Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
wtorek, 23 października 2018

 

Zawsze było więcej o królach. Zdecydowanie. Królowe polskie, władczynie polskie – przeważnie pozostawały w cieniu – swych mężów królów, choć były zdecydowanie ciekawszymi osobami, niekiedy skuteczniejszymi. Nosiły koronę, jeszcze musiały być matkami, opiekunkami, powierniczkami królewskich tajemnic i sekretów. Odpowiedzialne za wychowanie królewskich dzieci, przyszłość córek i synów – w służbie narodu. Zajęcie nie powiem, barrrrdzo stresujące. Niestety – męski świat – taki  właśnie był przez długie wieki – to mężczyźni rozdawali karty, ustalali zasady gry. No chyba że już zdarzyła się taka charakterna „babeczka” jak Włoszka Bona Sforza. Można na jej temat znaleźć naprawdę wiele informacji. Mało tego - może nie wiecie, ale to właśnie dzięki niej (choć niektórzy twierdzą, że to mit) ponoć zadomowiło się w naszym języku codziennym pojęcie włoszczyzny dodawanej jak Polska długa i szeroka do zupy. Czas zatem skończyć z przekonaniem, że królowe polskie były cichymi bohaterkami drugiego planu. Pomóc mogą w łamaniu stereotypów takie publikacje jak ta: prezentująca 25 sylwetek kobiet związanych z tronem Polski. Stąd i z daleka, bo tamten świat z przeszłości rządził się swoimi prawami – niewiele małżeństw było zawieranych z miłości. Liczyły się układy, plany możnowładców i samego króla. Gdy tylko na świecie pojawiało się dziecko królewskie już planowano jego przyszłość – która niekiedy zmieniała się w zależności od opcji politycznych. Uff, dobrze, że te czasy dawno już minęły. 25 portretów – dosłownie – bo wielkie i kolorowe, odważnie pokazujące ludzką i kobiecą stronę władczyń. W lazurach, różach, pomarańczach, zieleni, żółci, czerwieni. Patrzę na te „babeczki” i oczu od nich oderwać nie mogę. Z krwi i kości, nie żadne zapatrzone w dal sztywne i posągowe postacie z pomników albo portretów Matejki. Nic z tych rzeczy. Popatrzcie na twarz Ludwiki Marii Gonzagi – aż ma się wrażenie, że zaraz puści do czytelnika oczko. Z drugiej strony to też portrety opisowe. Każda z bohaterek opowiada o sobie – ale nie ma tu żadnego klucza, że wszystkie podejmują tę samą jedną tematykę. Jedne bardziej skupiają się na kraju pochodzenia i swojej rodzinie. Inne więcej opowiadają o polityce. Wspominają dzieciństwo, rodzinne strony, ich pierwsze wrażenia po przybyciu do Polski, starania o ich rękę, urządzenie dworu, przyjaciele, ocena polityki męża, zwyczaje i panujące konwenanse. To one są na pierwszym planie, choć bohaterem drugoplanowym niewątpliwie są epoki, czasy, w których przyszło im żyć – z ich opowieści można dowiedzieć się wiele na temat życia w średniowieczu, renesansie czy baroku.

Wśród kobiet są znane postacie jak: Marysieńka, Barbara Radziwiłłówna, Jadwiga Andegaweńska, Bona Sforza czy Anna Jagiellonka.  Jednak zdecydowana większość jest mniej znana: raczej przeciętny czytelnik nie wie za dużo na temat: Marii Józefy, Anny Cylejskiej czy Agnieszki Babenberg.  

Wiek 10+

Wydawnictwo Znak

środa, 17 października 2018

Kiedy skończyłam oglądać serial (jakkolwiek to brzmi) „Dynastia Tudorów” bardzo żałowałam, że to już niestety koniec. Ta książka jest w pewnym sensie kontynuacją – tyle że tutaj możemy podpatrzeć losy zwykłych ludzi, a nie króla i jego dworzan, którym przyszło żyć w dziwnych i okrutnych czasach zarazem. Jest rok 1645. Mija ponad sto lat od czasów, gdy Martin Luter i jego 95 tez wywróciły Europę do góry nogami. Henryk XVIII też już dawno nie żyje (1547). Na Wyspach naradziła się nowa religia – teraz skutki poczynań niemieckiego mnicha widać w losach zwykłych ludzi. Tak łatwo być posądzonym o związki z kościołem rzymskokatolickim. Jakże wielkim oszczerstwem jest słowo „papista”. Wierni nowej religii mieszkańcy działają w imię Boga – czyniąc często zło, straszne niegodziwości. Wojny religijne, które przetoczyły się wówczas przez Europę zbierały okrutne żniwo. Anglia ma już za sobą waśnie religijne, anglikanizm zdaje się mieć ugruntowaną pozycję. Tymczasem odżywają w ludziach jakieś złe demony, potrzeba gnębienia innych. Zaczyna się polowanie na czarownice. Jak w średniowieczu – aż trudno w to uwierzyć. Tak łatwo zostać posądzonym o czary: wystarczy krzywe spojrzenie, niedobre słowo, plotka – i już zaczynają się oskarżenia. Są jak kula śniegowa spadająca ze zbocza góry – tak trudno ją zatrzymać. Doświadcza tego Alice starsza siostra Matthew Hopkinsa, która po tragicznej śmierci męża Josepha wraca w strony rodzinne. Jest zdana na łaskę brata, z którym w dzieciństwie się przyjaźniła, a który nie zaakceptował jej małżeństwa. Czuć chłód w relacjach, zimne przyjęcie po długim niewidzeniu się naprawdę przeraża. Brat – teraz bardzo bogaty urzędnik specjalizuje się w … wykrywaniu czarownic. Stosuje tortury, wszystkie plotki i pomówienia często zawistnych albo rozeźlonych sąsiadów, traktuje bardzo poważnie – co doprowadza do skazania na śmierć ponad stu czarownic w okolicy.  Postać łowcy czarownic – jak się okazuje (o zgrozzzzo) jest autentyczna. Autorka natomiast przyznaje się do stworzenia postaci fikcyjnej rzekomej siostry Matthew. Myślę, że to ciekawy zabieg – spojrzeć na całą sytuację jako obserwator – w dodatku kobieta żyjąca w tak ciekawych, niebezpiecznych czasach. Ciekawa jest sama fabuła – pokazać nam, dzisiaj po latach, jak wyglądały prześladowania, procesy. W końcu: jak reagowała gawiedź żądna sensacji, krwi i emocji. To również ciekawy obraz kobiety, która bez swoich pieniędzy zdana była na łaskę i niełaskę bliskich. Nie miała nic do powiedzenia. Musiała ślepo wykonywać polecenia mężczyzn, a każde słowo sprzeciwu wywoływało konflikt. Jeśli lubicie wyprawy do przeszłości, historię z domieszką grozy, interesują Was losy kobiet w dawnych czasach – to polecam:)

Wydawnictwo Prószyński S-ka

wtorek, 16 października 2018

Jestem pod wrażeniem. Pasji autorów jak i ogromnej ich wiedzy. Bo co innego pisać o kuchni współczesnej – wegańskiej, mięsnej, tunezyjskiej – jednym słowem jakiejkolwiek. Ale pójść po śladach do przeszłości, zajrzeć w garnki przodków? Baaaa – „odzyskać” te potrawy, opracować przepisy. Samemu można na ich podstawie poeksperymentować w kuchni i poznać słowiańskie smaki. Analizując przepisy – mogę powiedzieć, że w obliczu dostępnego asortymentu w sklepach – to wręcz kuchnia ekstremalna – dla podniebienia, naszych kubków smakowych i przyzwyczajeń. I jeżeli kiedykolwiek ktoś mówi o podróżach kulinarnych – to to jest właśnie takowa podróż – w dodatku do przeszłości – w poszukiwaniu dawnych potraw i smaków. A jeśli nawet ktoś nie zechce gotować dawnych potraw – może o nich choć poczytać. Bo droga do garnka naszych przodków była długa i wyboista. A wszystko zaczęło się od przypadku  (jak ja lubię takie historie). 2001 rok – wtedy to miało miejsce odkrycie warstwy gliny na grodzisku w Chodliku – gliny, z której można było lepić garnki. Potem było przypadkowe spotkanie kilku osób, pasja, upór, by odtworzyć wczesnośredniowieczne pożywienie. I był pewien garaż, w którym cała ta przygoda kulinarna miała swój początek. Efekty robią wrażenie. Żmijowiska – mała wioska, w której prowadzono wykopaliska. Osada dla 60-70 osób. Mieszkańcy  musieli gotować ze zbóż, soczewicy, wieprzowiny. Hodowali zwierzęta. Jak żyli? Co gotowali dokładnie? To tylko kilka pytań, jakie postawili autorzy tej książki. Jest tu ich całe mnóstwo. Ale gdy są pytania, są też i ciekawe odpowiedzi albo i przypuszczenia. Oprócz sporej dawki wiedzy popularnonaukowej na temat dawnego życia otrzymujemy ciekawe przepisy, które pozwalają poczuć klimat dawnych czasów. To potrawy proste, ale są wśród nich i potrawy bardziej czasochłonne. Jaki to smak – „przaśny”? Jakimi produktami spożywczymi dysponowali Słowianie? Przepisy z tej książki to nie tylko odtworzenie z dawnych receptur potraw, ale i swego rodzaju śledztwo kulinarne dotyczące dawnych smaków. Są napoje: oskoła, napary ziołowe, piwo, wino, napoje mleczne, dzika kawa (?), miód sycony, serwatka z miętą. Dalej: dania mięsne: wśród nich m.in. boczek pieczony w liściach mięty, dzika kaczka pieczona w glinie. Nabiał: bliny ze zsiadłego mleka. Pieczywo: podpłomyki i kołacz. Bryje i kluski: bryjka owsiana na słodko. Kasze: tutaj to istne szaleństwo kulinarne – od koloru do wyboru. Polewki: polewka z lebiody z orkiszem, polewka z szarłatem. Na końcu wykaz roślin i zwierząt, które mogły być wykorzystywane we wczesnośredniowiecznej kuchni Słowian. Wybrałam tylko kilka przykładów dawnych potraw, które dla nas – ludzi XXI wieku – brzmią naprawdę egzotycznie. Ta książka to ciekawa propozycja dla tych, którzy lubią kuchnię prostą, interesują się historią i nie boją się eksperymentować. Swoją drogą, jak zareagowaliby zaproszeni goście, gdyby okazało się, że zamiast tradycyjnej sałatki jarzynowej właśnie ktoś serwuje im coś, na widok czego linka ciekła naszym przodkom?

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

poniedziałek, 15 października 2018

 

Krowa Matylda nie chce się kąpać. Nie pomagają zachęty gospodyni – a trzeba przyznać, że akurat w tej dziedzinie kobieta jest naprawdę pomysłowa  – jednak Matylda, podobnie  jak jej daleki kuzyn osioł, jest niezwykle uparta. Ucieka, kryje się po krzakach i za budynkiem  – jednym słowem robi wszystko, by uniknąć wody. Liczne ilustracje pokazują gospodynię i krowę jak ze sobą walczą, przeciągają linę, chcą przekonać siebie nawzajem  do swoich racji – niekiedy nawet siłowo, ale i podstępem. Śmieszna historia pokazująca dalsze perypetie krowy Matyldy. Dzieci mają możliwość poznania życia na wsi z przymrużeniem oka – widać sprzęty, maszyny, inne zwierzęta. Jest dużo szczegółów do odkrywania, pokazywania – na pierwszym planie oczywiście główne bohaterki, które w końcu dochodzą do konsensusu.  I jest oczywiście okazja do tego, by porozmawiać o higienie na co dzień. A może wśród małych czytelników jest ktoś, kto podobnie jak Matylda, też stroni od kąpieli?

Wiek 4+

Wydawnictwo Media Rodzina

wtorek, 09 października 2018

Przenosimy się do roku 1918, do Lublina. Mietek jest mistrzem w rzucaniu papierowych strzał. Potrafi trafić nawet w lekko uchylony lufcik okna. Ba – w kok nauczycielki. I jest ku temu okazja – bo w powietrzu czuć, że za chwilę w mieście wydarzy się coś ważnego. Polscy żołnierze z hukiem przeganiają Austriaków tam, gdzie pieprz rośnie. Grupka dzieciaków – ich pasje i marzenia. Statki budowane z drewnianych ścinków przez przyszłego marynarza. Książki ukochane przez chłopca nieumiejącego czytać, oglądane z taką pasją. To oni są świadkami rodzącej się wolnej Polski – po 123 latach niewoli. Na ulicy, od przechodniów, mieszkańców co rusz słyszą jakiej ciekawostki z wielkiego świata: a to o rozbrajaniu niemieckich żołnierzy, a to o powstaniu Rady Regencyjnej czy uwolnieniu Piłsudskiego z więzienia. I o petycji, która ma być wysłana do komendanta. Dzieciaki chcą dorzucić swoje postulaty: by w szkole dla uczniów była gorąca herbata i by palono w piecach podczas lekcji. Ale to nie koniec ich pomysłów na „ulepszenie” Polski.

Kolejna część serii „Czytam sobie z kotylionem” jest przeznaczona wyraźnie dla starszych dzieci – i to nie tylko ze względu na wyżej postawioną poprzeczkę dotyczącą umiejętności czytania. Chodzi też o tematykę. Odnosi się ona do sytuacji w Polsce sprzed 100 – lat. Na pewno temat „podejdzie” bardziej dzieciom interesującym się historią.

Dla tych, którzy nie zetknęli się z tymi małymi cudeńkami wspierającymi naukę czytania, zaznaczę tylko, że poziom 3 to ostatni i najbardziej wymagający etap nauki czytania przeznaczony dla dzieci w wieku 5 - 7 lat. Oznacza to: 2500-2800 wyrazów w tekście, użycie wszystkich głosek, zdania bardziej złożone i dłuższe, alfabetyczny słownik wyrazów. Po lekturze dziecko może zdobyć „Dyplom sukcesu” (na końcu książki. To ważne dla początkującego czytelnika, który zmierzył się z książką, która tak bardzo przypomina lekturę dla dorosłych – a to przecież daje satysfakcję:)

O serii „Czytam sobie z kotylionem” pisałam już tutaj.

 

Wydawnictwo Egmont

sobota, 06 października 2018

Kubuś Puchatek – książki jak i kreskówki zdobyły sobie rzesze wiernych fanów z różnych powodów, o których teraz nie chciałabym się bliżej rozpisywać. Jednym z nich w moim akurat przypadku są liczne mądrości, których jest całe mnóstwo – do przeanalizowania, refleksji, w  końcu do zastosowania. Mądrości te (mniej lub bardziej mądre, a nawet przemądrzałe) wygłaszane są co rusz przez licznych bohaterów: samego Kubusia, Prosiaczka, Kłapouchego i innych. Sama łapię się na tym, że niektóre tak weszły mi w nawyk stosowania, że traktuję je jak swoje. Inne – po zapoznaniu się z książką – stosowałam, choć nie wiedziałam, że źródło tkwiło właśnie w „Kubusiu Puchatku” lub „Chatce Puchatka”. Moim najulubieńszym od lat jest cytat, którego niestety nie znalazłam w omawianej książce - Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było. (używam, gdy długo szukam czegoś/ kogoś bez skutku)

Ale są i inne, które pewnie znacie – a które teraz zebrane w małej poręcznej książce posłużą za źródło inspiracji do używania w dniu codziennym. Kilka przykładów – więcej wraz z ilustracjami bohaterów znajdziecie już w książce, która zmieści się w torebce albo tornistrze.

A więc cytując KLASYKÓW zapamiętajcie, że:

„Jeśli nie ma tego Tutaj, to znaczy, że jest Tam” (Kubuś)

„Czasami najlepiej zrobić Nic. Z takiego Nic może wyniknąć naprawdę Coś” (Kubuś)

Kocham Prosiaczkowe: „Och jej, jak dobrze być w domu”

„Nie da się kichnąć i tego nie zauważyć” (Kubuś)

„Czas coś przekąsić” (Kubuś)

„Czasami odrobina uprzejmości wiele zmienia” (Kłapouchy)

(*Mądrości w tłumaczeniu Eweliny Gładkiej)

Wydawnictwo Egmont  

piątek, 05 października 2018

Do Oli przyfrunęła kartka, na której widniała osobliwa para: krakowiak i krakowianka w tradycyjnych strojach. Mało tego, postacie z kartki zaczęły mówić. Za pomocą jakiejś magii Ola nagle przeniosła się do dawnego Krakowa, gdzie spotkała autorkę ilustracji: siedmioletnią Zosię Stryjeńską. Dziewczynka z przeszłości jest akurat z ojcem na rynku w Krakowie. Miasto bure i szare, ale Ola zaczyna patrzeć na całe otoczenie oczami Zosi, która wyraźnie ma artystyczną duszę. Feeria barw: zabawki, owoce i warzywa na straganach, kwiaty, stroje mieszkańców. Można dostać oczopląsów. Nagle Zosia wpada na pomysł, że ona te wszystkie kolory pozbiera.  Ciekawe, jak to zrobi? Dalej Ola widzi Zofię bawiącą się w teatr, marzącą o studiowaniu malarstwa. Emocje budzi jej wyjazd na akademię za granicę i … udawanie chłopaka. Bo studia dla kobiet były wtedy zakazane. Jak wyglądało dalsze życie znanej malarki? Jak skończy się wyprawa Oli do Krakowa? To ciekawy obraz ludzi, dawnej sytuacji społecznej i kulturalnej. Podoba mi się, że bohaterką serii „Czytam sobie” została właśnie Zofia Stryjeńska (1891-1976), znakomita malarka, która walczyła o swoje miejsce na ziemi, pozycję w środowisku artystycznym. Na początku XX wieku nie było to łatwe.

Ta książka to Poziom 2. Zatem jest przeznaczona dla dzieci, które już sobie lepiej radzą z czytaniem. Poziom drugi oznacza bowiem składanie zdań, 800-900 wyrazów w tekście, dłuższe zdania – pojedyncze i złożone, elementy dialogu, 23 podstawowe głoski oraz „h”, ćwiczenie sylabizowania. Na końcu jak zwykle Dyplom sukcesu dla czytelnika i naklejki – tym razem niepodległościowe – w formie kotyliona. I właśnie na ten kotylion chciałabym tu zwrócić uwagę – i jak na nazwę serii „Czytam sobie z kotylionem”. Alfred Znamierowski, autor książki „Orzeł biały. Znak państwa i narodu”, pisze o „kokardach narodowych”, które w ostatnim czasie zrobiły olbrzymią „karierę”, a które mylnie nazywane są właśnie „kotylionami”. Przed 11 listopada jak Polska długa i szeroka wszystkie przedszkolaki robią tak naprawdę biało – czerwone kokardy. Zatem i tu pewnie powinna się pojawić nazwa „kokarda” – przynajmniej tak twierdzi znawca i autorytet w kwestii heraldyki i weksykologii.

 

Wydawnictwo Egmont

czwartek, 04 października 2018

 

Cudna książka, która od razu trafiła do mojego serducha. Dotyczy ona tak wielu aspektów w relacjach między rodzeństwem. Jakich?

Jest tu Starszy Brat, który (ponoć) lepiej i ładniej rysuje. Jest młodsza siostra, Inka, która (ponoć) jeszcze nie ma takiej wprawy w rysowaniu jak jej Brat. Rysunki Inki są (ponoć) gorsze – tak twierdzi Inka.

Jest tu chęć dorównania Starszemu Bratu. Za wszelką cenę.

Jest odgradzanie dwóch światów – własnymi rękami – tu jest moje, a tam jest twoje. A przekroczenie granicy grozi wybuchem konfliktu na skalę międzynarodową.

Jest tajemnica, której nie można zdradzić, bo druga strona zaraz cosik spapuguje.

Jest charakterystycznie zadarty języczek – wystający z dziecięcych usteczek – ukazujący zatracenie się w robocie, pasji. Pokazujący wielkie zaangażowanie małego człowieka w to, co robi.

Są opuszczone rajtuzki – bo kto by tam pamiętał o podciąganiu garderoby, gdy trzeba tworzyć rzeczy wielkie – w postaci dzieła sztuki dorównującemu dziełu Brata.

Jest płacz. Nieee, właściwie ryk przez duże „eR”. Kiedy rysunek nie wychodzi tak dobrze, jak dziecko by sobie życzyło. I ta świadomość: Brat jest jednak lepszy.

Jest złość, którą trudno opanować.

Jest kłótnia ze Starszym Bratem – i wyzywanie od „głupich”.

Jest darcie, cięcie obrazka na kawałki.

Są wypieki. Jest buraczana twarz – czerwień z emocji.

Jest niespodzianka i rozejm – przynajmniej na jakiś czas. Prezent dla młodszej siostry od Starszego Brata. Czyż to nie piękne?

Któż tego nie zna z własnego podwórka? Tylko nie wiedziałam, że to taki wspaniały temat na książkę. To samo życie. Obudziły się wspomnienia. Pięknie zilustrowana – bardzo dziecięco. 

Wydawnictwo Zakamarki

środa, 03 października 2018

 

Większość z nas Tove Jansson kojarzy się z kultową serią o Muminkach. Warto zapoznać się również  twórczością autorki dla dorosłych. Niewiele jej książek na polskim rynku – choć ostatnio coś ruszyło w tej kwestii. Uczciwa oszustka to niespieszna literatura skandynawska. Mała mieścina na prowincji, gdzie od ponad miesiąca pada śnieg. Jansson kreśli tę białą krainę bardzo spokojnie. To miejsce, gdzie „nigdzie nie było tyle śniegu”. Wszystko zaśnieżone: chodniki, drogi, lasy. Ludzie budzą się późno, bo już nie ma poranków. Ciągle pada śnieg, panuje niesamowita cisza, a dzieci nie idą do szkoły – zamiast tego budują śnieżne tunele i Goty. W takim świecie żyje Katrin z bratem. Młoda kobieta mieszka na poddaszu nad sklepem. Budzi respekt wśród okolicznych mieszkańców, ponieważ potrafi znaleźć klucz do spraw na pozór nierozwiązywalnych i trudnych. Ma w sobie to coś – może z czarownicy, wiedźmy. Tymczasem sama Katrin zaczyna intensywnie interesować się starszą panią z okolicy - Anną Aemelin, która jest uznaną i zamożną ilustratorką książek dla dzieci. Artystka samotnie zamieszkuje duży dom – pewnego dnia daje Katrin i jej bratu zgodę na wprowadzenie się do niej, prowadzenie domu i dotrzymywania jej towarzystwa. Jakie będą konsekwencje tej decyzji?

Nieprzewidywalna i bardzo klimatyczna opowieść. Oszczędne dialogi i coś pomiędzy, co trzeba sobie dopowiedzieć, czego trzeba się domyśleć. Czytelnik wyrabia sobie opinię na temat Katrin – osoby na wskroś uczciwej, która może chłodna w relacjach z innymi – zawsze jest skłonna do pomocy i niesienia dobrej rady. Tyle że autorka zaskakuje, wodzi nas za nos, zmusza poniekąd do wyrobienia sobie takiej a nie innej oceny głównych bohaterów. Tymczasem zakończenie … jest niespodzianką.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

wtorek, 02 października 2018

Znam dzieci, które z wielkimi emocjami czekają na każdy nowy tomik serii: „Biuro detektywistyczne Lassego i Mai”. Która to już część? Przyznam się, że musiałam sprawdzić na stronie wydawnictwa: 25. To ładna liczba, nie ma co. Kilku mieszkańców Valleby otrzymało zaproszenie od hrabiego Erika von Farsena na degustację czekolady w starym zamku. Warunkiem było dotarcie do celu na rowerach. Jak się potem okazało – samochody mogłyby przestraszyć młode kaczki, które mieszkają w fosie okalającej starą budowlę. Jest miło, sympatycznie, gościnnie – jednak Maja i Lasse od samego początku są niezwykle czujni. Bo dlaczego służący hrabiego tak na wszelki wypadek zakluczył rowery wszystkich uczestników wyprawy? Dlaczego serwowana czekolada ma posmak taniej czekolady z supermarketu? Dlaczego prawie wszystkie pomieszczenia na zamku są puste – bez mebli i dzieł sztuki? Te są jedynie w jednym pokoju, w którym podejmowani są goście. I to dziwne zachowanie hrabiego i jego służącego. Jak się potem okazało – wszystkie podejrzenia jak najbardziej uzasadnione.

Kolejny tomik serii niesie z sobą wiele niespodzianek, jest tajemnica i jest rozwiązanie. Znów pojawiają się mieszkańcy malutkiego szwedzkiego miasteczka, którzy w tej części dają się skusić na obiecanki cacanki hrabiego. Są czarne charaktery, które są w każdej części o Lassem i Mai przysłowiową wisienką na torcie. Główny bohater potrafi mamić, mówić miłe słówka – człowiek zastanawia się, jak sam zachowałby się w takiej sytuacji. A gdy w planach pojawia się podróż każdego roku na wyspę niedaleko Jamajki. Ooooo – to już naprawdę, nic tylko decydować się na współpracę z Hrabim. Na szczęście Lasse i Maja studzą gorące głowy i pomagają rozwiązać tę kryminalną sprawę.

Duża czcionka, szeroka interlinia, krótkie rozdziały, świetne ilustracje.

„Biuro detektywistyczne Lassego i Mai” trzyma poziom.

Wiek 6+

Wydawnictwo Zakamarki