miłośników motoryzacji. „Ale auta” niewątpliwie do nich należą. Gdy jeszcze do tego dodam, że ilustracje są autorstwa Macieja Szymanowicza – można już tylko westchnąć – to naprawdę musi być „niezła bryka”. Historia samochodu napisana niesztampowo, zaskakująco, ze wszystkimi smaczkami – czyli również towarzyszącymi im opowieściami o serach cheddar i roquefort (ale o tym sza). Żarty na bok. Choć nie sposób je tu pominąć, bo choć z jednej strony książka przekazuje naprawdę dużo informacji na temat przeszłości samego samochodu, sprzętu, imprez z nim związanych, to zostało to przekazane w sposób niezwykle lekki, niekiedy z przymrużeniem oka, a często właśnie z dużym poczuciem humoru. A wspomniane sery mają swoje zaszczytne miejsce w jednej z samochodowych historii.

Wprawdzie autor nie zaczyna od samego początku – czyli jak to z kołem było, ale sięga do dawnych czasów, kiedy jeżdżące maszyny pojawiły się na drogach Europy, czym budziły przestrach wśród mieszkańców ale i zaciekawienie. Uruchamianie pojazdu na korbę, sygnalizowanie skrętów rękoma, światła – od karbidowych lamp po dzisiejsze diodowe cudeńka,  historia znaków drogowych, czy różnego rodzaju dodatki do aut: jak trąbki, maskotki, termometry, reflektory itp. W kilku miejscach pojawia się tematyka produkcji samochodu – od długiego cyklu trwającego kilka tygodni, potem dni , by osiągnąć w końcu cel: czyli nowoczesna hala produkcyjna, w której auto powstaje w ciągu kilku godzin.

Każdy znajdzie tu coś dla siebie: bo mowa jest też o modzie samochodowej, znanych kultowych modelach, reprezentantach polskiej motoryzacji. Można zobaczyć jakimi samochodami jeździło się w czasach PRL-u. Powiało również nowoczesnością, bowiem dzieci dowiedzą się, z jakich materiałów produkowane są współczesne auta, poznają tajemnice bolidów.

Książka jest świetnie zilustrowana. To swego rodzaju wędrówka po różnych epokach – a tej wyprawie towarzyszy oczywiście główny bohater – samochód. Szymanowicz celująco uchwycił klimat czasów długich sukienek i skórzanych pilotek.

Wiek 7+

Wydawnictwo Egmont

niedziela, 01 października 2017

 

Z ciekawością wyglądałam baśni z odległego Tybetu. Geograficznie – daleko. Kulturowo, mentalnościowo – również. Dach świata, który pojawia się co rusz w wiadomościach, relacjach z wypraw górskich i podróżniczych. Kusiły te baśnie, oj kusiły – ze względu na swoją egzotykę i piękne wydanie. I chęć uzupełnienia apetycznej kolekcji baśni świata, wydawanej w charakterystycznym kwadratowym formacie. I choć miłośnicy gatunku przyzwyczajeni są do swego rodzaju estetyki: górowania pewnych wartości, zwycięskiej walki dobra ze złem, wysuwania na plan pierwszy cnotliwych bohaterów – właśnie w tym aspekcie baśnie te również potrafią zaskoczyć. Bowiem niektóre postacie nie do końca są kryształowe. Ich cechy to: spryt, szukanie łatwiejszej drogi na skróty. Pokazują naturę człowieka, łasego na pokusy, nie zawsze silnego, wybierającego łatwiejsze – choć może nie do końca szlachetne, rozwiązania. Kiedy biedak Czampa („Dwaj sąsiedzi”) zostaje oszukany przez swojego bogatego sąsiada, posuwa się do tego, by ukarać go poprzez podmienienie mu syna. Trochę nawiązuje to do współczesności, gdy w różnych książkach, filmach, to właśnie antybohater chwyta nas za serce, i to jemu sekundujemy do samego końca. Choć w przeważającej części baśnie zawarte w opisywanym tomiku zawierają ukryte nauki moralne, rozbudzają wyobraźnię, wyraźnie pokazują co jest czarne a co białe. Wiele motywów jest tu nowych, przygody postaci wciągają, gdyż rzadko nawiązują do naszego kręgu kulturowego, ich nieprzewidywalność i często zaskakujące zakończenie, każą śledzić je z wypiekami i ciekawością. Rządzą : prawość, dobro, piękno wewnętrzne. Wróżka z baśni „Chłopiec ze spłaszczona głową” przyzwyczaja się do szpetoty męża, mało tego – z biegiem czasu – coraz bardziej darzy  go uczuciem miłości. O losach bohaterów często decydują dziwne zbiegi okoliczności: dobro zostaje wynagrodzone: wróżbita za uratowanie życia królowi otrzymuje połowę jego królestwa, a  wspomniany już Czampa ratując bezbronnego wróbla zostaje obdarowany bogactwem. Baśnie opowiadają o codziennym życiu swoich bohaterów wypełnionym pracą, wychowywaniem dzieci, zdobywaniem pożywienia i takimi drobnostkami jak … chociażby kłótnie i swary małżeńskie. Z doświadczeń władcy Baczy i jego żony można wynieść taką naukę, że na kłótni jednych zawsze korzystają postronne osoby i że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje.

Ciekawie zostały pokazane przemiany bohatera. Kilka przygód matczynego pieszczoszka, ujętych w odrębne teksty, to swego rodzaju Bildungsroman. Syn wdowy, dawniej pod skrzydłami matki, teraz musi nauczyć się sam sobie radzić w różnych sytuacjach. Wykorzystuje swój spryt, niekiedy głupotę innych i zdobywa w ten sposób bogactwo i autorytet.

Baśnie tybetańskie kuszą również egzotyką: to świat, w którym pojawiają się jogini, lamowie, w  którym panuje wiara w poprzedni żywot. Mężczyźni mają w uszach długi kolczyk, noszą warkocz, paradują w czubie. Pojawiają się potrawy z tamtego regionu, zwierzęta wraz z ich symbolicznym znaczeniem: długowłose woły jaki, które dają wełnę, mleko, a z ich kości wyrabia się narzędzia. Kruk – opiekun i strażnik, uosabiający ochronne moce Buddy. W tych baśniach grzeje ciepło, które wydzielają w ognisku placki z odchodów jaka. Zatem można się czegoś dowiedzieć o życiu w tamtym rejonie, zwyczajach i wierzeniach.

Atutem tej książki są oczywiście ilustracje Fąfrowicza, znakomicie oddające klimat utworów, nawiązujące do tradycji i wierzeń, przedstawiające bohaterów tych historii. Jest ich mnóstwo, niekiedy co stronę, dwie, spotkać można małe motywy ilustracyjne, bądź obrazy na całą stronę.

Wiek 7+

Wydawnictwo Media Rodzina

 

piątek, 29 września 2017

I się doczekałam kolejnego tomu. Dwójka śledczych: Pia Sander i Oliver von Bodenstein znów muszą rozwikłać zagadkę morderstw. Mała miejscowość w niemieckich górach Taunus – a tyle się dzieje. I to od kilku sezonów. Jednak mogę zapewnić, że nie ma przesytu. To trochę jak podglądanie kogoś z boku – i ciągle coś nowego. Począwszy od pierwszego tomu poznajemy nie tylko dwójkę głównych bohaterów, ale również inne osoby- ściśle lub luźno związane z Pią i Oliverem, z miejscowością czy wydziałem śledczym, gdzie pracują. Zmieniają się, jedni umierają, inni rodzą, wracają w rodzinne strony, wyjeżdżają. W najnowszym tomie przewija się naprawdę mnóstwo postaci. Ktoś policzył – jest ich prawie 60. To szerokie pole do popisu: co rusz przenosimy się ze śledztwem w inne miejsce, co rusz spotyka się kogoś innego. Mała miejscowość w Hesji istnieje naprawdę: Ruppertshain. Tutaj trup ściele się często i gęsto, ale autorka opisuje przecież to, co zna najlepiej – czyli okolice, w której sama od kilku lat mieszka. W najnowszej powieści wszystko zaczyna się od wypadku na campingu należącym do lokalnej gospody. W pożarze przyczepy ginie mężczyzna w dojrzałym wieku. Nie chcę tutaj zdradzać zbyt wiele, ale w kwestii morderstw i niebyt przyjemnych wypadków to jest zaledwie czubek góry lodowej. Śledztwo od samego początku nabiera rozpędu, a w trakcie jego prowadzenia wiadomo już, że: primo: i tym razem łatwo nie będzie; secundo: być może trzeba będzie sięgnąć do zdarzeń, które miały miejsce przed 40-u laty. Na czym polega szczególna trudność? Oliver von Bodenstein pochodzi z tych stron, wszystkich zna, niekiedy świetnie orientuje się w historii całych rodzin, koligacji. Tutaj spędził dzieciństwo. Trudno niekiedy dobrych znajomych, ba – przyjaciół traktować formalnie. A jak się okazuje trzeba po takie środki właśnie sięgnąć. Dotyczy to zwłaszcza tych znajomości szczególnych: bandy rówieśników z dziecięcych lat. I kiedy wydawać by się mogło, że powinny to być najpiękniejsze wspomnienia: bo wspólne włóczenie się po okolicy, psoty, wypady w naturę, rozmowy, zabawy - rzeczywistość okazuje się być zgoła inna. To bolesne wspomnienia: nagle okazuje się, że z perspektywy dorosłego widać pewne rzeczy inaczej, w szerszej perspektywie, których jako dziecko nie było się w stanie poddać analizie, właściwie zrozumieć. Mając doświadczenia nazbierane podczas długich lat życia łatwiej odpowiedzieć sobie na pytanie: kto był tym właściwym przyjacielem a kto wrogiem. I z takim krótkim wstępem Was zostawiam, bo nie chcę oczywiście psuć lektury wyjawiając z byt wiele. Dodam jeszcze, że tak jak i w innych powieściach cyklu śledztwo jest prowadzone jednym torem, natomiast autorka zdradza nam wiele na temat życia prywatnego obojga śledczych. Związek Pii się rozwija, Oliver ma bardziej skomplikowaną sytuację życiową. Dochodzą do tego coraz problemy z córką, która – ma charakterek, oj, ma. Książka wielkich gabarytów, 712 stron – czyta się szybko. Na pewno w jej towarzystwie warto spędzić długie jesienne wieczory.

Wydawnictwo Media Rodzina

czwartek, 28 września 2017

Pamiętam jak kilka lat temu, kiedy odłożyłam ostatni tom Cukierni, pomyślałam sobie: szkoda, że to już koniec. Książki czytane przez wszystkie panie w mojej rodzinie, pożyczane sąsiadkom, koleżankom. Kupowane pod choinkę, na prezenty. (Zawsze był to trafiony prezent). Teraz wszystkie ucieszyłyśmy się, że jest kontynuacja. Miejsce jest znane: Gutowo i najbliższe okolice. Niektórzy bohaterowie pojawili się w pierwszej serii. Teraz odwiedzamy ich znów, pojawiają się nowe osoby i nowe wątki. Na całe szczęście Gutowo liczy sobie kilka tysięcy mieszkańców, stąd nadzieja, że autorka – Małgorzata Gutowska- Adamczyk coś na pewno jeszcze w przyszłości wymyśli. To lektura dla tych, którzy lubią wspomnienia rodzinne, wycieczki do przeszłości, niedomówienia podczas opowieści i czekanie na rozwiązanie zagadki. Właśnie na to ostatnie trzeba będzie trochę poczekać, bowiem w pierwszym tomie jest kilka nierozstrzygniętych kwestii, tajemnice, krzywdy sprzed lat. W planach – kolejne dwa tomy i wierzcie mi, trudno się będzie doczekać. Autorka uchyla rąbka tajemnicy powolutku, na razie tworzy klimat, przedstawia swoich bohaterów i skomplikowane relacje między nimi. Koncentruje się na rodzinie Hrysiów – znani w okolicy cukiernicy biorą udział w konkursie na najlepszy wyrób cukierniczy. Cukiernia pod Amorem proponuje proste ciasteczko z … wróżbą. Siła tkwi właśnie w prostocie. Wystarczy skusić się na słodki smakołyk, a zwinięta w środku karteczka podpowie, co daną osobę być może czeka w przyszłości. Wszyscy po kolei kuszą się na słodkości i wszyscy łakomie pochłaniają oczami przepowiednie. Co ciekawe – wiele z nich faktycznie pasuje do życiorysów i obranych dróg. A czy ciastko wygra konkurs?

Gutowo odwiedzają dwie kobiety: Monika i Teresa. Obydwie bogate, spełnione w życiu. Czegoś jednak szukają, chcą zrozumieć, uciekają we wspomnienia. Krocząc uliczkami Gutowa, odwiedzając dawne miejsca ich bytności, budzą pamięć, przywołują ludzi, których dawno już nie ma. Z drugiej strony budzą też demony: każda z nich ma coś do ukrycia. Przez wiele lat spychane do zakamarków pamięci, teraz pojawiają się ze zdwojoną siłą, domagają się wyjaśnień, wyciągnięcia na światło dzienne. Tymczasem w cukierni praca wre. Dochodzi do konfliktów właściciela z synem. Waldemar wynajmuje nawet prywatnego detektywa, który ma wyjaśnić zagadkę tajemniczego częstego znikania Zbyszka. Kiedy okazuje się, że powód jest prosty i dość przewidywalny: kobieta, czujność rodziców Hryciów na chwilę zostaje uśpiona.

Książka oprócz ciekawych wątków fabularnych zawiera interesujące tło społeczno – historyczne. Powojenna Polska, czas wprowadzania komunizmu, czasy współczesne. Autorka co rusz opisuje jakąś ciekawostkę dotycząca danego życia: mnie wciągnął opis uprawy lnu. Dziś, kiedy ubrania z tej tkaniny są bardzo drogie, aż wierzyć się nie chce, że dawniej nawet biedota wiejska biegała na co dzień w lnianych sukienkach i portasach.

Niezmiernie miło było znów odwiedzić stare kąty. Trochę jak bohaterki – Monika I Teresa – również i my krążymy wśród starych kamieniczek, ogrodów, maleńkich sklepików. Szukamy tego, co poznaliśmy kiedyś. Ta książka ma coś z rodzinnej gawędy. Dawniej w jesienne i zimowe wieczory siadało się w kuchni przy stole i wspominało, opowiadało zasłyszane historie po raz setny. Gutowska tak właśnie pisze – snuje swoje opowieści, koncentruje się na jakimś szczególe, komplikuje ludzkie losy. Ku naszej uciesze – bo książka na pewno może się spodobać. Mało tego – nie można doczekać się kontynuacji. Mam nadzieję, że ta szybko nastąpi.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

środa, 27 września 2017

Dziwny tytuł: „Między niebem a Lou”. Kim jest Lou? To żona znanego kardiochirurga Josepha. Niedawno odeszła. Teraz rodzina pogrążona jest w smutku: najbliżsi: i mąż i dzieci z rodzinami starają się ułożyć życie na nowo. Lou już nie ma – jednak jej mały przebiegły pomysł nie pozwala się innym „rozsypać”. Na czym polega cała zagadka? To list odczytany u notariusza po śmierci kobiety. Widząc w jakiej sytuacji jest jej rodzina, jak kiepskie relacje są pomiędzy ojcem a córką i synem, między rodzeństwem, między wnuczkami, Lou postanawia działać nawet zza grobu. To Joseph dostaje zadanie scalenia rodziny i poprawy relacji. I choć zazwyczaj jest pod górkę – i to czasem tak bardzo, że sił braknie, że aż chce się targnąć na swoje życie – Joseph krok po kroku daje rade z wypełnieniem ostatniej woli zmarłej. A jest tyle do uporządkowania. Wyspa, gdzieś na końcu świata, z jeden strony jest tym czynnikiem, który dawniej podzielił członków rodziny – z drugiej zaś tym, co ich w końcu połączy. Bo któż z młodych chce spędzić życie w miejscu, w którym nic się nie dzieje. Kiedy kusi wielki świat karier w biznesie, filmie. Do pewnych rzeczy trzeba albo dojrzeć, albo się przekonać.  Nawet Joseph przez wiele lat dzielił swe życie między stolicę a kawałek skalistego terenu otoczonego zewsząd morzem. Poniekąd Joseph rozumie swoje dzieci, ich wybory i konsekwencje. Jednocześnie chciałby, by tęskniły za domem, odwiedzały go możliwie często, chciały z nim spędzać czas.

Książkę przeczytałam jakiś czas temu, a ciągle siedzi mi w głowie. To ze względu na mnogość  i wagę poruszonych w niej tematów. Odchodzenie ukochanej osoby, starość, tęsknota, trudne relacje z dziećmi, stosunki między nimi, świat z perspektywy dzieci. Lektura pokazuje, że trudno o łatwe wybory. Każdy z nich niesie z sobą jakieś konsekwencje. Ale też niosą one ze sobą nadzieję – i jest to bardzo wzruszające w tej książce – że warto się starać, że nigdy nie jest za późno. Myślę, że każdy tę książkę przeczyta inaczej. Z perspektywy rodzica, który ma już dorosłe dzieci warto pokusić się o swoje doświadczenia. A może nakłoni ona kogoś do zmian w życiu, wyciągnięcia ręki? Poniekąd to lektura właśnie o pożegnaniu, porządkowaniu swoich relacji i spraw przed opuszczeniem doczesnego życia.

Wydawnictwo Media Rodzina

piątek, 22 września 2017

14-letnia Greta musi poradzić sobie z problemami, jakie zgotowało jej życie i … dorośli. Problemy matki sprawiają, że dziewczyna musi opuścić Warszawę i przenieść się na prowincję do malutkiego Wilmowa. Zamieszka u ojca i jego nowej rodziny. Macocha Anna, przybrana 7-letnia siostra Lilka, nowe środowisko w szkole. Nastolatka musi stawić temu wszystkiemu czoła. Nie jest łatwo z Anną, gdyż ta wyczuwa ze strony pasierbicy zagrożenie. Nie jest łatwo w klasie, ponieważ ta jest manipulowana przez jedną z koleżanek. Milena nie jest absolutnie przygotowana na to, że ktoś może mieć własne zdanie. A Greta je ma – i to często. Ma odwagę nie tylko do wypowiadania swoich myśli, działa według swojego sumienia, nie patrząc na to jak zareaguje środowisko.  Greta jest w ogóle osobą nad wyraz dojrzałą. Pewnie to wynik jej niezbyt przyjemnej rodzinnej sytuacji. Chętnie pomaga innym, jest z jednej strony otwarta – z drugiej jednocześnie zamknięta, trochę wycofana. Nie manifestuje swoich uczuć. Dziewczyna otwiera się głównie przed młodszą siostrą Lilką. Zresztą ta maluda to jest już i tak odrębny temat – jej postać od samego początku chwyta za serce. Rezolutna dziewczynka, poetka nawiązuje dobry kontakt z Gretą i tym samym staje się zupełnie nieświadomie swego rodzaj pomostem między starszą siostrą a rodzicami, zwłaszcza macochą (jak ja nie lubię tego określenia).

Staram się czytać wszystko Barbary Kosmowskiej, co tylko wpadnie mi w ręce. Nieważne, czy to literatura dla dzieci czy młodzieży, zawsze trzyma poziom. Nigdy się nie zawiodłam. Często prezentuje bohatera, który ma odwagę podążać swoją drogą. To swego rodzaju outsider, który potrafi zaimponować odwagą w zachowaniu, w wyrażaniu swoich myśli i zdania. To nie oportunista, ale i może na swój sposób … wojownik, który uparcie zmaga się z przeciwnościami losu. I brnie w swoje racje, choć przecież mógłby wybrać łatwiejszą drogę – na skróty. Taka jest właśnie Gerta. Młodziutka, mądra gimnazjalistka, dziewczyna z charakterem, która mi zaimponowała. A zakończenie totalnie mnie zaskoczyło – co baaaardzo lubię.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

środa, 20 września 2017

Wielodzietna rodzina z małego domku w norweskim lesie powraca. Ósemka dzieciaków, rodzice, babcia, pies Rurek. Co ciekawe - wszystkie dzieci mają imiona na literę „eM”. Babcia kiedyś mieszkała w domu spokojnej starości, ale teraz już nie. Bo w tej rodzinie było kiedyś i teraz. „Kiedyś” to życie w mieście, w jednym pokoju z kuchnią. „Teraz” to domek w lesie – zakupiony za połączone oszczędności, gdzie każdy ma choć odrobinę miejsca na swoją prywatność. W tej części (już czwartej) pewnej nocy do drzwi domku puka jakiś nieznajomy mężczyzna. Budzi strach, bo nikt nie spodziewał się wizyty, rodzice na zabawie, a na posterunku tylko babcia z wnukami. Na szczęście jest jeszcze psiak. Osobnik ów staje na progu z górą walizek i kufrów. To tytułowy Anton z Ameryki. Po trochu marnotrawny syn byłych właścicieli domu, który przez wiele lat nie dawał znaku życia. Właśnie przyjechał w odwiedziny. Tylko że domek w lesie już nie należy do jego rodziców.

Znacie takie uczucie: wyjeżdżacie daleko i marzycie o powrocie do domu rodzinnego. Znane kątki i zakątki, zapachy, wspomnienia. Sprzedaż domu jest dla Antona niezbyt miłą niespodzianka. Ale jest jakieś wyjęcie z sytuacji. Zbliżają się święta bożonarodzeniowe i rodzice Antona proponują zamianę domostw – na kilka dni. By Anton na chwilę mógł wrócić do krainy dzieciństwa. Ciekawe, co z tego wszystkiego wyniknie.

Powieści o rodzinie z ósemką dzieci ukazały się w Norwegii w latach 60-tych ubiegłego wieku. Stąd można poznać – jak w tamtych, dość odległych czasach, żyła na co dzień przeciętna rodzina. Nie przelewało się. Dzieci cieszą się z prezentów choinkowych od Antona: ołówków i stalówek do piór. Nie pasuje to do współczesnego szaleństwa prezentowego, prawda? Jest dużo informacji na temat spędzania świąt, jedzonych potraw, obowiązków związanych z prowadzeniem gospodarstwa. Dzieci są nauczone pracy, ale mają też większą … wolność. Mogą spędzać dużo czasu na świeżym powietrzu, wśród zwierząt. Jakże śmieszy scena sprowadzenia prosiaków do domu, by mogły na własne oczy zobaczyć choinkę. To książka o dzieciństwie, w którym może nie jest za bogato – pod względem materialnym. Ale z  drugiej strony aż kipi tu od innego bogactwa: pozytywnej energii, miłości, przyjaźni, zrozumienia i szacunku. Powieść trochę z lamusa, ale pokazująca, że można swoje życie budować na sprawdzonych wartościach. I jest to opowiedziane tak po prostu, bez wielkich słów. Czarno-białe ilustracje Marianny Oklejak trochę kojarzą mi się ze starymi fotografiami. Zupełnie jak byśmy zaglądnęli do albumu rodzinnego i powspominali – co się działo podczas pewnych odległych Świąt, kiedy na progu domu stanął Anton z Ameryki.

Wiek 5+

Wydawnictwo Dwie Siostry

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 95