Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
środa, 27 września 2017

Dziwny tytuł: „Między niebem a Lou”. Kim jest Lou? To żona znanego kardiochirurga Josepha. Niedawno odeszła. Teraz rodzina pogrążona jest w smutku: najbliżsi: i mąż i dzieci z rodzinami starają się ułożyć życie na nowo. Lou już nie ma – jednak jej mały przebiegły pomysł nie pozwala się innym „rozsypać”. Na czym polega cała zagadka? To list odczytany u notariusza po śmierci kobiety. Widząc w jakiej sytuacji jest jej rodzina, jak kiepskie relacje są pomiędzy ojcem a córką i synem, między rodzeństwem, między wnuczkami, Lou postanawia działać nawet zza grobu. To Joseph dostaje zadanie scalenia rodziny i poprawy relacji. I choć zazwyczaj jest pod górkę – i to czasem tak bardzo, że sił braknie, że aż chce się targnąć na swoje życie – Joseph krok po kroku daje rade z wypełnieniem ostatniej woli zmarłej. A jest tyle do uporządkowania. Wyspa, gdzieś na końcu świata, z jeden strony jest tym czynnikiem, który dawniej podzielił członków rodziny – z drugiej zaś tym, co ich w końcu połączy. Bo któż z młodych chce spędzić życie w miejscu, w którym nic się nie dzieje. Kiedy kusi wielki świat karier w biznesie, filmie. Do pewnych rzeczy trzeba albo dojrzeć, albo się przekonać.  Nawet Joseph przez wiele lat dzielił swe życie między stolicę a kawałek skalistego terenu otoczonego zewsząd morzem. Poniekąd Joseph rozumie swoje dzieci, ich wybory i konsekwencje. Jednocześnie chciałby, by tęskniły za domem, odwiedzały go możliwie często, chciały z nim spędzać czas.

Książkę przeczytałam jakiś czas temu, a ciągle siedzi mi w głowie. To ze względu na mnogość  i wagę poruszonych w niej tematów. Odchodzenie ukochanej osoby, starość, tęsknota, trudne relacje z dziećmi, stosunki między nimi, świat z perspektywy dzieci. Lektura pokazuje, że trudno o łatwe wybory. Każdy z nich niesie z sobą jakieś konsekwencje. Ale też niosą one ze sobą nadzieję – i jest to bardzo wzruszające w tej książce – że warto się starać, że nigdy nie jest za późno. Myślę, że każdy tę książkę przeczyta inaczej. Z perspektywy rodzica, który ma już dorosłe dzieci warto pokusić się o swoje doświadczenia. A może nakłoni ona kogoś do zmian w życiu, wyciągnięcia ręki? Poniekąd to lektura właśnie o pożegnaniu, porządkowaniu swoich relacji i spraw przed opuszczeniem doczesnego życia.

Wydawnictwo Media Rodzina

piątek, 22 września 2017

14-letnia Greta musi poradzić sobie z problemami, jakie zgotowało jej życie i … dorośli. Problemy matki sprawiają, że dziewczyna musi opuścić Warszawę i przenieść się na prowincję do malutkiego Wilmowa. Zamieszka u ojca i jego nowej rodziny. Macocha Anna, przybrana 7-letnia siostra Lilka, nowe środowisko w szkole. Nastolatka musi stawić temu wszystkiemu czoła. Nie jest łatwo z Anną, gdyż ta wyczuwa ze strony pasierbicy zagrożenie. Nie jest łatwo w klasie, ponieważ ta jest manipulowana przez jedną z koleżanek. Milena nie jest absolutnie przygotowana na to, że ktoś może mieć własne zdanie. A Greta je ma – i to często. Ma odwagę nie tylko do wypowiadania swoich myśli, działa według swojego sumienia, nie patrząc na to jak zareaguje środowisko.  Greta jest w ogóle osobą nad wyraz dojrzałą. Pewnie to wynik jej niezbyt przyjemnej rodzinnej sytuacji. Chętnie pomaga innym, jest z jednej strony otwarta – z drugiej jednocześnie zamknięta, trochę wycofana. Nie manifestuje swoich uczuć. Dziewczyna otwiera się głównie przed młodszą siostrą Lilką. Zresztą ta maluda to jest już i tak odrębny temat – jej postać od samego początku chwyta za serce. Rezolutna dziewczynka, poetka nawiązuje dobry kontakt z Gretą i tym samym staje się zupełnie nieświadomie swego rodzaj pomostem między starszą siostrą a rodzicami, zwłaszcza macochą (jak ja nie lubię tego określenia).

Staram się czytać wszystko Barbary Kosmowskiej, co tylko wpadnie mi w ręce. Nieważne, czy to literatura dla dzieci czy młodzieży, zawsze trzyma poziom. Nigdy się nie zawiodłam. Często prezentuje bohatera, który ma odwagę podążać swoją drogą. To swego rodzaju outsider, który potrafi zaimponować odwagą w zachowaniu, w wyrażaniu swoich myśli i zdania. To nie oportunista, ale i może na swój sposób … wojownik, który uparcie zmaga się z przeciwnościami losu. I brnie w swoje racje, choć przecież mógłby wybrać łatwiejszą drogę – na skróty. Taka jest właśnie Gerta. Młodziutka, mądra gimnazjalistka, dziewczyna z charakterem, która mi zaimponowała. A zakończenie totalnie mnie zaskoczyło – co baaaardzo lubię.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

środa, 20 września 2017

Wielodzietna rodzina z małego domku w norweskim lesie powraca. Ósemka dzieciaków, rodzice, babcia, pies Rurek. Co ciekawe - wszystkie dzieci mają imiona na literę „eM”. Babcia kiedyś mieszkała w domu spokojnej starości, ale teraz już nie. Bo w tej rodzinie było kiedyś i teraz. „Kiedyś” to życie w mieście, w jednym pokoju z kuchnią. „Teraz” to domek w lesie – zakupiony za połączone oszczędności, gdzie każdy ma choć odrobinę miejsca na swoją prywatność. W tej części (już czwartej) pewnej nocy do drzwi domku puka jakiś nieznajomy mężczyzna. Budzi strach, bo nikt nie spodziewał się wizyty, rodzice na zabawie, a na posterunku tylko babcia z wnukami. Na szczęście jest jeszcze psiak. Osobnik ów staje na progu z górą walizek i kufrów. To tytułowy Anton z Ameryki. Po trochu marnotrawny syn byłych właścicieli domu, który przez wiele lat nie dawał znaku życia. Właśnie przyjechał w odwiedziny. Tylko że domek w lesie już nie należy do jego rodziców.

Znacie takie uczucie: wyjeżdżacie daleko i marzycie o powrocie do domu rodzinnego. Znane kątki i zakątki, zapachy, wspomnienia. Sprzedaż domu jest dla Antona niezbyt miłą niespodzianka. Ale jest jakieś wyjęcie z sytuacji. Zbliżają się święta bożonarodzeniowe i rodzice Antona proponują zamianę domostw – na kilka dni. By Anton na chwilę mógł wrócić do krainy dzieciństwa. Ciekawe, co z tego wszystkiego wyniknie.

Powieści o rodzinie z ósemką dzieci ukazały się w Norwegii w latach 60-tych ubiegłego wieku. Stąd można poznać – jak w tamtych, dość odległych czasach, żyła na co dzień przeciętna rodzina. Nie przelewało się. Dzieci cieszą się z prezentów choinkowych od Antona: ołówków i stalówek do piór. Nie pasuje to do współczesnego szaleństwa prezentowego, prawda? Jest dużo informacji na temat spędzania świąt, jedzonych potraw, obowiązków związanych z prowadzeniem gospodarstwa. Dzieci są nauczone pracy, ale mają też większą … wolność. Mogą spędzać dużo czasu na świeżym powietrzu, wśród zwierząt. Jakże śmieszy scena sprowadzenia prosiaków do domu, by mogły na własne oczy zobaczyć choinkę. To książka o dzieciństwie, w którym może nie jest za bogato – pod względem materialnym. Ale z  drugiej strony aż kipi tu od innego bogactwa: pozytywnej energii, miłości, przyjaźni, zrozumienia i szacunku. Powieść trochę z lamusa, ale pokazująca, że można swoje życie budować na sprawdzonych wartościach. I jest to opowiedziane tak po prostu, bez wielkich słów. Czarno-białe ilustracje Marianny Oklejak trochę kojarzą mi się ze starymi fotografiami. Zupełnie jak byśmy zaglądnęli do albumu rodzinnego i powspominali – co się działo podczas pewnych odległych Świąt, kiedy na progu domu stanął Anton z Ameryki.

Wiek 5+

Wydawnictwo Dwie Siostry

wtorek, 19 września 2017

Pojawienie się „Kropki” w naszym domu zbiegło się z rozmową z moją siostrą na temat sztuki w ogóle, umiejętności rysowania i lekcji zwanej „plastyką” lub „wychowaniem plastycznym”. Ot, kołacze mi w głowie historia dziecka koleżanki, której pani od sztuki powiedziała, że nie może zapisać się na kółko plastyczne w szkole, bo i tak Julka nie umie rysować. I inne wspomnienie z drętwych lekcji, na których doceniani plastycznie byli tylko nieliczni uczniowie, bo większość i tak była uznawana za artystycznych przeciętniaków albo beztalencia. Gdzieś ta myśl o rzekomym braku talentu do czegoś, deprymuje przez lata i wytycza fałszywe kierunki, rodzi kompleksy. Moja inna znajoma opowiadała, że dopiero nauczyciele we Francji i Danii zapiszczeli z zachwytu nad jej pracami. Przez lata długo nie wierzyła w swój talent, bo kiedyś ktoś coś jej nieprzyjemnego powiedział. Dlatego „Kropkę” podarowałabym tym wszystkim, którzy odpowiedzialni są za edukację i wychowanie naszych dzieci. Koniecznie – do przeczytania – od dyrektora szkoły po nauczycieli wszystkich przedmiotów, pedagogów i psychologów, rodziców, dziadków, babcie i opiekunów. Wszystkich, którzy na co dzień kształtują osobowości i czasem nie potrafiąc zmotywować, przez jedną głupią nieprzemyślaną uwagę potrafią zniechęcić i podciąć skrzydła. Bo „Kropka” dotyczy umiejętności rysowania i malowania, ale tak naprawdę można odnieść ją do wielu aspektów życia. Mała dziewczynka nie wierzy w swoje plastyczne umiejętności. Gdy nauczycielka prosi ją o narysowanie czegoś, ta na odczepne rysuje tylko kropkę i … aż kropkę. Na szczęście mądra nauczycielka wie jak wyzwolić w dziewczynce olbrzymie pokłady energii do działania i wiary w siebie. Mała zwykła kropeczka jest początkiem odkrywania siebie, swojego talentu. To też symbol szukania drogi do siebie, poznania swoich potrzeb.

Prosta historia, która chwyta za serce. Niestety – trochę budzi też demony przyszłości (może za dużo powiedziane) u tego, kto niesprawiedliwie został skrzywdzony. Może ktoś usłyszał jakieś pogardliwe pytanie, w stylu: „TY?” Książka uczy, że warto w życiu próbować i nie poddawać się. Warto walczyć o swoje miejsce na ziemi. I warto zawalczyć o kogoś.

15 września na całym świecie obchodzi się Międzynarodowy Dzień Kropki. Można poczytać o nim tutaj. A jeśli w Waszej szkole, bibliotece jeszcze się go nie świętuje, kto wie, może ta niepozorna książka zainspiruje Was do działania w przyszłości.

Wiek 5+                                     

Wydawnictwo Mamania           

poniedziałek, 18 września 2017

Franciszek to strachliwa myszka, która boi się mrówek zamieszkujących ogród, wiatru, który porywa ubrania, przechodzenia przez mostek, zasypiania przy zgaszonym świetle, grubego głosu wujka Kazimierza, schodzenia po ogórki do piwnicy. A co się stanie jeśli mama tak naprawdę bardziej będzie kochać siostrzyczkę?

Jednak w obliczu niebezpieczeństw – zwłaszcza jeśli chodzi o ukochanego zwierzaka – wówczas myszek nie boi się już niczego. Rusza do akcji – na ratunek.

Książka fotograficzna dla maluszków o strachach i przygodach małego zwierzaczka. Z własnego podwórka wiem, że myszka zawsze będzie należała do ulubieńców małych dzieci. Myszka Franciszek to tak naprawdę symbol naszych dzieci – odczuwających strach w różnych codziennych sytuacjach. Pewnie do książkowych opowieści można by dorzucić kilka swoich rodzinnych historii.

W tej części Franciszkowi towarzyszy ukochany pluszak – z pewnością dodaje Franciszkowi odwagi. Warto mieć przyjaciela w trudnych momentach. To też okazja do tego, by porozmawiać z dziećmi o roli i wartości przyjaciela. Z najmłodszymi – całkiem malutkimi dziećmi, można tę książkę wertować tam i z powrotem, zadawać pytania, opowiadać co na obrazku. Mnóstwo tu szczegółów i szczególików, kątków (zwłaszcza w piwnicy), do których warto zaglądnąć. A ciekawskich milusińskich na pewno nie zabraknie. 

Napisałam wcześniej, że jest to książka fotograficzna. Franciszka można spotkać w ogrodzie, na łonie przyrody, nad rzeczką, w pokoju, czy ciemnej piwnicy. Wyraźne zdjęcia z głównymi bohaterami, przygody Franciszka pomagają dzieciom zrozumieć pojęcie strachu. A może pomogą go też pokonać. Ładne kadry może zachęca też do wędrówek, podczas których będzie można zaczerpnąć witaminy „N”(atury).


Wiek 0+

Wydawnictwo Literackie

piątek, 08 września 2017

W dzisiejszym świecie nadużywa się na pewno leków (ponoć w Polacy w tym przodują, niestety) i na pewno sztucznych witaminek. To znaczy – niby naturalnych, ale zaczarowanych w kolorowych pigułkach i tabletkach. Tymczasem mało kto zwraca uwagę na najbardziej naturalną witaminę wśród witamin, wręcz niezbędną do życia, jaką jest WITAMINA N. Przyznaję – przed lekturą książki o niej nie słyszałam. Może inaczej – wiedziałam, że owo N odgrywa ważną rolę w życiu człowieka, przy czym nie przyszłoby mi do głowy, by sprowadzać to do witaminy właśnie. A bez witamin nie ma  życia i zdrowia.  Chyba już domyślacie się o co tak naprawdę chodzi. To najbardziej naturalna witamina – mianowicie – sama NATURA.

Człowiek współczesny raczej ma marny kontakt z przyrodą. Choć na pewno w tym temacie trzeba unikać uogólnień. Mieszkaniec dużego miasta, zamknięty w klimatyzowanym pomieszczeniu ze sztucznym oświetleniem, prowadzący stresujący tryb życia, żywiący się fastfoodem, z notorycznym brakiem czasu.  Wiem, wiem – pewnych rzeczy nie da się zmienić. Ale gdyby spróbować – małymi kroczkami zbliżyć się choć trochę do natury? Do zieleni, drzew, dzikich ścieżek, naturalnego słońca i czystego powietrza? Moja siostra mieszkająca w Danii opowiadała mi, że gdy nadchodzi weekend- w jej kuchennym oknie, które wybiega na dróżkę prowadzącą do lasu, tłumy ludzi ciągną w tymże kierunku: sport, spacery, przechadzki. Skandynawowie od dawna doceniają przyrodę – i to w  różnych aspektach.

My Polacy mamy sporo do nadrobienia w tym temacie (choć na pewno wielu z nas wykonuje ponad 200% normy – za innych).

Tymczasem Richard Louv, autor głośnej książki „Ostatnie dziecko lasu” bierze właśnie naturę pod lupę i stara się pokazać, jak ważna jest ona w życiu każdego z nas: małego, średniego i dorosłego. Czujesz pustkę, czegoś ci brak: chęci, energii, motywacji – wybierz się na długi spacer. To że będziesz musiał uważać, by nie potknąć się o wystające korzenie, sprawi, że oderwiesz się od myśli związanych ze stresującą pracą w biurze, firmie albo szkolnymi ocenami dzieci. W niektórych krajach lekarze zamiast tabletek już teraz przepisują pacjentom witaminę N na receptach – łatwo dostępna, tania, sprawiająca przyjemność, pomagająca się odprężyć i porządnie odpocząć. Autor pokazuje w książce przyrodę jako antidotum na wiele bolączek. Zyskają na tym umysł, oko, ucho,  relacje międzyludzkie. I nie pisze o wielkich znaczących parkach przyrody, zachęca do odkrycia tej przyrody najbliższej, w zasięgu ręki. Podpowiada wręcz, jak zbudować więź z bioregionem. Książka inspiruje do działania nie tylko na rzecz samego siebie, ale na rzecz najbliższej społeczności. Podpowiada aktywności na świeżym powietrzu dla różnych grup wiekowych - jest źródłem pomysłów dla rodziców, wychowawców, opiekunów i nauczycieli. Może nawet włodarzy miast, którzy zamiast w plastik na placu zabaw powinni pójść „w naturę”. Wiele rzeczy jest oczywistych, wiele odkrywczych. Autor opiera się na wynikach badań, eksperymentów, obserwacjach. Często są one z jego podwórka, ale warto właśnie na takich przykładach się uczyć. Tym bardziej, że na wiele poczynań – akurat w Polsce – przyjdzie nam na pewno długo czekać. Zresztą – patrząc teraz na „ogólnopolską” wycinkę drzew, spory o Puszczę Białowieską, kwestię parków w stolicy – ręce naprawdę opadają i nie chcę tego nawet komentować. Wartościowa książka, z której można korzystać na wiele sposobów. A nuż pomoże zmienić nasze życie. Zamiast do centrum handlowego udać się właśnie na dłuższą przechadzkę wśród pól, do parku? A może założyć przyrodniczy klub rodzinny, a może zorganizować Kinderball nie w jakimś sztucznym bajkowym studio, ale w ogrodzie, w którym można hasać wesoło po trawie, na bosaka, wśród drzew i krzewów. Książka na pewno podpowie jak to zrobić i utwierdzi nas przekonaniu, że obraliśmy właściwą drogę.

Wydawnictwo Mamania

środa, 30 sierpnia 2017

Marianna Oklejak ożywiła na kartach książek dla dzieci nasz rodzimy folklor. Wirują na nich panny i młodzieńcy w kolorowych wiankach na głowach, w serdakach, oko przyciągają gliniane kogutki, koronkowe kopki, pasiaste fartuchy. Tak jest w lekturach: „Cuda wianki. Polski folklor dla młodszych i starszych” i „Cuda niewidy. Zagadki dla młodszych i starszych”. Najnowsza książka skierowana jest dla tych najmłodszych, którzy nie potrafią jeszcze liczyć i nie znają kolorów. I znów wchodzimy w klimat folklorystyczny, bowiem najpopularniejsze barwy jak czerwony, niebieski, żółty, różowy i inne, dzieci poznają przy pomocy ludowych instrumentów, trzewików na korkach (u nas tak się mówi na obcasy), serwetek, motywów hafciarskich, korali i wycinanek.  Jednocześnie obok ilustracji przeczytać można dany kolor w innym języku: mamy wersję polską, niemiecką, angielską, francuską i hiszpańską. Tutaj do akcji muszą wkroczyć rodzice, którzy pomogą dzieciom „przeczytać” kolory w obcym języku.

Ciekawie przedstawia się również książka o liczbach od 1 do 10. Duża cyfra przyozdobiona motywami folklorystycznymi z różnych regionów, potem jej zapis również w kilku językach. I tak przy pomocy książki Marianny Oklejak maluchy będą liczyć po polsku (a jakże), niemiecku, angielsku, francusku i hiszpańsku. Obok ilustracje z ludowymi motywami: kogutek, kogucik, trzewiczki, instrumenty, ptaszki, hafty, serdaczki, zabawki, korale, pisanki. Ich ilość na stronie zależna jest od danej cyfry. Jeden kogucik, dwa buciki itd.

Piękne są te książeczki. Mam słabość do takich właśnie motywów. Może dlatego, że obok mojego miejsca zamieszkania jest ciekawy region folklorystyczny. Mam z nim trochę do czynienia zawodowo, trochę mój mąż. Cudnie jest, że ilustratorka wyciąga takie smaczki. Sprawiła, że folklor znów pojawił się na kartach książek dla dzieci, łączy stare z nowym. A wydawać by się mogło, że ten ożywał tylko na kartach starych książek z wierszykami i już od dawna murszeje w lamusie.

Wiek 0+

Wydawnictwo Egmont

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Paryż to drugie miasto po Sztokholmie, które odwiedzamy dzięki książkowej serii – „Znam to miasto”. Grupa postaci mniej lub bardziej znanych pojawia się w różnych miejscach w stolicy Francji. Postacie te poznajemy zaraz na pierwszej rozkładówce. Któż jest wśród nich? Kto pokazuje nam miasto nad Sekwaną? Są tutaj m.in. Maria Skłodowska-Curie z córką, bracia Montgolfier (to ci od balonu), Pablo Picasso (mimo że Hiszpan, to przez długie lata był związany z Paryżem), Esmeralda i Dzwonnik, projektant mody Yves, pieśniarka Edith Piaf, ikona mody Coco Chanel i inni, często zwykli mieszkańcy i ich pupile.

Każda rozkładówka (olbrzymia, wymiary: 2x 25,5 na 33 cm) to inne miejsce wraz z wszystkimi postaciami. Można śledzić ich losy na różnych ulicach Paryża, w dzielnicach, w parku, muzeum. Co robi piesek słynnego projektanta, gdzie akurat przesiadują słynni bracia wynalazcy, co akurat w danym momencie robi cyganka Esmeralda i czy towarzyszy jej Dzwonnik? To takie moje pytania pomocnicze, tymczasem autorzy pod wszystkimi postaciami na pierwszej rozkładówce zadali swoje pytania. Wertując książkę należy spróbować odpowiedzieć na nie. Znajdź sowę Pabla. Jak Gilbert złamał sobie rękę? Co zdenerwowało Coco? Od kogo Maria Skłodowska-Curie i jej córka odbierają nagrodę?

Na kartkach książki oprócz tego, że można spotkać słynne osoby i zwykłych mieszkańców można również odwiedzić znane miejsca w stolicy Francji. Malownicze wzgórze Paryża Montmarte ze świątynią Sacre Coeur i czerwonym wiatrakiem Moulin Rouge, brzeg Sekwany, katedra Notre Dame, urocze mieszczańskie kamieniczki, wieżę Eiffle’a, Muzeum Luwr. Wzrok przykuwają małe sklepiki z bagietkami, uliczny teatrzyk, artyści: bukiniści, malarze i akrobaci. Mimo że książka „milczy” ma się wrażenie, że słyszy się panujący na ulicach gwar, w małych kafejkach jest tłok. Mnóstwo drobnych szczegółów, które często niewidoczne dla dorosłych, z pasją odkrywane są przez najmłodszych. A może książka o Paryżu zachęci do przedsięwzięcia jakiejś rodzinnej wyprawy do stolicy Francji?

Wiek 3+

Wydawnictwo Zakamarki

czwartek, 24 sierpnia 2017

W „Jeżynowym Grodzie” może wywoływać tylko ciepłe uczucia. Świat małych myszek ukryty wśród krzewów, kwiatów i drzew. Maleńki, w którym bohaterowie przeżywają radości i smutki dnia codziennego. Makóweczka Bystrzycka, Dereń Mączniak, Pan Jabłuszko, rodzina Żabuchów i inni. Spora grupa bohaterów, która mieszka w słodkich domkach z mnóstwem kątków i zakątków, które można godzinami obserwować. Tak jakby położyć się na podłodze przed domkiem dla lalek. Przeniknąć do świata zabaw i marzeń, wczuć się w rolę bohaterów, którzy krzątają się po swoich domostwach, przygotowują bajeczne potrawy: chłodnik z rzeżuchy, sałatkę z mleczy, desery z miodu, ciasteczka pierwiosnkowe. Świat, nad którym trzeba się pochylić, by go dojrzeć, ukryty wśród bujnej zieleni. Myszki wiodą poniekąd sielankowe życie (któż o takim nie marzy) uporządkowane przez regularne rytmy w przyrodzie. Pory roku decydują o tym, co stworzonka robią – a te poddają się prawom panującym w naturze. Z jednej strony – jak to zwierzęta: żyją sielsko na łonie natury, z drugiej – w swoich zachowaniach przypominają nas, ludzi. Świętują wesele, urodziny, piknik, pracują, martwią się, mielą mąkę, mieszają masło. Mało tego, odmawiają swoją mysią modlitwę dziękczynną. Nie mogę sobie tego odmówić – muszę ją Wam przytoczyć: „Obyśmy byli wdzięczni za dobre pożywienie z naszych zielonych pól”. Wiosna i lato oznaczają wzmożoną aktywność myszek. Trzeba się przygotować do zimy. Mają jednak czas na zabawę, ale też dużo pracują: we młynie, wędzą sery, sprzątają norki. Całość podzielona na osiem opowieści, pięknie zilustrowanych. Obrazki pełne szczegółów, szczególików: wyposażenie mysich domków wywołuje zawroty głowy, autorka też zadbała o szczegóły elementów ubioru, motywy florystyczne. Świat, do którego chciałoby się wejść, i który na pewno będzie miłym wspomnieniem z czasów dzieciństwa.

Wiek 4+

Wydawnictwo Znak

środa, 23 sierpnia 2017

Lubię książki z pokręconymi losami ludzi. Gdzie nic nie jest łatwe i przewidywalne. Jutro jest niepewne, a co dopiero bliższa czy dalsza przyszłość w szerszej perspektywie. Gdzie nagle okazuje się, że jedno wydarzenie miało brzemienne skutki i wielki wpływ na życie pojedynczych ludzi. I lubię oglądać takie wydarzenia oczami zwykłych ludzi. Poznać ich opinię, spojrzenie na pewne fakty. Gdyby mówić o ofiarach ostatniej wojny – na pewno liczby robią wrażenie. Kiedy poznaje się ból i łzy jednostek, wagę cierpienia – czytelnik płacze razem z nimi i …cierpi. Bo wchodzi w czyjeś życie – może nawet z buciorami, bezwstydnie ogląda sceny z rodzinnej nie do końca sielanki, zna tajemnice czterech ścian, które skrzętnie ukrywa się nawet przed najbliższą rodziną. Denerwuje się, że nie może niczego zmienić, współczuje, gdy ktoś odchodzi na zawsze, w końcu zastanawia się jakby sam się poczuł, gdyby przyszło mu stracić dom. Książka Aidy Amer świetnie wpisuję się we współczesność, gdzie wędrówki ludów stały się faktem, tematem codziennym. Wprawdzie nas nie dotyczą, ale co jakiś czas można w serwisach informacyjnych zobaczyć setki, tysiące ludzi zmuszonych, bądź na skutek własnych decyzji, zmienić totalnie swoje życie, o sto osiemdziesiąt stopni, osiąść gdzieś indziej, w zupełnie obcym miejscu. Przesiedlenia to też kawał naszej historii. Temat gdzieś spychany na margines, teraz w powiązaniu z wydarzeniami w innych krajach, nagle ożywa. Sytuacja Prus Wschodnich (Boże, gdzie to było, słyszy się czasem), wysiedlenia, przesiedlenia. Wyrazy często pojawiają się co rusz w artykułach, a słowa odbijają się echem w powszechnej świadomości. Dwie rodziny: Stuhlmacherów i Sztulmowców, nie znający się nigdy wcześniej. Łączy ich dom: opuszczony przez jednych, zamieszkały przez drugich. Chichot historii, która  w pewnym sensie zatacza koło. Tu nie ma miejsca na tanie gadanie, łatwe rozwiązania, jakieś ersatze. Trzeba dostosować się do nowej sytuacji. Jedni uciekają, nadchodzą drudzy. Są tylko pionkami w grze, która zwie się historią, do której gry plan ułożyli możni i niemożni tego świata. A ten obserwujemy z różnych perspektyw: raz do głosu dochodzą Niemcy Stuhlmacherowie, raz Polacy Sztulmowcy. To nie powieść rzeka, w której jedno wynika z drugiego. To taka powieść patchwork, pozszywana ze skrawków pamięci swoich bohaterów. Wplątani nawet wbrew własnej woli w wichry wojen, przemian społecznych próbują żyć zgodnie ze swoimi przekonaniami i naturą. Ona też jest tu bohaterem. Tytułowe ptaki pojawiają się gdzieniegdzie i nie tylko tworzą specyficzny koloryt, ale jednocześnie silnie związane są z losami książkowych postaci. Nie jest to łatwa książka – trochę trwa zanim czytelnik się do niej przekona. Trzeba rozszyfrować zamiar autorki, która też pochodzi z różnych światów. Ciekawym doświadczeniem jest poznać świat przesiedleń, pojedynczych osób w czasie ostatniej wojny i po z perspektywy, której bliskie są różne kultury.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 96