Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
środa, 11 października 2017

Nastoletnia Gwendolyn przez wiele lat żyła w cieniu swojej kuzynki Charlotty.  Tamta była pępkiem świata, ciągle w cieniu zainteresowania całej rodziny. A to ze względu na gen poszukiwacza czasu, którego posiadaczką miała być niby Charlotta. Od dziecka przygotowywana na podróże w czasie do różnych epok, dodatkowe lekcje, zajęcia, długie rozmowy, specjalna troska. I oczekiwanie na TEN moment, kiedy będzie można wyruszyć do przeszłości. Tymczasem los spłatał figla i okazało się, że to właśnie ta szara myszka, zwykła dziewczyna z sąsiedztwa – 16-letnia Gwendolyn została obdarzona rodzinną przypadłością. Darem czy raczej przekleństwem? Gwendolyn przez tyle lat przyzwyczaiła się, że to nie ona jest wybranką losu. Dlatego też, jak tylko pojawiły się pierwsze mdłości i dziwna acz niespodziewana eskapada w zupełnie inne czasy – dziewczyna jest naprawdę przerażona, nie wie co zrobić. Szuka nawet odpowiedzi na pytanie, czy dwie osoby mogą nosić ów gen. Można sobie wyobrazić, co będzie się działo. Bo takie przenoszenie bohatera w zupełnie inny wymiar czasowy daje wiele możliwości. Osobiście zawsze lubiłam wędrówki w czasie bohaterów książkowych. Zwłaszcza w literaturze dziecięcej i młodzieżowej. Wspominam doskonale przygody Andy z „Godziny pąsowej róży” (też miała 16 lat) czy Małgosi z powieści Ewy Nowackiej. Ale to już temat na kolejny wpis.

Co ma w sobie książka Kerstin Gier?

Po pierwsze okładka.  Ja się śmieje nawet, że jeśli wejdziecie do księgarni lub biblioteki i spojrzycie na porozkładane książki, to właśnie ta okładka Was sama znajdzie. Przyciąga oko. Wprawdzie moja babcia Marianna mawiała: Ładna miska jeść nie daje, ale „Czerwień rubinu” na pierwszym spotkaniu oko w oko może tylko zyskać. Ciąg dalszy Waszej oceny będzie zależał już tylko od tego, czy dacie się skusić i zajrzycie do środka.

Po drugie: motyw wędrówki. Już wspominałam, bardzo lubię. I lubię tę mieszaninę współczesności z przeszłością. Tę swego rodzaju nieporadność bohaterki, jej gapowatość. Gwendolyn znajdzie się w zupełnie innej epoce i musi poradzić sobie z wieloma przeszkodami dnia codziennego, które ja tu tak górnolotnie określę jak (chociażby) konwenanse, język, wątki kulturowe.

Po trzecie: główna bohaterka. Tutaj zupełnie nieprzygotowana do roli, jaką ma odegrać. To kuzynka Charlotta od małego wychowywana była świadomości, że oto któregoś dnia przyjdzie jej się zmierzyć z takim wyzwaniem jak podróż w czasie: inni ludzie, inna otaczająca rzeczywistość. Taka konstrukcja bohaterki daje autorowi naprawdę wiele możliwości. Kerstin Gier wiedziała jak tę wartość dodaną wykorzystać.

Po czwarte: książkę czyta się lekko i przyjemnie. Mieszanina bajki z powieścią obyczajową. Jest coś dla tych, co to lubią łezkę uronić. I dla tych, którzy rozkoszują się humorem sytuacyjnym czy językowym. Jest i wątek miłosny.

Słuchajcie, Kochani – jesień się zaczęła, ciepła herbatka do rąk, dobra książka do tego, ciepluchny koc – i wieczór będzie udany. Dodam jeszcze, że książka się sprawdzi i jako lektura dla nastolatków, i dla dorosłych, zwłaszcza dla tych, którzy lubią pewne sprawy potraktować z przymrużeniem oka.

Wiek 13+

Wydawnictwo Media Rodzina

wtorek, 10 października 2017

Zaczyna się jak w filmie sensacyjnym … dla dzieci oczywiście:) Irenka z całej siły kopie stojak na rowery. No tak – klucz został w domu – trzeba wracać ze szkoły na piechotę, rower zostaje. Poznajcie wspomnianą już Irenkę – dziewczynkę energiczną (co wiadomo już od samego początku), o bogatej wyobraźni, wychowywanej przez mamę. Jest uczennicą w pobliskiej małej szkole. Czy ma przyjaciół? Trudno powiedzieć. Niby jest Zosia, ale dziewczynka nie zdała egzaminu z przyjaźni. W życiu Irenki jest również tata, ale tak naprawdę to też go nie ma. Jest mama – kochająca Irenkę ponad wszystko. Dalej – tytułowa Nieja. Dziewczynka, która sprawi, że w życiu Irenki i jej mamy nastąpią duże zmiany. Ale zanim do tego dojdzie Nieja pojawia się w najmniej spodziewanym momencie na starej maszynie do pisania. Nieja – ni to krasnoludek, ni wróżka, może duszek? Choć nie, to ostatnie określenie wyraźnie ją oburza. Przybywa z „równoległej rzeczywistości, z innego wymiaru”. Nieja dodaje tej historii klimatu, tajemniczości, zagadki. Z pojawieniem się Nieji wyjaśniają się do razu dziwne niespodzianki związane z niewytłumaczalnym zniknięciem musztardy lub ketchupu. Dalej, kogo my tu mamy: jest pan Panek, który od samego początku nie wzbudza ciepłych uczuć. Coś jest nie tak, wyczuwamy instynktownie, że Irenka i jej mama powinny go unikać. Koniec książki pokaże, że przeczucie nas nie okłamywało.

Nieja i ja to debiut Antoniny Kasprzak. Pokazuje dzieciństwo pełne tajemnic i przygód. Świat Irenki, w którym żyje, nie jest wolny od trosk. Dziecko przeżywa, gdy nie ma przyjaciół, gdy czuje się opuszczone przez najbliższych (ojciec). Jednocześnie czuje, że ma wsparcie ze strony mamy, Nieji i nowego przyjaciela Franka, który chętnie pomaga w rozwikłaniu rodzinnej tajemnicy. Właśnie ta tajemnica jest dużym plusem tej opowieści. Irenka dzięki Nieji może odbyć podróż w czasie i poznać mało znaną historię rodziny. Podglądnąć swoich przodków, przekonać się na własne oczy jak wyglądali i jak żyli. Ho ho – to naprawdę ciekawe przeżycie. Przeżycie, które na pewno będzie kosztowało Irenkę, jej mamę i czytelników troszkę nerwów. Bo wiadomo – z rodzinnymi tajemnicami już tak jest – wywołują emocje, ale jednocześnie niesamowicie zaciekawiają. Ten wątek sprawia, że książkę trzeba po prostu doczytać do samego końca – na jednym wdechu.

Ilustracje bardzo mi się podobają. Zresztą popatrzcie sami.

 

Wiek 7+

Wydawnictwo Bis

sobota, 07 października 2017

Bardzo byłam ciekawa tej książki. Znałam wcześniej strrrrraszne opowieści Poe’go i korciło mnie, by sprawdzić, czy w istocie można tę książkę polecić młodszemu odbiorcy. Książka zawiera cztery tytuły: Czarny kot, Maska czerwonej śmierci , Żaboskoczek i Upadek domu Usherów. Moje pierwsze spostrzeżenie: nie jest to na pewno lektura łatwa – panuje tu klimat grozy tajemnicy i mroku, są elementy przemocy. Drugie – ilustracje Grimly’ego wprowadzają do sfery czytania niesamowicie dużo luzu, odprężenia i humoru. Przez jego wizję świata opowieści amerykańskiego poety można potraktować z przymrużeniem oka. Ilustracji jest naprawdę mnóstwo. Niektóre dokładnie odzwierciedlają stan ducha, wnikliwie analizują nastroje: jak w filmie klatka po klatce. Świetnie wyrażają emocje: strach, złość, mroczne wizje i plany. Ale w tym wszystkim jest miejsce na humor, ironię, sarkazm. Czarny kot – sprawca wielu nieszczęść w pierwszej opowieści – tak naprawdę śmieszy. Świetnie został przedstawiony ten typ spod ciemnej gwiazdy – i w sferze tekstu i obrazu – przebiegły osobnik, który konsekwentnie realizował swój plan.

Z czterech opowieści najbardziej podobała mi się druga o czerwonej śmierci. Poe doskonale zobrazował strach przed epidemią, zatracenie w zabawach, hulankach, swawoli, jedzeniu bez umiaru, próbę odgrodzenia się od chorych, morowego powietrza. Wszystko na nic – śmierć i tak dociera do uciekinierów, którzy schronili się na zamku.

„Opowieści tajemnicze i szalone” zostały skrócone i uproszczone dla potrzeb młodszego odbiorcy. Było to konieczne – ale myślę, że zabieg ten się udał. Czy podsunąć tę książkę dzieciom? Decyzję zostawiam rodzicom i wychowawcom. Pewnie wiele zależy tu od wrażliwości i przygotowania odbiorcy. Można czytać wspólnie, można najpierw o lekturze porozmawiać. Generalnie …. dzieci lubią się bać. Lubią opowiadania koszmarne, z horroru żywcem wzięte. Zatem….. może się zdecydujecie podsunąć młodym. Świetnie odnajdzie się tu w lekturze również starszy czytelnik – dla niego będzie to naprawdę uczta literacka.

Wiek 12+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

piątek, 06 października 2017

Uśmiałam się, gdy czytałam o KOT-cie. Nie, nie pomyliłam się. To nie o zwykłego kota chodzi, ale o… KOT-a. Czyli: Kompletowanie Obsady Teatralnej. Takie czasy, że trzeba motywować młode talenty, zza kwiatków wyciągać, z różnych kątków i zakątków – by chciały się zaangażować w sztukę. W tym temacie spore doświadczenie ma pani Ela. Już ona sama wie, gdzie zajrzeć, gdzie szukać „chętnych”. Wprawdzie jeszcze niezbyt przekonanych do nowego zadania – ale to tylko kwestia czasu. Kółko teatralne „Konewka” zamierza wystawić sztukę o Konwencji praw dziecka, która została przyjęta przez Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych z dnia 20 listopada 1989 roku. W Polsce została przyjęta w 1991 roku. I teraz w tym momencie chciałabym uspokoić, że nie ma tutaj nudnych wywodów, wykładów na ten temat – to zapis spontanicznych rozmów, jakie odbywały się podczas prób do przedstawienia, reakcje młodych ludzi, interpretacje pewnych ustaleń i zapisów. Dużo się dzieje, jest głośno, wesoło, czasem pyskato. Wiadomo, młodzi ludzie chcą dojść swoich racji, chcą uzasadnić, dowiedzieć się. W każdym razie – nie można się nudzić.

Przerobić ten temat na książkę, które będą miały czytać dzieci, na pewno jest wyzwaniem. Autor wplótł różne zagadnienia do rozmów aktorów z opiekunką teatru. Stworzył scenki, w których pojawiają się ważne pojęcia. Jednocześnie nie ucieka się do monotonnych definicji, ale próbuje wyjaśnić problem właśnie poprzez dyskusję – prowadzone ot tak sobie, mimochodem. Dodam, że jest bardzo twórczo i kreatywnie.

Pomijając już tematykę przedstawienia, Kasdepke ciekawie pokazuje relacje między dziećmi (choć pewnie niektórzy z nich nie byliby zadowoleni z tego określenia). Często my, dorośli, narzekamy, że media społecznościowe, dostęp do tabletu, Internetu zabija te relacje, psuje. Dzieci mają potem problemy w nawiązywaniu kontaktów, wypowiadaniu się. Tymczasem w tej książce wygląda to wzorcowo: rozgadana dzieciarnia, współpracująca ze sobą, dążąca do tego samego celu, z  dystansem traktująca problemy, szukająca rozwiązań, dyskutująca z dyrektorem. Naprawdę mi się podobało. W końcu  ma do tego prawo, co po tej lekturze jest dla nas oczywiste:)

Wiek 7+

Wydawnictwo Literatura

środa, 04 października 2017

Pewnie nie raz spotkaliście się z opinią: „Ja w twoim wieku….”. I potem następowała cała lawina przykładów czego to rodzice, dziadkowie i ciocie z wujkami w naszym wieku (ponoć) nie robili. Tymczasem, gdyby tak przenieść się wehikułem czasu do przeszłości, rzeczywistość wyglądałaby inaczej. Ach, mieć taką możliwość i podejrzeć tych wszystkich narzekaczy, którzy ponoć byli czyści jak łza, bez wad. Sama słodycza – a ta, jak wiadomo, w zbyt dużych ilościach potrafi zemdlić. I właśnie tym tropem poszedł Paweł Beręsewicz, który w zabawny sposób prześledził losy pewnego powiedzonka w rodzinie Maćka.

„Co z tego dzieciaka wyrośnie! Mnie w jego wieku coś takiego nie przyszłoby do głowy!”

Od współczesności do czasów Polski pod zaborami. Choć spokojnie – to informacja dla tych, którzy nie lubią zbyt historii. Autor skupił się tu na relacjach rodzinnych i pewne daty zapalające światełko: oho: czasy powstania styczniowego czy listopadowego, naprawdę niewiele tu wnoszą. Raczej pozwalają usytuować dane wydarzenie w czasie. A więc przenosimy się do czasów pra-, prapra-, praprapra- i prapraprapradziadka. Wszystkie pokolenia chłopaków rodziny Maćka, ich figle, żarty i komentarz dorosłych, którzy, jak się okazuje, wcale lepsi od niego nie byli.  Każdy rozdział to kolejny pan z rodziny – w relacji z rodzicami. Jakiś zwariowany pomysł, który powodował, że rodzice przez pół nocy przez dziecko nie spali. I słynne powiedzonko, które już cytowałam, jako podsumowanie zachowania. I znów wyprawa w czasie – tym razem autor powiedzonka w akcji – tyle że ze swoimi rodzicielami.

Książka może skłoni do rodzinnych wspomnień, szukania podobnych historii. To też doskonała okazja, by przenieść się do przeszłości, czasów lamp naftowych, długich sukien, cylindrów i meloników, gazet, zabaw podwórkowych do zmroku. Ktoś kiedyś powiedział, że czasy się zmieniają, ale natura ludzka pozostaje taka sama. Pewnie psoty i figle – drodzy Rodzice, są wpisane w naturę małych dzieci. I nic tego nie zmieni. Co świetnie udowodnił Paweł Beręsewicz.

Książka bardzo się podobała mojemu młodszemu synowi. Oj, było wesoło podczas lektury.

Wiek 4+

Wydawnictwo Literatura

wtorek, 03 października 2017

Tak, tak, kochani. Mamom zdarza się chorować. A gdy już jakaś mama położy się do łóżka (co, pewnie wiecie z własnego doświadczenia, łatwe wcale nie jest) – wówczas wszystko w domu „leży” też. Basi i Jankowi jest z tego powodu bardzo przykro. Więc – kiedy tata proponuje wyjście na basen radości nie ma końca. Cała trójka udaje się do nowoczesnego obiektu kąpielowego, gdzie czekają na nich różne fantastyczne atrakcje. Na przykładzie Basi i Janka najmłodsi poznają to miejsce, uczą się odpowiedniego  zachowania. Bieganie po mokrej powierzchni może skutkować nieprzyjemnym wypadkiem – takim, jaki spotkał główną bohaterkę.

Czas na basenie – dla Basi, Janka i taty to pięknie spędzony czas. I choć ojciec z tęsknotą spogląda na jacuzzi – to widać, że tak naprawdę jest w swoim żywiole, tapla się w wodzie z przyjemnością ze swoimi pociechami. Pływanie, zabawy, coś dla ciała przy barze. Na szczęście chora mama dochodzi do siebie. Po powrocie okazuje się, że stan jej zdrowia idzie ku lepszemu, natomiast tata ….. wykończony, zasnął. Ale ciii – cytując książkę – sen to najlepszy lekarz.

Kolejna „Basia” oswaja maluchy z codzienną rzeczywistością. Udana część, dzięki której maluchy nie znające basenu mogą go poznać, rozwijaj słownictwo o wyrazy „około basenowe”. Basię zawsze polecam gorąco.

Wiek 3+

Wydawnictwo Egmont

 

poniedziałek, 02 października 2017

 

Ostatnimi czasy ukazało się kilka ciekawych lektur dla młodych miłośników motoryzacji. „Ale auta” niewątpliwie do nich należą. Gdy jeszcze do tego dodam, że ilustracje są autorstwa Macieja Szymanowicza – można już tylko westchnąć – to naprawdę musi być „niezła bryka”. Historia samochodu napisana niesztampowo, zaskakująco, ze wszystkimi smaczkami – czyli również towarzyszącymi im opowieściami o serach cheddar i roquefort (ale o tym sza). Żarty na bok. Choć nie sposób je tu pominąć, bo choć z jednej strony książka przekazuje naprawdę dużo informacji na temat przeszłości samego samochodu, sprzętu, imprez z nim związanych, to zostało to przekazane w sposób niezwykle lekki, niekiedy z przymrużeniem oka, a często właśnie z dużym poczuciem humoru. A wspomniane sery mają swoje zaszczytne miejsce w jednej z samochodowych historii.

Wprawdzie autor nie zaczyna od samego początku – czyli jak to z kołem było, ale sięga do dawnych czasów, kiedy jeżdżące maszyny pojawiły się na drogach Europy, czym budziły przestrach wśród mieszkańców ale i zaciekawienie. Uruchamianie pojazdu na korbę, sygnalizowanie skrętów rękoma, światła – od karbidowych lamp po dzisiejsze diodowe cudeńka,  historia znaków drogowych, czy różnego rodzaju dodatki do aut: jak trąbki, maskotki, termometry, reflektory itp. W kilku miejscach pojawia się tematyka produkcji samochodu – od długiego cyklu trwającego kilka tygodni, potem dni , by osiągnąć w końcu cel: czyli nowoczesna hala produkcyjna, w której auto powstaje w ciągu kilku godzin.

Każdy znajdzie tu coś dla siebie: bo mowa jest też o modzie samochodowej, znanych kultowych modelach, reprezentantach polskiej motoryzacji. Można zobaczyć jakimi samochodami jeździło się w czasach PRL-u. Powiało również nowoczesnością, bowiem dzieci dowiedzą się, z jakich materiałów produkowane są współczesne auta, poznają tajemnice bolidów.

Książka jest świetnie zilustrowana. To swego rodzaju wędrówka po różnych epokach – a tej wyprawie towarzyszy oczywiście główny bohater – samochód. Szymanowicz celująco uchwycił klimat czasów długich sukienek i skórzanych pilotek.

Wiek 7+

Wydawnictwo Egmont

niedziela, 01 października 2017

 

Z ciekawością wyglądałam baśni z odległego Tybetu. Geograficznie – daleko. Kulturowo, mentalnościowo – również. Dach świata, który pojawia się co rusz w wiadomościach, relacjach z wypraw górskich i podróżniczych. Kusiły te baśnie, oj kusiły – ze względu na swoją egzotykę i piękne wydanie. I chęć uzupełnienia apetycznej kolekcji baśni świata, wydawanej w charakterystycznym kwadratowym formacie. I choć miłośnicy gatunku przyzwyczajeni są do swego rodzaju estetyki: górowania pewnych wartości, zwycięskiej walki dobra ze złem, wysuwania na plan pierwszy cnotliwych bohaterów – właśnie w tym aspekcie baśnie te również potrafią zaskoczyć. Bowiem niektóre postacie nie do końca są kryształowe. Ich cechy to: spryt, szukanie łatwiejszej drogi na skróty. Pokazują naturę człowieka, łasego na pokusy, nie zawsze silnego, wybierającego łatwiejsze – choć może nie do końca szlachetne, rozwiązania. Kiedy biedak Czampa („Dwaj sąsiedzi”) zostaje oszukany przez swojego bogatego sąsiada, posuwa się do tego, by ukarać go poprzez podmienienie mu syna. Trochę nawiązuje to do współczesności, gdy w różnych książkach, filmach, to właśnie antybohater chwyta nas za serce, i to jemu sekundujemy do samego końca. Choć w przeważającej części baśnie zawarte w opisywanym tomiku zawierają ukryte nauki moralne, rozbudzają wyobraźnię, wyraźnie pokazują co jest czarne a co białe. Wiele motywów jest tu nowych, przygody postaci wciągają, gdyż rzadko nawiązują do naszego kręgu kulturowego, ich nieprzewidywalność i często zaskakujące zakończenie, każą śledzić je z wypiekami i ciekawością. Rządzą : prawość, dobro, piękno wewnętrzne. Wróżka z baśni „Chłopiec ze spłaszczona głową” przyzwyczaja się do szpetoty męża, mało tego – z biegiem czasu – coraz bardziej darzy  go uczuciem miłości. O losach bohaterów często decydują dziwne zbiegi okoliczności: dobro zostaje wynagrodzone: wróżbita za uratowanie życia królowi otrzymuje połowę jego królestwa, a  wspomniany już Czampa ratując bezbronnego wróbla zostaje obdarowany bogactwem. Baśnie opowiadają o codziennym życiu swoich bohaterów wypełnionym pracą, wychowywaniem dzieci, zdobywaniem pożywienia i takimi drobnostkami jak … chociażby kłótnie i swary małżeńskie. Z doświadczeń władcy Baczy i jego żony można wynieść taką naukę, że na kłótni jednych zawsze korzystają postronne osoby i że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje.

Ciekawie zostały pokazane przemiany bohatera. Kilka przygód matczynego pieszczoszka, ujętych w odrębne teksty, to swego rodzaju Bildungsroman. Syn wdowy, dawniej pod skrzydłami matki, teraz musi nauczyć się sam sobie radzić w różnych sytuacjach. Wykorzystuje swój spryt, niekiedy głupotę innych i zdobywa w ten sposób bogactwo i autorytet.

Baśnie tybetańskie kuszą również egzotyką: to świat, w którym pojawiają się jogini, lamowie, w  którym panuje wiara w poprzedni żywot. Mężczyźni mają w uszach długi kolczyk, noszą warkocz, paradują w czubie. Pojawiają się potrawy z tamtego regionu, zwierzęta wraz z ich symbolicznym znaczeniem: długowłose woły jaki, które dają wełnę, mleko, a z ich kości wyrabia się narzędzia. Kruk – opiekun i strażnik, uosabiający ochronne moce Buddy. W tych baśniach grzeje ciepło, które wydzielają w ognisku placki z odchodów jaka. Zatem można się czegoś dowiedzieć o życiu w tamtym rejonie, zwyczajach i wierzeniach.

Atutem tej książki są oczywiście ilustracje Fąfrowicza, znakomicie oddające klimat utworów, nawiązujące do tradycji i wierzeń, przedstawiające bohaterów tych historii. Jest ich mnóstwo, niekiedy co stronę, dwie, spotkać można małe motywy ilustracyjne, bądź obrazy na całą stronę.

Wiek 7+

Wydawnictwo Media Rodzina

 

piątek, 29 września 2017

I się doczekałam kolejnego tomu. Dwójka śledczych: Pia Sander i Oliver von Bodenstein znów muszą rozwikłać zagadkę morderstw. Mała miejscowość w niemieckich górach Taunus – a tyle się dzieje. I to od kilku sezonów. Jednak mogę zapewnić, że nie ma przesytu. To trochę jak podglądanie kogoś z boku – i ciągle coś nowego. Począwszy od pierwszego tomu poznajemy nie tylko dwójkę głównych bohaterów, ale również inne osoby- ściśle lub luźno związane z Pią i Oliverem, z miejscowością czy wydziałem śledczym, gdzie pracują. Zmieniają się, jedni umierają, inni rodzą, wracają w rodzinne strony, wyjeżdżają. W najnowszym tomie przewija się naprawdę mnóstwo postaci. Ktoś policzył – jest ich prawie 60. To szerokie pole do popisu: co rusz przenosimy się ze śledztwem w inne miejsce, co rusz spotyka się kogoś innego. Mała miejscowość w Hesji istnieje naprawdę: Ruppertshain. Tutaj trup ściele się często i gęsto, ale autorka opisuje przecież to, co zna najlepiej – czyli okolice, w której sama od kilku lat mieszka. W najnowszej powieści wszystko zaczyna się od wypadku na campingu należącym do lokalnej gospody. W pożarze przyczepy ginie mężczyzna w dojrzałym wieku. Nie chcę tutaj zdradzać zbyt wiele, ale w kwestii morderstw i niebyt przyjemnych wypadków to jest zaledwie czubek góry lodowej. Śledztwo od samego początku nabiera rozpędu, a w trakcie jego prowadzenia wiadomo już, że: primo: i tym razem łatwo nie będzie; secundo: być może trzeba będzie sięgnąć do zdarzeń, które miały miejsce przed 40-u laty. Na czym polega szczególna trudność? Oliver von Bodenstein pochodzi z tych stron, wszystkich zna, niekiedy świetnie orientuje się w historii całych rodzin, koligacji. Tutaj spędził dzieciństwo. Trudno niekiedy dobrych znajomych, ba – przyjaciół traktować formalnie. A jak się okazuje trzeba po takie środki właśnie sięgnąć. Dotyczy to zwłaszcza tych znajomości szczególnych: bandy rówieśników z dziecięcych lat. I kiedy wydawać by się mogło, że powinny to być najpiękniejsze wspomnienia: bo wspólne włóczenie się po okolicy, psoty, wypady w naturę, rozmowy, zabawy - rzeczywistość okazuje się być zgoła inna. To bolesne wspomnienia: nagle okazuje się, że z perspektywy dorosłego widać pewne rzeczy inaczej, w szerszej perspektywie, których jako dziecko nie było się w stanie poddać analizie, właściwie zrozumieć. Mając doświadczenia nazbierane podczas długich lat życia łatwiej odpowiedzieć sobie na pytanie: kto był tym właściwym przyjacielem a kto wrogiem. I z takim krótkim wstępem Was zostawiam, bo nie chcę oczywiście psuć lektury wyjawiając z byt wiele. Dodam jeszcze, że tak jak i w innych powieściach cyklu śledztwo jest prowadzone jednym torem, natomiast autorka zdradza nam wiele na temat życia prywatnego obojga śledczych. Związek Pii się rozwija, Oliver ma bardziej skomplikowaną sytuację życiową. Dochodzą do tego coraz problemy z córką, która – ma charakterek, oj, ma. Książka wielkich gabarytów, 712 stron – czyta się szybko. Na pewno w jej towarzystwie warto spędzić długie jesienne wieczory.

Wydawnictwo Media Rodzina

czwartek, 28 września 2017

Pamiętam jak kilka lat temu, kiedy odłożyłam ostatni tom Cukierni, pomyślałam sobie: szkoda, że to już koniec. Książki czytane przez wszystkie panie w mojej rodzinie, pożyczane sąsiadkom, koleżankom. Kupowane pod choinkę, na prezenty. (Zawsze był to trafiony prezent). Teraz wszystkie ucieszyłyśmy się, że jest kontynuacja. Miejsce jest znane: Gutowo i najbliższe okolice. Niektórzy bohaterowie pojawili się w pierwszej serii. Teraz odwiedzamy ich znów, pojawiają się nowe osoby i nowe wątki. Na całe szczęście Gutowo liczy sobie kilka tysięcy mieszkańców, stąd nadzieja, że autorka – Małgorzata Gutowska- Adamczyk coś na pewno jeszcze w przyszłości wymyśli. To lektura dla tych, którzy lubią wspomnienia rodzinne, wycieczki do przeszłości, niedomówienia podczas opowieści i czekanie na rozwiązanie zagadki. Właśnie na to ostatnie trzeba będzie trochę poczekać, bowiem w pierwszym tomie jest kilka nierozstrzygniętych kwestii, tajemnice, krzywdy sprzed lat. W planach – kolejne dwa tomy i wierzcie mi, trudno się będzie doczekać. Autorka uchyla rąbka tajemnicy powolutku, na razie tworzy klimat, przedstawia swoich bohaterów i skomplikowane relacje między nimi. Koncentruje się na rodzinie Hrysiów – znani w okolicy cukiernicy biorą udział w konkursie na najlepszy wyrób cukierniczy. Cukiernia pod Amorem proponuje proste ciasteczko z … wróżbą. Siła tkwi właśnie w prostocie. Wystarczy skusić się na słodki smakołyk, a zwinięta w środku karteczka podpowie, co daną osobę być może czeka w przyszłości. Wszyscy po kolei kuszą się na słodkości i wszyscy łakomie pochłaniają oczami przepowiednie. Co ciekawe – wiele z nich faktycznie pasuje do życiorysów i obranych dróg. A czy ciastko wygra konkurs?

Gutowo odwiedzają dwie kobiety: Monika i Teresa. Obydwie bogate, spełnione w życiu. Czegoś jednak szukają, chcą zrozumieć, uciekają we wspomnienia. Krocząc uliczkami Gutowa, odwiedzając dawne miejsca ich bytności, budzą pamięć, przywołują ludzi, których dawno już nie ma. Z drugiej strony budzą też demony: każda z nich ma coś do ukrycia. Przez wiele lat spychane do zakamarków pamięci, teraz pojawiają się ze zdwojoną siłą, domagają się wyjaśnień, wyciągnięcia na światło dzienne. Tymczasem w cukierni praca wre. Dochodzi do konfliktów właściciela z synem. Waldemar wynajmuje nawet prywatnego detektywa, który ma wyjaśnić zagadkę tajemniczego częstego znikania Zbyszka. Kiedy okazuje się, że powód jest prosty i dość przewidywalny: kobieta, czujność rodziców Hryciów na chwilę zostaje uśpiona.

Książka oprócz ciekawych wątków fabularnych zawiera interesujące tło społeczno – historyczne. Powojenna Polska, czas wprowadzania komunizmu, czasy współczesne. Autorka co rusz opisuje jakąś ciekawostkę dotycząca danego życia: mnie wciągnął opis uprawy lnu. Dziś, kiedy ubrania z tej tkaniny są bardzo drogie, aż wierzyć się nie chce, że dawniej nawet biedota wiejska biegała na co dzień w lnianych sukienkach i portasach.

Niezmiernie miło było znów odwiedzić stare kąty. Trochę jak bohaterki – Monika I Teresa – również i my krążymy wśród starych kamieniczek, ogrodów, maleńkich sklepików. Szukamy tego, co poznaliśmy kiedyś. Ta książka ma coś z rodzinnej gawędy. Dawniej w jesienne i zimowe wieczory siadało się w kuchni przy stole i wspominało, opowiadało zasłyszane historie po raz setny. Gutowska tak właśnie pisze – snuje swoje opowieści, koncentruje się na jakimś szczególe, komplikuje ludzkie losy. Ku naszej uciesze – bo książka na pewno może się spodobać. Mało tego – nie można doczekać się kontynuacji. Mam nadzieję, że ta szybko nastąpi.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 96