Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
czwartek, 15 czerwca 2017

Akademia Pana Kleksa powstała podczas II wojny światowej. Za oknem było szaro, ponuro, niebezpiecznie, nieprzyjemnie.

„To była jakaś forma ucieczki przed rzeczywistością” – mówił Jan Brzechwa*. To świat, do którego uciekał autor. Może nie całkiem bezpieczny – ale było w nim miejsce na fantazję, marzenia, bajki. Zresztą w samej książce ponoć mnóstwo jest aluzji do II wojny światowej. Czyż nie przerażała Was horda wilków, o której opowiadał szpak Mateusz? Siała zgrozę w miasteczkach i wsiach, nie było na nią rady. Plądrowała, grabiła, mordowała. Nikt nie pomógł Mateuszowi, tak jak nikt nie pomógł Polsce w 1939 roku.


„Na koniec jednak wszystko jeszcze raz okazuje się baśnią. Okrutną, ale z dobrym zakończeniem. Szpak Mateusz zmienia się w „wytwornego pana w wieku lat czterdziestu, o włosach przyprószonych lekką siwizną”, czyli … Jana Brzechwę.

-Jestem autorem historii o Panu Kleksie – mówi elegancki pan. - Napisałem tę opowieść, gdyż ogromnie lubię opowieści fantastyczne i pisząc je, sam bawię się znakomicie.”*

 

Akademia Pana Kleksa to kawał świetnej literatury i dobrze się stało, że znalazła się w kanonie lektur szkolnych. To też moje najmilsze wspomnienie z dzieciństwa. Przygody Adasia Niezgódki i jego przyjaciół. I ta jedna myśl, która przed laty towarzyszyła mi podczas czytania – dlaczego ta sławna uczelnia była tylko dla chłopaków? Brzechwa w dzisiejszych czasach dostałby niezłego prztyczka w nos od feministek (śmiech). Mam przed sobą nowiutki, pachnący jeszcze farbą drukarską egzemplarz Naszej Księgarni. Książka wydana starannie, apetycznie. Zawiera w środku nie tylko „Akademię” ale i dwie dalsze części: Podróże pana Kleksa i Tryumf pana Kleksa. Mniej znane, ale również zasługujące na uwagę.

Książka swego czasu robiła furorę dzięki udanej adaptacji filmowej. Jednak – jak to zwykle w takich przypadkach bywa – książka oczywiście jest lepsza od filmu (nie odwołam).  Najnowsza wersja – z ilustracjami Marianny Sztymy, którą lubię za wiele ilustracji do innych tytułów. Na pewno ilustratorka zdawała sobie sprawę z tego, że podjęcie taaaakiego wyzwania, jakim jest stworzenie nowego wizerunku profesora Kleksa, to jest wyczyn nie lada. I że trzeba będzie zmierzyć się z opinią miłośników Szancerowego Kleksa. Tam – rozczochranego wariata – tutaj bardziej stonowanego, wyciszonego pana. Myślę, że Kleks pani Marianny ma szansę chwycić za serducho. Też z chochlikiem w oku, z zawadiackim uśmiechem, kolorowymi piegami spodoba się współczesnym – i dzieciom, i rodzicom, również tym, „skażonym" Szancerem.


Podróże Pana Kleksa i Tryumf pana Kleksa powstały już w czasach powojennych. Kolejno lata: 1961 i 1965. Podróże, w których sławny mędrzec, dziwak i podróżnik, uczeń wielkiego doktora Paj – Chi – Wo, założyciel słynnej Akademii, Ambroży Kleks wyrusza na spotkanie ku przygodzie. W dalekim kraju – Bajdocji jego mieszkańcy piszą białym atramentem na białym papierze. Nikt nie zna sposobu zapisywania bajek, a kiedy niestety zawodzi system supełkowy, cały kraj pogrąża się w żałobie. I właśnie wtedy przed Wielkim Bajarzem staje pan Kleks, który przekonuje go do wyprawy na trójmasztowcu „Apolinarym Mrku” (mieszkańcy nie zali litery „u”) w celu dotarcia do składników czarnej i białej barwy. Tryumf pana Kleksa to z kolei przygody w krainie: Alamakota. Moim zdaniem to najsłabsza z trzech części – choć na pewno warta poznania. Dużo tu miejsca na przygodę, wyobraźnię i …. filozofowanie.


Klasyka dla dzieci – z nowym wizerunkiem kultowego dla wielu bohatera. Czy dacie mu szansę? Sama, przyzwyczajona do wizerunku autorstwa Szancera, już teraz polubiłam Kleksa pani Marianny. A w samej grubaśnej książce znajdziecie tyle przygód, że starczy na całe wakacje. A może natchną one dzieci do wspaniałych zabaw, zniechęcą choć trochę do komputera?


*- cytaty pochodzą z książki Mariusza Urbanka – „Brzechwa nie dla dzieci”


Wiek  8+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

środa, 14 czerwca 2017

Jak ja lubię taaaaakie niespodzianki. Bo…. Pomyśleć by można, że w kwestii „Śpiącej Królewny” zostało już wszystko powiedziane. Tymczasem Wydawnictwo Nasza Księgarnia prezentuje nam takie jak ta perełki. Gdy czytałam informacje o autorce nie mogłam uwierzyć, że wierszowana opowieść o królewnie powstała pod koniec lat 20-tych ubiegłego wieku, i że za chwilę liczyć sobie będzie sto lat. Tymczasem ta baśniowa staruszka jest w doskonałej formie, ma wiele werwy, lekkości. Manuel Peña Muñoz pisze, że ta uśpiona bajka została wybudzona po niemal stu latach od momentu jej napisania przez Gabrielę Mistral (ur. 1889). Sama autorka to odrębny ciekawy temat. Z chilijskiej prowincji, najpierw skromna nauczycielka, potem również poetka, działaczka oświatowa  i … dyplomatka. W końcu – uwaga - Laureatka Literackiej Nagrody Nobla z 1945 roku. Przebywając w Europie zachwyciła się klasycznymi baśniami Charlesa Perraulta i braci Grimmów. Jak bardzo zafascynowały ją te stare teksty? Można powiedzieć, że baaaardzo. Dowodem na to jest m.in. ta książka i inne, które nawiązują do starych tekstów: o Czerwonym Kapturku, Kopciuszku i Królewnie Śnieżce.

Ta historia czaruje, jest pięknie opowiedziana. Ciekawym doświadczeniem jest to, że można na własnej skórze przekonać się, jak nasze dziedzictwo kulturowe postrzegane było przez innych – bo sami przyznajmy, kultura europejska znacznie różni się od kultury obu Ameryk.

A zaczyna się tak:

Bardzo dawno, dawno to było,

wiele upłynęło już wody,

gdy pewna królowa powiła

córeczkę nieziemskiej urody.

 

Prześliczne to było stworzenie,

zjawisko nie z tego świata.

Piękna niczym senne marzenie,

z zachwytu aż chciało się płakać.

 

Na chrzciny malutkiej królewny

zjechało wielu możnych gości,

król zaś dodatkowo zaprosił

wróżki, co potrafią zapewne

zło i dobro jak mąkę przesiać.

Siedem wróżek się pojawiło

na wystawnej uczcie królewskiej.

 Na uwagę zasługują ilustracje Carmen Cardemil. Nierówna faktura tła, postacie niekiedy jakby zamazane, ni to we śnie, ni w ruchu, zyskując tym samym na swego rodzaju autentyczności. Oryginalne przedstawienie uśpionego dworu królewskiego wnosi nową jakość w tradycyjną ilustrację do baśni, która liczy sobie kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt różnych wersji; która doczekała się wielu adaptacji filmowych i animowanych, i która liczy sobie …. kilkaset lat.

Na koniec dodam, że książka była wielokrotnie nagradzana; wspomnę tutaj choćby Honorowe Wyróżnienie w kategorii "Nowe horyzonty" na Międzynarodowych Targach Książki dla Dzieci w Bolonii w 2014 roku.

Wiek 4+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

wtorek, 13 czerwca 2017

Lektura najnowszej "Basi" świetnie wpisuje się w ogólnopolską akcję „Noc w bibliotece”. Niedawno jak Polska długa i szeroka hucznie korzystano z dobrodziejstw tego wydarzenia. Historia z książki Zofii Staneckiej przypomniała mi o czasach, kiedy to moi synowie wędrowali regularnie ze swoimi grupami przedszkolnymi do biblioteki – bardzo to lubili i miło wspominają  „stare dobre czasy”.

Tymczasem w książce nauczycielka przedszkola: pani Marta – zabiera Basiną grupę na warsztaty biblioteczne. Mali czytelnicy mają możliwość poznania bliżej tego magicznego miejsca – jakim jest właśnie biblioteka. Tym bardziej, że z tekstu wynika, że nie wszystkie dzieci znają bibliotekę. Poprzez tę książkę, można bibliotekę odwiedzić w wyobraźni. Dzieci dowiadują się, że w bibliotece można wypożyczać książki za darmo, i że trzeba o nie dbać. „Nie można do nich chować kanapek. Ani czytać w wannie” – baaaaardzo spodobał mi się ten fragment. W bibliotece panuje też cisza, by nie przeszkadzać innym . Grupa Basi bierze udział też w warsztatach artystycznych prowadzonych przez popularną i znaną pisarkę. Emocje przed spotkaniem są tak duże, że Basia nie może spać. Pod poduszka pieniążki od mamy na książkę z autografem autorki. Nie ma się co dziwić, rasowe moliki książkowe mogą w takiej sytuacji marzyć i śnić tylko o książkach. W jaki sposób Basia spędzi dzień w bibliotece? Czego się dowie i czego nauczy? Czy jej się tam spodoba? Odpowiedzi oczywiście należy szukać w książce – a jakże.

Basia od kilku już lat pomaga najmłodszym poznać świat. Tym razem temat dla moli książkowych. Właściwie molików książkowych – biblioteczne sale i regały pełne książek. Spotkanie autorskie, podczas którego dużą rolę odgrywa mała i wielka zarazem wyobraźnia. Dzieci dowiadują się dużo na temat odpowiedniego zachowania w tym miejscu. A może lektura zachęci do tego, by razem z rodzicami albo starszym rodzeństwem udać się do biblioteki? Bo Basię naprawdę warto naśladować. Zwłaszcza w tym przypadku.

Wiek 4+

Wydawnictwo Egmont

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Dawno nie pisałam o Kici Koci. Tymczasem Kica ciutkę urosła i już potrafi jeździć rowerem. Niedawno dostała od rodziców niespodziankę – nowy rower. Cudowny pojazd stoi w przedpokoju i cieszy oko Kici Koci. Dzięki małej przyjaciółce maluchy mogą poznać wiele spraw związanych z rowerem i jazdą na rowerze: poszczególne elementy wyposażenia, ubiór – koniecznie kask i wygodne buty. Do świadomości małego dziecka dociera również ważna informacja, że na rowerze można pierwszorzędnie spędzić czas razem z przyjaciółmi. Zamiast siedzieć przed telewizorem albo tabletem, lepiej wyjść na dwór, na świeże powietrze i pohasać na dwóch (czterech) kółkach. Kicia Kocia wie o tym doskonale, dlatego też śmiga razem z Packiem i Adelką. Przyjaciółka Koci ma rowerek biegowy – bez pedałów. Dla maluchów to żadna nowość, bo w tej chwili widać mnóstwo takich pojazdów na naszych (chciałam napisać "na ulicach"), chodnikach, ścieżkach rowerowych i w parkach. To też doskonała okazja, by spędzać czas wspólnie z rodzicami i rodzeństwem. Zatem – jak widzimy – jazda na rowerze ma same plusy. Kicia Kocia rozpoczyna naukę jazdy na rowerze, doświadcza wzlotów i upadków (dosłownie): zalicza wywrotki, poznaje ból, a na ciałku pojawiają się guz i stłuczone kolano. Jednocześnie sukcesy rowerowe wywołują uśmiech na małym pyszczku – wprawdzie czasem można sobie coś zrobić – ale – „co z tego, skoro frajdy jest o wiele więcej”. I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy wpis – wszyscy na rowery!

Książka świetnie sprawdza się jako lektura dla maluchów. Język, ilustracje, doświadczenia, świat doznań. Znam z najbliższego otoczenia co najmniej dwie fanki Kici Koci, które znają książki o niej na pamięć. I zawsze cieszą się, gdy pojawia się nowy tytuł.  

Wiek 0 +

Wydawnictwo Media Rodzina

czwartek, 08 czerwca 2017

Astrid Lindgren zaczęła to opowiadanie takim oto zdaniem: „To jest opowieść o wielkim byku Adamie Engelbrekcie, który dawno temu, w Niedzielę Wielkanocną, nagle zerwał się z powroza”. Tymczasem jest to opowieść również o malutkim Kallem, który okiełznał wielkiego zwierza. I po trosze o oborowym, który opiekował się bydłem w gospodarstwie. Wreszcie i o właścicielu tegoż gospodarstwa i jego rodzinie. Każdy  z nich ma w tej historii swój, niekiedy niewielki, udział. Jak to się mówi: swoje 5 minut. Jednak prawdziwą bohaterką, która wysuwa się na plan pierwszy dzięki ilustracjom Marit Törnqvist, jest sama … Szwecja. Tak myślę:charakterystyczne drewniane czerwone domki z białymi oknami i ościeżnicami drzwi, bielusieńkie rzeźbione w drewnie werandy, kolorowe chodniczki z tkanin, w pokojach biała boazeria do połowy ściany, solidne meble. Styl, który dziś tak wielu próbuje naśladować, co widać na wielu różnojęzycznych blogach wnętrzarskich. Do tego: czystość, skromność, dbałość o porządek, a jednoznacznie dobry gust i smak. I jeszcze na sam koniec -  piękna czysta przyroda. Oniemiałam, gdy zobaczyłam Kallego wędrującego z zarobioną monetą w brzozowym lesie. W końcu ta opowieść to również obraz dawnej szwedzkiej wsi – niezbyt bogatej, biednej wręcz. Jakże ciężkie to było życie pokazuje szwedzka literatura dla dorosłych. Tutaj kilka scen z życia wiejskiej gawiedzi poruszonej zachowaniem byka. Uwagę na pewno przykuwa dbałość o szczegóły strojów kobiet, mężczyzn i dzieci: spodnie na szelkach, koszule w drobne paski, nakrycia głowy znane z innych powieści Astrid Lindgren – jak choćby tej o Emilu. Sama opowieść nie jest specjalnie wyszukana. Ot – scena rodzajowa z życia pewnej małej społeczności. Lindgren zbierała takie – znała takie zarówno ze swojego doświadczenia jak i z opowieści swoich rodziców. Tytułowy byk wpada w złość i nikt i nic nie jest w stanie go uspokoić. Tylko mały chłopiec – Kalle, wie dobrze, co należy zrobić. Jak dzielny torreador podchodzi do byka, który prawie … je mu z ręki. Lindgren pięknie przedstawia tu obraz dziecka, które mądrością i sprytem góruje nad dorosłymi. Wzruszają jego delikatność, spokój i czułość, które chłopiec okazuje rozeźlonemu zwierzęciu. Stoją one w opozycji do zachowań dorosłych. Przecież patrząc na ilustrację słychać na nich dosłownie hałas, poruszenie, porykiwania byka. Wszystko jest jakby w ruchu, bardzo ekspresywne. Tymczasem sam Kalle to oaza spokoju. Dostrzega w zwierzęciu dobro i to sprawia, że chłopiec zwycięża. Tym samym Lindgren pokazuje, że dobrym słowem można osiągnąć znacznie więcej niż groźbami, siłą czy hałasem.

Książka dla tych, którzy lubią klasyczne opowieści.

Wiek 3+

Wydawnictwo Zakamarki

środa, 07 czerwca 2017

W dniu codziennym towarzyszą nam różne rzeczy, bez których trudno wyobrazić nam sobie nasze zwykłe życie: opony do samochodu (dojeżdżam do pracy codziennie), T-shirt w upalny dzień, ziemniaki (wszak wielkopolska pyra ze mnie) , długopis (mimo ery komputerów – nadal zużywam ogromne ilości – m.in. do pisania książkowych recenzji, ponieważ mogę to robić wszędzie i o każdej porze – co za wygoda), cola (u nas w domu – tylko od wielkiego dzwonu), krzesło, książka. I mnóstwo innych rzeczy, z których każda ma swoją historię i opowieść. Związani z nimi ludzie, wydarzenia, przypadki, szczęścia i nieszczęścia, podróże i wiele wiele innych powodów, dzięki którym mamy dziś okulary, śruby, termometr, sól i cukier (ten ostatni mógłby zniknąć – choć na jakiś czas), papier toaletowy. Rzeczy, co do których mamy osobisty stosunek – jedne lubimy, innych nie. Jedne bardziej zauważamy, inne są dla nas niewidzialne – ot są, tak po postu. Jedne bardziej potrzebne od drugich. Związane z kulturą – jak choćby widelec. W niektórych krajach je się przecież ręką. Jedne z opisanych tu rzeczy mają długaśny życiorys – inne znów to racjonalizatorskie niemowlęta. Bo czymże jest taki 70-letni długopis w porównaniu z 9000-letnim … chlebem. Każda rzecz opisana jest na osobnej karcie dużego formatu. Znajdziecie tu mnóstwo opowieści, ludzi z pasją, ciekawostek. W tle wydarzenia kulturowe, historyczne, społeczne. Odkrycie lub wynalezienie każdej z tych rzeczy związane jest z jakimś człowiekiem. Od zawsze dąży on do poznania świata, jego ulepszenia. Stąd wynalazki mniejszego i większego kalibru. Kto wie – a może któryś z małych czytelników wynajdzie w przyszłości coś, o czym będą pisali w książkach takich jak ta? Czego szczerze życzę.

Książka jest bogato ilustrowana. Lubię taki współczesny minimalizm współgrający z tekstem – nienachlany a jednocześnie świetnie uzupełniający się z warstwą narracji.

Książkę można kupić tutaj.

Wiek 6+

Wydawnictwo Zuzu toys

niedziela, 04 czerwca 2017

Michael Bond dla wielu to przede wszystkim autor kultowego misia Paddingtona. Tymczasem pisał on również inne książki dla dzieci. Jak tę: „Bajka o mysiej rodzinie”.

Bohaterkami tej książki jest piętnaście myszek, które zamieszkiwały domek dla lalek zdobiący wnętrza pewnego wiekowego pałacu. Rodzice i aż trzynaścioro małych mysiątek.  Dodam zresztą, że sam domek również nagryziony był przez ząb czasu. Pałac ów był codziennie odwiedzany przez tłumy turystów. Turyści zatrzymywali się przed domkiem dla lalek i robili zdjęcia. Dlatego tak ważne było, by wszystko w nim dokładnie wysprzątać, by zatrzeć ślady mysiej bytności. Myszki wiodły sobie swój dostatni i spokojny żywot aż do czasu. Pewnego dnia w pałacu zaczął się remont. Okazało się, że stary zniszczony domek dla lalek nie pasuje do nowych ekskluzywnych wnętrz. Wprawdzie mysie dzieci na swój sposób chciały ratować domostwo – ale skutek tego był wręcz tragiczny. Domek z pałacu zabrano, natomiast rodzina zmuszona była przeprowadzić się do ogrodowej szopy na narzędzia.  Chłodna i głodna była pierwsza zima w szopie. Jakże myszki tęskniły za swoim dawnym życiem. Tymczasem nadeszła wiosna – a wraz z nią wrócił  …. – ku ucieszy małych stworzeń i tłumów turystów, domek dla lalek. Historia ma zatem swój happyend, bowiem myszki  znów zamieszkały w swoich starych-nowych kątkach.

Krótka opowieść klasycznie zilustrowana przez Emily Sutton. Zaobserwowałam małą dziewczynkę z mojej rodziny, która dosłownie „zatopiła się” w obrazach z myszkami. Szczególnie długo zatrzymała się na rozkładówce zaraz na początku książki przedstawiającej domostwo państwa Malutkich. Łazienka z wanną na mosiężnych lwich łapach, stylowe kurki do wody, kominki w pokojach i (ach) prawdziwy ogród zimowy, sypialnia z łóżkiem z baldachimem, spiżarnia pełna smakołyków, biblioteka pełna miniaturowych książek. Mała czytelniczka liczyła i liczyła licznych członków rodziny, zachwycała się szczegółami i mruczała pod nosem swoje mysie historyjki. Mnóstwo tu zakamarków i schowków, do których warto zajrzeć. Myślę, że ta książka spodoba się maluchom.

Wiek 3+

Wydawnictwo Znak

sobota, 03 czerwca 2017

 

Szare, bure i pstrokate

Wszystkie koty za pan brat.

Mają drogi swe i płoty

-po prostu koci świat!

 

Pamiętacie? Moje pokolenie, pewnie tak. Mnie w każdym razie łezka w oku się zakręciła. Kultowa bajka o czarnym Bonifacym, kochającym swój zapiecek, chwalipięcie jakich mało, takim kocim filozofie. I o Filomenie – małym białym kotku, z czarną plamką za uchem, naiwnym, ciekawskim i odważnym. Większość książek napisanych według kreskówek jest zazwyczaj na niskim poziomie. Powiem tak – ładnie wyglądają, ale czytać tego się nie da. Tymczasem Przygody są napisane starannym i barwnym językiem. Autorami są dwaj scenarzyści: Marek Nejman- można powiedzieć, ojciec kota Filomena i Sławomir Grabowski. Książkę zilustrowała Julitta Karwowska – Wnuczak, przy bajce odpowiedzialna za projekty plastyczne.

Takiej wsi, takiej chaty, w której żyją oba koty, w naszej okolicy już nie ma. Ale może gdzieś w Polsce… Dlatego warto sięgnąć po książkę już choćby dla odkrycia tego, co minęło. Zapiecek, wóz drabiniasty, gliniane dzbanki, puchowe pierzyny, ptactwo spacerujące dumnie po zagrodzie, płot ze sztachet, harcujące po izbie myszy, drewniane ławy, czy najprawdziwsza w świecie miotła. A przede wszystkim zapach dawnej wsi. Nie wiem, czy zdajecie sobie z tego sprawę. Wieś kiedyś pachniała inaczej. Rok temu razem z mężem mieliśmy coś w rodzaju dejavu. Wyjechaliśmy na zawody męża w Polskę i w przerwie między startami spacerowaliśmy po wiejskiej urokliwej okolicy. I nagle przechodząc koło pewnego domostwa, spojrzeliśmy automatycznie na siebie i razem stwierdziliśmy, że tak pachniała wieś naszych dziadków – i z mojej i z M. strony. Bez wielkohodowalnych zapachów, bez środków chemicznych, nawozów. I ja taką właśnie wieś odnajduję w tej książce. Książka z wielką czułością traktuje o tym, co polskie, zaprasza do odkrywania cudów świata, ale nie tego dalekiego, tylko świata na wyciągnięcie ręki. Są też polskie zwyczaje – Wielkanoc, Boże Narodzenie. Obok naszych bohaterów jest mnóstwo innych zwierząt, roślin, przedmiotów, które współtworzą ten koci świat. Są i przysłowia – już choćby to ulubione dziadkowe Masz babo placek, czy inne: Kto nie pracuje ten nie je, Żyć jak pies z kotem.

Książka zdecydowanie dla starszaków- rozdziały są dosyć długie, rozbudowane dialogi, z wyszukanym słownictwem, wymagają większej koncentracji. W książce znaleźliśmy 32 historie, które pochodzą z tomów Przygody Kota Filemona; Filemon i Bonifacy; Filemon, Bonifacy i Szczeniak. Powiem tak – jako dziecko bardziej lubiłam Filemona, za którym teraz przepada mój Tomek. Z wiekiem bliższy stał mi się Bonifacy – trochę leniwy, niezły maruda:) kochający wygody i ciepełko, z dystansem podchodzący do życia i doświadczony. Polecamy!

Wiek 5+ 

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

czwartek, 01 czerwca 2017

Podróżnik to zeszyt, który pomoże zatrzymać wspomnienia. Z biegiem lat nie pamiętamy gdzie tak dokładnie człowiek był, co zobaczył, usłyszał, jadł, jakie wrażenia wywarły na nim miejsca, ludzie. Oczywiście wspomnienia są, ale szczegóły? Nie. Niekiedy pojawiają się opowieści przy rodzinnej  posiadówce – i wtedy zdziwienie – faktycznie – „Tak było! I ty to pamiętasz?” Pamięć ludzka jest ulotna. Podróżnik to zeszyt na…. Chciałam z początku napisać: na lata – ale są rodziny, które często spędzają dużo czasu w podróży. Choć przeciętny młody człowiek nie zapuszcza się zbyt często w dalekie strony. Tak więc – wypełnienie zeszytu wspomnień – to sprawa baaaardzo indywidualna. Jeśli ktoś ma szczęście do rodziców wariatów (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), którzy co rusz wyciągają progeniturę na krótsze i dłuższe wypady w ciekawe miejsca, ma szansę na szybkie zapełnienie zeszytu i …. bogate wspomnienia. Jeśli zabraknie kartek – zawsze można zaopatrzyć się w kolejny egzemplarz „Podróżnika”. Na każdy wpis przeznaczono cztery strony. Nie ma na pewno miejsca na długaśne eseje. Ale nie oto tutaj chodzi. Z pamięcią jest tak, że niekiedy wystarczy mały impuls, hasło – i już zaczynają ożywać wspomnienia. Każda podróżna część została podzielona na kilka drobniejszych , z których każda koncentruje się na jednym aspekcie tematycznym: daty wyjazdów, dane uczestników, środek transportu, opis miejsca, pamiątka z wyjazdu (może być bilet wstępu, pocztówka), nowe umiejętności i wiedza, przyroda, potrawy, zabawa, przebój muzyczny, najlepsze wspomnienie czy numery telefonów znajomych. Na końcu – ocena wyjazdu – jak w przypadku oceny hoteli – od jednej do pięciu gwiazdek. We wstępie autorka przedstawia każdy temat i podpowiada,, co może znaleźć się w opisie. Choć ja myślę, że uzupełnianie to naprawdę sprawa bardzo indywidualna. Jedni lubią się rozwodzić na dany temat – inni preferują lakoniczne zapiski. Na pewno ciekawym dodatkiem będą zdjęcia, rysunki, bilety, jakieś drobiazgi. Podróżnik może być „dziełem” całej rodziny. Z własnego podwórka wiem, że to ja zawsze dbam o jakieś zapiski, notatki – dzieci na razie nie mają do tego głowy. Tato – w ogóle. Może warto wypełniać go stadnie – ktoś jest odpowiedzialny za wpisy, ktoś robi ilustracje, ktoś inny wkleja zdjęcia. A później czytamy i wspominamy oczywiście wspólnie – przy jakiejś wyśmienitej herbatce i pysznych ciasteczkach domowej roboty.

„Podróżnik” ma ciekawą oprawę graficzną. Na każdej stronie : czarno – białe ryciny, które nie przeszkadzają w prowadzeniu zapisków. Można je dodatkowo pokolorować, można na nie nakleić swoje zdjęcia i obrazki.

"Podróżnik" można kupić tutaj. 

Wiek  7+

Wydawnictwo Zuzu toys

poniedziałek, 29 maja 2017

Seria „Co wokoło” powstała z myślą o najmłodszych dzieciach. Cztery kartony, które dotykają ważnych spraw codziennych: zabawa, ubranie, części ciała, zwierzęta. Nie znałam Lotty Olson „od tej strony”. Dla mnie to przede wszystkim autorka książek dla starszaków – słynnej serii o mrówkojadzie i orzesznicy, która uczy filozoficznego postrzegania świata, dyskusji, szukania różnych recept na życie. Tymczasem tutaj miłe zaskoczenie. Natomiast nazwisko ilustratorki: Charlotte Ramel, znacie pewnie dzięki książce o Cynamonie i Trusi. 

Na pierwszy ogień: „Auto robi brum”. Maluchy uwielbiają wyrazy dźwiękonaśladowcze- wszelkiego rodzaju, brum, uff. Zabawy w: jak robi auto? osa? budzik? tygrys? pociąg? fajka? kaczka? traktor? gołąb? mucha? krowa? A nawet (hi hi hi) pupa? Mogą trwać w nieskończoność. Fajnie wyglądają zadowolone maluchy – czytelnicy. Można boki zrywać widząc dorosłych, którzy z dziećmi czytają tego typu książki: brum-ających tatusiów, uff-ające mamy, babcie, dziadków.


„Sweter włóż i już” – kręci się oczywiście wokół ubierania się.

Mam nadzieję, że ta mini-książka przyczyni się do tego, że młode pokolenie będzie mówiło poprawnie „sweter”. Często - nawet starsi, niepoprawnie mówią „swetr”. Tymczasem w książce misiek pomaga ubrać się małej dziewczynce. Krok po kroku – od skarpetek, przez sweterek, spodnie. Oj te guziczki, dziurki, długaśne rękawki. Taaaak – zanim maluch wyjdzie na dwór – trochę to wszystko trwa. Nauka z lektury płynie taka, że gdy dziecko jest już gotowe, musi szybko wyjść na zewnątrz, w przeciwnym razie może się spocić.


„Mały mały smyk” – ten tytuł dotyka wielu aspektów codzienności: jedzenia, zabawy, higieny, spacerów, zabawy w piaskownicy, komunikacji autobusem. Dzieci poznają rzeczywistość, która dotyka je bezpośrednio. Podoba mi się „szwedzki chów”: wylewanie na podłogę, chlapanie wodą, szaleństwa z piaskiem, poznawanie przyrody z całkiem bliska. Gdzieś autorka chce przemycić starą maksymę, że dziecko brudne – to dziecko szczęśliwe.

I moja najmilsza książka – o relacjach między matką a dzieckiem. Taka lektura do …. kochania i przytulania. Mama ma wszystko duże: nos, oko, stopy, ucho. Scena, która rozgrywa się w wielu domach o poranku: trzeba malucha wyciągnąć z łóżeczka, umyć, ubrać, uczesać. Każda mama wie, że to niełatwe zadanie. Autorka podpowiada rytmiczną zabawę pełną śmiechów, gonitw, przytulasów. Można skorzystać i zastosować w swoich czterech ścianach – wtedy poranek będzie dobrym startem w dzień. Każda z książek – to krótkie historyjki, dziecięco zilustrowane. Nie ma tu mnóstwa szczegółów, które mogą malucha dekoncentrować. Skupia on uwagę na najważniejszym – pierwszym planie. W dodatku obrazki oddają cudownie klimat szczęśliwego dzieciństwa.

 

Wiek 0+

Wydawnictwo Zakamarki

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 94