Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
czwartek, 18 grudnia 2008

Dzieci już śpią, porządki świąteczne prawie zakończone i moje ciasto na jutrzejszą wigilię prezentuje się nieźle- palce lizać. M. dostał po łapskach przy obskubywaniu brzegów i w ramach protestu pojechał na basen. Jutro rano przed pracą posypię je orzechami i obleję czekoladą- prawdziwa bomba kaloryczna, ale Boże Narodzenie jest w końcu raz w roku. Po świętach będę się martwiła nadmiarem nadmiaru.

Moi rodzice wspominają czasem swoją dziecięcą radość na święta, na pyszne jedzenie - w ich domach, bardzo skromnych zresztą, przestrzegano bowiem postu. Mama do dziś nie może patrzeć na śledzie i na ziemniaki polane olejem lnianym. Niedaleko mojej miejscowości był tak zwany olejnik, gdzie wybijano makuchy. Po omłóceniu lnu przygotowywano olej na post- właściciel należał do najbardziej majętnych ludzi w okolicy- obsługiwał miasteczko i okoliczne wsie. A ludzie kiedyś pościli kilkadziesiąt dni w roku- nie to co teraz;) W opowieściach ojca też przewija się postne jedzenie osłodzone niekiedy przez matkę, a moją babcię Antoninę, chlebem ... polanym syropem z buraka cukrowego.

W tym roku będzie nam troszkę smutno- rodzina się rozjechała po świecie- po raz pierwszy będziemy w tak małym gronie;( Ja w swoim życiu miałam kilka wigilii za granicami kraju- i prawdę powiedziawszy- w tej kwestii wolałabym zostać tradycjonalistką.

-Po maturze wyjechałam do Niemiec jako au-pair. A że były jeszcze wizy musiałam wyjechać akurat na Boże Narodzenie. Mieszkałam u młodego małżeństwa z trójką dzieci- w wigilię najważniejsze były prezenty i program TV. Kolacji nie było- Ulrike wiecznie się odchudzała, wieczorem wciągnęła sama czekoladę, a następnie zaprosiła nas do zjedzenia dietetycznych jogurtów jagodowych. Nigdy więcej!!! Wiem jednak, że dużo rodzin niemieckich przykłada wagę do tego dnia i przygotowuje naprawdę świąteczną ucztę.

-Kiedy moja siostra z kolei była au-pair we Francji, rodzina oddelegowała mnie w Alpy, by zawieźć jej opłatki i Dobrą Nowinę. Wigilię robiłyśmy same. Z braku wałka, Basia wałkowała ciasto na uszka do barszczu tubą do przenoszenia projektów. W oczekiwaniu na pasterkę spędziłyśmy mile czas w restauracji, bo Francuzi to taki dziwny naród, który spędza wigilię w lokalach właśnie , a Sylwestra w domu:)

-Pamiętny rok 2000- znów odwiedziłam siostrę, tylko tym razem w Paryżu. Większą część mojego bagażu stanowiły właśnie ingrediencje na potrawy wigilijne. Gdyby celnicy przeszukali mi wtedy na granicy plecak, zdębieliby na widok farszu do pierogów, buraczków (polskich!), suszonych owoców i grzybów, pierników oraz mnóstwa książek na prezenty. Basiu, a co ja tam u Ciebie wtedy właściwie nosiłam z garderoby?

Teraz ciekawam bardzo wieści ze świata, jak moi najbliżsi obchodzą TAM wigilię. Hej! Wiem, że mnie podczytujecie, tak więc czekam...:)

Na koniec - napiszę o jeszcze jednej ciekawej rzeczy. Dziś byłam świadkiem ubierania choinki przez uczniów. Gdy okazało się, że jest za długa- ktoś zaproponował, by odciąć czubek. Kika osób zareagowało z oburzeniem, że tak nie można, bo to może skończyć się... wielkim nieszczęściem (!!!). Ponoć, gdy się odetnie czubek drzewka bożonarodzeniowego, grozi to zejściem ze świata któregoś z członków rodziny w najbliższym roku. Czubek został, trochę się podkręca pod sufitem, ale wygląda dość oryginalnie, bo dziewczyny zawiesiły na nim gwiazdę.

Nic to- idę czytać Mariannę i róże, jestem zmęczona już tymi przygotowaniami- pieczenie trzech oddzielnych warstw do mojego miodownika z małym Mikołajem (absolutnie nie- świętym) pod nogami było nie lada wyczynem, ale się udało i mam teraz ogromną satysfakcję. A wracając do książki- i ja również chciałabym napisać wkrótce moją pierwszą wyzwaniową recenzję:)

 

Przy porannej kawie przeczytałam u Padmy o jej perypetiach z książkowymi prezentami i jej wpis zainspirował mnie do dłuższej wypowiedzi. Boże Narodzenie przed nami- proszę, temat jak najbardziej na czasie.

 Muszę przyznać, że te dwa pojęcia książka i prezent dość często nie współgrają ze sobą, a z książkowymi prezentami jest tak, jak z perfumami- nie znając dobrze danej osoby, naprawdę trudno trafić w ten konkretny zapach:) Przekonałam się o tym kilka razy na własnej skórze. Zawsze lubiłam książki, ale życie nauczyło mnie w tej dziedzinie pokory.

Po pierwsze- nie każdy lubi otrzymywać książki w ramach prezentu. Kiedyś wychodziłam z założenia, że skoro ja lubię zapomnieć o świecie przy lekturze, to inni również. Na ziemię sprowadził mnie mój młodszy Brat, który na pytanie, co chciałby dostać pod choinkę, odpowiedział kiedyś krótko- Wszystko, tylko nie książkę. Było to kilkanaście lat temu, ale do dziś pamiętam jego słowa, po których poczułam się tak, jakby ktoś wylał mi kubeł lodowatej wody na głowę. Zawsze kupowałam mu książki- bo uważałam, że poznać kanon literatury dziecięcej- ot choćby Nilsa Paluszka, Muminki czy Cudowną podróż, to sama przyjemność i jedno z najcenniejszych wspomnień z dzieciństwa. Myliłam się- mały Brat oddał swą duszę klockom LEGO i samochodzikom, natomiast do słowa pisanego raczej mięty nie czuł. Inna sprawa, że  (teraz już duży) Brat, tak kiedyś odporny na indoktrynację książkową,  żyje obecnie na emigracji i pochłania wszystko, co tylko brytyjska biblioteka ma mu do zaoferowania, chłonie każde słowo polskie, nawet jeśli ma to być czytadło takiej choćby Nory Jones, obalając tym samym mit powiedzenia, że czego Mateuszek się nie nauczy, tego Mateusz nie będzie umiał.

Po drugie- trudno trafić z prezentem książkowym. Chyba, że dokładnie wiemy, co dana osoba preferuje. Również z moim  mężem mieliśmy kilka wpadek w naszym sielankowym okresie operacyjno-zwiadowczym:) Świat według Garpa Irvinga kompletnie go znudził. Do dziś jestem oburzona- Halo. halo- czy jest tu ktoś, kto nie lubi Garpa?!!! Jak można w ogóle nie lubić Garpa?!!! No tak- mój mąż nie lubi. Natomiast z jego strony totalną klęskę poniósł darowany mi z wyrazami sympatii Koniec historii Francisa Fukuyamy. M. chciał potem koniecznie porozmawiać o tym, w jakim punkcie względem "końca historii" znajdujemy się obecnie i czy doprowadzi ona do liberalnej demokracji, odpowiedzi nie uzyskał do dnia dzisiejszego. Z totalnych niewypałów książkowych dla mnie pamiętam jeszcze- 100 fryzur na każdą okazję- ( to nie od męża:) co dla osoby, której włosy nadają się tylko na fryzurę krótkiego pazia, było nie lada wyzwaniem. Bez żadnych sentymentów oddałam zaprzyjaźnionej fryzjerce:)

Smętne są nagrody książkowe z czasów szkolnych za coś tam:) W czasach PRL-u szkoła radziła sobie jak mogła, by mimo braków na rynku, pseudoambitnie nagrodzić nas za trudy pracy w szkolnych ławach. Te prezenty książkowe trzymam z sentymentu.

Po trzecie- nie zawsze książka okrzyknięta przez media i krytyków jako absolutny hit będzie jednako prezentowym strzałem w dziesiątkę. Moja biblioteka i księgozbiory moich znajomych najlepiej o tym świadczą. Nie ma to jak dobry, subtelny wywiad i wsłuchanie się w to, co mówi osoba, której pragniemy podarować książkę:)

Po piąte- Dla wywołania uśmiechu zadowolenia u obdarowanego jestem gotowa taszczyć nawet grube tomiska za siedem gór, siedem rzek. Tak było w 2000 roku, kiedy to wybraliśmy się z M. na święta do Paryża. Europa Daviesa zajęła mnóstwo miejsca w plecaku, ten wrzynał mi się w ramiona, ale co tam- książka pojechała ze mną. No i radość obdarowanego była nagrodą za poniesione trudy.

Po szóste- Niekiedy prezent książkowy może się powielić. W mojej bibliotece mam kilka zdublowanych egzemplarzy. Kilka podarowałam już potrzebującym:) W tym roku sama przeżyłam książkową wpadkę. Dla chrześnicy kupiłam pod choinkę pięknie wydany przez Świat Książki Tajemniczy ogród. Niestety, już ma. Muszę teraz pomyśleć o czyś innym.

W razie prezentowych rozterek- rozwiązania awaryjne- choćby słodycze albo przysłowiowe skarpetki mogą się okazać czasem najlepszymi rozwiązaniami, ale z własnego doświadczenia wiem, że mól książkowy zawsze ma nadzieję, że zostanie obdarowany właśnie książką, dobrą książką, ma się rozumieć:) Czego sobie jak i innym molom książkowym w tym roku życzę:)

A teraz do dzieła- biorę się za pieczenie miodownika, bo jutro w pracy wigilia. Mam nadzieję, że wszystko się uda:)

 

środa, 17 grudnia 2008

Moje dziecko zapytało mnie dziś, czy Gwiazdor to nie przypadkiem brat świętego Mikołaja. Tomek ma nie lada  problem- kto mu za kilka dni przyniesie prezenty. W domu pisze list do Gwiazdora, w przedszkolu z kolei mowa jest o nobliwym staruszku z Północy. Przecież święty Mikołaj już chodził 6 grudnia, prawda? Kilka lat temu uczyłam w warszawskim liceum. Kiedy wyrwało mi się na świątecznej lekcji- GWIAZDOR- kilka zaciekawionych par oczu spojrzało na mnie z wyczekiwaniem, bo gwiazdorem dla nich to był wtedy Brad Pitt . Z tematem obeznani byli Jacek, którego babcia była poznanianką i Kasia wychowana na Borejkach Małgorzaty Musierowicz. Tak więc gwoli wyjaśnienia- w Wielkopolsce, i to tylko w tej części, która kiedyś należała do zaboru pruskiego, prezenty przynosi GWIAZDOR, dość mocno zakorzeniony w naszej tradycji, nie mający nic wspólnego z Dziadkiem Mrozem ze wschodu, jak to sugerują niekiedy niezorientowani w temacie. Rasowy Gwiazdor różni się znacząco od świętego Mikołaja, odzianego standardowo w czerwoną czapkę i płaszcz. Nasz  darczyńca nosi futrzaną czapę i kożuch, a twarz ma umorusaną sadzą bądź skrytą za maską. Nazwa wywodzi się zaś od kolędników, z których jeden niósł gwiazdę, wór z podarkami i rózgę na niepokornych.

Moi rodzice kilka razy zorganizowali nam atrakcję pod hasłem- Gwiazdor, która zawsze kończyła się palpitacjami malutkich serduszek, drętwotą nóg na dźwięk srebrzystego dzwoneczka i chęcią rezygnacji nawet z najwspanialszego prezentu. Bo niestety, ów Gość Wigilijny nie miał nic wspólnego z cierpliwym i dobrodusznym świętym Mikołajem. Gwiazdor wielkopolski jest zadziorny, czasem nieprzyjemny, ma charakterek i raczej nigdy nie wzbudzał ciepłych uczuć, przynajmniej we mnie i moim rodzeństwie. Odpytywał najczęściej z pacierza, kolęd, wierszyków i tabliczki mnożenia.

Jedno spotkanie z Gwiazdorem utkwiło mi w pamięci – Pojechaliśmy na wigilię do cioci na wieś.  Oj, na wsiach to byli dopiero Gwiazdorzy - nasi, miejscy, byli ciut łagodniejsi. Po rozdaniu prezentów, ku naszej dziecięcej uldze, Bohater Wieczoru zaczął zbierać się do odejścia. I gdy znalazł się przy drzwiach, Piotrowi, mojemu kuzynowi, wymsknęło się cichutko, tak z wiejska: Phi. E tam, to buł tata. Na co Gwiazdor jak się nie zawrócił i dalejże mu rózgą po tyłku- Jo ci dum tatę! Jo ci dum tatę!

Czasem, gdy zbiera nam się na wspominki, śmiejemy się z naszego strachu, nasłuchiwania dzwoneczka i tej sceny z wiejskiej wigilii. Jednak jakoś nie mamy ochoty na pielęgnowanie w naszych domach tradycji bliższych spotkań z Gwiazdorem. Latoś też przyjdzie, a jakże, tyle że zostawi prezenty pod choinką i pójdzie sobie:) A że Gwiazdor jest zjawiskiem starym i budzącym respekt, przekonałam się czytając o nim kilka dni temu fragment w książce Marianna i róże, gdzie pod datą Polwica, w styczniu 1893 roku o wizycie Gwiazdora taki oto wpis:

Biedny Stasinek tak się przestraszył, że zaczął głośno płakać i trzeba go było czym prędzej zabrać do dziecinnego pokoju. Jadzia wtuliła się w spódnicę Busi. Starsze dziewczynki umilkły.

Tak więc strach przed tym jegomościem też ma swoją tradycję, ale naszym dzieciom chcemy jej oszczędzić:)

 

Podczas sprzątania przedświątecznego wpadła mi w ręce malutka i niepozorna książeczka, krótka rozprawa o aniołach księdza Twardowskiego. Znak jakiś z Nieba, że dość już tej przyziemnej bieganiny? Być może... Anioły są wpisane przecież w tradycję Bożego Narodzenia...

Za autorem powtórzę, że dziś często z anioła robimy malowankę dla dziecka, naiwny obrazek, przedstawiamy go jako pannę ze skrzydłami.  Anioły stały się ulubieńcami sklepów artystycznych i dekoratorskich. Wiem, bo sama posiadam kilka  sympatycznych figurek, a przyznaję, że im dziwniejszy ten anielski wizerunek, tym bardziej mi się podoba.

Tymczasem anioł jest niewidzialną potęgą Boga. Jego wysłannikiem, źródłem mocy nie tylko dla dziecka. (...) Do aniołów nie wypada tylko modlić się, prosząc o pomoc- aniołów trzeba czcić jako wysłanników Boga. " Oto Ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem. Szanuj go i bądź uważny na jego słowa. Nie sprzeciwiaj się mu w niczym, gdyż nie przebaczy waszych przewinień, bo imię moje jest w nim" (Wj 23, 20-21)

Ksiądz Twardowski pisze jak zwykle przystępnym językiem o sprawach Wielkich i Ważnych. Jego myśli o aniołach to nie nadęta rozprawa teologiczna, ale ludzkie spojrzenie na boskie istoty. Choćby taki Anioł betlejemski. Czytając ten tekst nie sposób nie uśmiechnąć się do siebie:

Co anioł betlejemski miał do zrobienia w noc Bożego Narodzenia? Najpierw latał po polach i budził pastuszków-śpiochów. Potem podawał komunikat o Bożym Narodzeniu. Potem ogłosił, że na świecie zapanuje wielka radość. Może anioł pomylił się? O jakiej radości mówił, przecież Herod tupał nogami, żołnierze rzymscy wymachiwali dzidami, Matka Boska zmarznięta, bez rękawiczek, marzła w nieopalanej stajence.

Nawet nie wiedziałam, że Kościół ustalił anielską hierarchię- Najbliżej Boga są cherubini, serafini i trony. Następnie trzy chóry- chór panowań, chór mocarstw i chór potęg albo władz. Trzecia hierarchia- to książęta, archaniołowie i aniołowie. Ci ostatni są nam najbliżsi- służą nam i są najpokorniejsi. Wszystkich mają nad sobą- i za to też ich chyba najbardziej cenimy:)

Od Anioła się w końcu wszystko zaczęło. Archanioł Boży Gabriel zjawił się przed Najświętszą Panienką i zapowiedział narodziny Chrystusa:

Jezus nazwiesz imię Jego, Będzie Synem Najwyższego, Wielki z strony człowieczeństwa, a niezmierny z strony Bóstwa, Wieczny Syn Ojca wiecznego, Zbawiciel świata wszystkiego.

 

Najbliższy mojej rodzinie anioł- to oczywiście Anioł Stróż. Sympatyczny, zawsze z nami, taki kumpel- i do tańca i do różańca. Ileż wysiłku nas jednak kosztuje, by Tomek zmówił przed snem modlitwę. Zawsze ma wymówkę, że jest baaardzo zmęczony. Jednak, gdy się rozpędzi, to nie może się swemu skrzydlatemu Opiekunowi nadziękować i naprosić. Ostatnio dołączył prośbę o zdrowie dla Świętego Mikołaja, bo Boże Narodzenie tuż tuż- no i co by to było, gdyby dobrotliwy staruszek z siwą brodą z dalekiej Północy nam się nagle rozłożył- jakiś nieplanowany mega- katar albo grypa?

 

Chodzi Anioł Stróż po świecie

sprząta po miłościach co się rozleciały

zbiera jak ułomki chleba dla wróbli

żeby się nic nie zmarnowało

listy tam i z powrotem

telefony od ucha do ucha

małe śmieszne pamiątki co były wzruszeniem

notes z datą spotkania ukryty w czajniku

blizny po śmiechu

sprzeczki nie wiadomo po co

żale jak pojedyncze osy

flirtujące osły

wszystko na szpilce

to co na zawsze już się wydawało

mądrość przy końcu że nie o to chodzi

radość że się kocha to co niemożliwe

(Na szpilce)

poniedziałek, 15 grudnia 2008

 

Adwent niejako potwierdza powiedzenie, iż czekanie na przyjemność jest większą przyjemnością, aniżeli sama przyjemność. Nasi zachodni sąsiedzi też często mówią- Vorfreude ist die größte Freude. Nie żebym nie lubiła świąt. Ale święta tak szybko mijają- raz dwa i już ich nie ma.  Adwent natomiast trwa i trwa- całe cztery niedziele- i w tym czasie można się przygotowywać do świąt w nieskończoność, dogrzać, ocieplić i … poprawić:)  Kalendarz adwentowy dla dzieci, wieniec na stole, pieczenie ciasteczek i pierniczków, wizyta dobrotliwego Świętego Mikołaja, zapach korzeni roznoszący się po każdym kątku, Archanioł Boży Gabriel w kościele, roraty z lampionami,  klejenie ozdób choinkowych z dziećmi, kiermasze świąteczne, refleksja, oczyszczenie duszy, jabłuszka z cynamonem zapiekane z bezową pianką, poczta anielska. No i dla dorosłych- grzaniec. Wieczór, książka w ręku, dzieci już śpią, za oknem wieje, huczy (śniegu niestety nie ma:( i smak cynamonu , imbiru, anyżku, goździków i muszkatu w gorącym czerwonym winie  z delikatną nutką miodu. Przeglądam strony z dekoracjami świątecznymi, zazdroszczę dziewczynom fantazji, pomysłów, czasu. Wszystko jest takie piękne i dopieszczone.  A mi w tym czasie przychodzi zawsze ochota na Dickensa.

Opowieść wigilijna to też mój Adwent. Smakuje szczególnie w połowie grudnia.

Pewnego razu- spośród wszystkich innych zacnych dni w roku w samiutką Wilię Bożego Narodzenia- Scrooge siedział przy pracy w swym kantorze. Było to popołudnie dokuczliwe, mroźne, mgliste. (…) Zegary na wieżach dopiero co wybiły trzecią, ale mrok spowił już miasto- zresztą dzień cały był ciemny- i w oknach sąsiednich biur jarzyły się świece, podobne krwistym smugom w ciężkim, brunatnym powietrzu.

Poprawa Scrooge’a rozświetla mroki wczesnych grudniowych wieczorów. Z Tomkiem czytamy Boże Narodzenie w Bullerbyn, opowiadamy o tym, co się wydarzyło 2000 lat temu w Betlejem, uczymy  synka kolęd, odkurzamy karton z ozdobami, planujemy prezenty gwiazdkowe i wieczerzę wigilijną. W dodatku grudzień to miesiąc imienin i urodzin naszych dzieci. Jest głośno, gwarno, co chwila spotykamy się w innym domu przy herbatce i na pogawędkach..

Do książki w zimowe wieczory dobrze pasuje grzaniec- czerwone wino wytrawne podgrzewam na malutkim ogniu, dodaję odrobinę nalewki wiśniowej, słodzę miodem i cukrem kandyzowanym, dodaję kilka goździków, laseczkę cynamonu, łyżeczkę przyprawy piernikowej, plasterki cytryny (ze skórką!). Napój ów zaspakaja najbardziej wybredne gusta czytelnicze i kulinarne i najlepiej smakuje właśnie w grudniu:)

niedziela, 14 grudnia 2008

W powieści Myśliwskiego wieś polska nie jest ani spokojna ani wesoła, no, to ostatnie może troszeczkę. To autor sprawia, że przy opisywaniu nawet rzeczy poważnych zaśmiewamy się tubalnie, niekiedy rechoczemy nawet,  budząc powszechne zainteresowanie osób trzecich.

Do przeczytania namówił mnie kolega z pracy- przytaszczył ciężkie tomisko i skomentował jednym słowem- świetna. Zabrałam się do czytania z dziwnym uczuciem- które ogarnia mnie zawsze, gdy mam do czynienia z Wielkością, bo do takich pojęć należy niewątpliwie nazwisko autora. Wiesław Myśliwski - podwójny laureat Nike za Widnokrąg i Traktat o łuskaniu fasoli.

Szymek Pietruszka nosi się z zamiarem wybudowania rodzinnego grobowca. Zastanawia się, jak powinien wyglądać, na ile kwater przygotować grób, kto powinien być głównym wykonawcą robót, czy umieścić na grobie anioła czy może wizerunek Chrystusa (Anioł najwyżej się wstawi, ale nie zbawi). Szymek gawędzi, zahacza o najróżniejsze tematy, wspomina ludzi, wydarzenia, snuje długie, niekiedy przaśne, opowieści- a czytając tę książkę odnosi się wrażenie, że Pietruszka jest tuż obok nas, siedzi na zydelku, może kurzy papierosa i opowiada nam to wszystko sam. Niewątpliwym atutem tej powieści jest właśnie język. Wiele rzeczy przecież zostało powiedziane już w innych książkach- o darciu pierza, wiejskiej drodze, zabawach w remizie strażackiej, partyzantce, obściskiwaniu dziewuch w zbożu, bijatykach między chłopakami. Jednak w powieści Myśliwskiego wszystko jest żywe, ciekawe, gawęda, która nie ma końca, a styl opowiadania nadaje wszystkiemu niesamowitego posmaku autentyczności. Pietruszka opowiada prostym językiem, po chłopsku, czasem zajedzie gwarą, nie wygłupia się, swoje filozofowanie traktuje bardzo poważnie. Dużo jest w tej książce mądrości ludowej, własnej interpretacji świata, choćby takiej- dlaczego grób pisze się przez "o" kreskowane. A widział kiedy kto grób otwarty?  

- To co ty wiesz baranie, kiedy nie wiesz, jak się grób pisze! I zostaw tu takiemu gospodarkę. W trymiga ją roztrwoni. Brzuchem do góry będzie leżał i patrzył, jak mu rośnie. Pójdź na cmentarz, leży kto w otwartym grobie?! Ziemią wszystko przysypane, płytami przywalone. Umarli na wieki oddzieleni od żywych. Ten świat od tamtego. (...) Zobaczysz, jak ci się będzie leżało w takim otwartym grobie. A nawet nikt nie stanie nad tobą, bo będziesz jak psie ścierwo gnił i  śmierdział. Będziesz błagał, żeby wziął ktoś łopaty i cię ziemią przysypał.

Szymek nie przebiera w słowach, powieść jest pełna pikanterii językowej- a opisy zwykłych wydarzeń , jak choćby żniw, pisania listu do braci lub szukania butów dla młodszego brata, nie pozwalają oderwać się choćby na chwilę. Nie polecam tej książki teraz - przed świętami- kto zacznie czytać, może nie zdążyć z przygotowaniami świątecznymi:)

piątek, 12 grudnia 2008

Nawet jeśli nie będę w tym roku szaleć kulinarnie- i tak nie porzucę mojego  przedświątecznego hobby- czyli przeglądania książek kucharskich przy popołudniowej kawie. Czasem znajduję jakąś karteczkę pochlapaną tajemniczą ingrediencją, a jej podły skądinąd wygląd, świadczy o popularności ciasta wśród domowników:) Wyobraźnię mam dosyć wybujałą -i po takiej lekturze primo- zawsze czuję się o parę kilo cięższa, czyli tak,  jakbym zaliczyła co najmniej jedną tradycyjną polską wigilię składającą się, a jakże, z dwunastu potraw- no i secundo- być może dziwnie to zabrzmi- lepiej przygotowana do świąt. Teoretycznie, oczywiście:)

W moim domu pojawiła się perełka- rodzinna książka kucharska ze strony mojego męża autorstwa Antoniny Piętkowej z 1931 roku. Nie jest tak słynna, jak choćby 365 obiadów "demona kuchni", Lucyny Ćwierczakiewiczowej, ale i tak można znaleźć tu wiele ciekawych informacji i przepisów pisanych językiem troszkę już trącącym myszką. No cóż, książka wiekowa, aczkolwiek mimo swego zużycia, nadal służy rodzinie, choć niektóre przepisy faktycznie mogą spędzić sen z powiek niejednemu dietetykowi. Ale Boże Narodzenie jest w końcu raz w roku, więc dlaczegóż by nie pofolgować sobie w kuchni? Choćby taki piernik...

Ciasto na pierniki należy zacząć przygotowywać nawet rok wcześniej (!). Ponoć w dawnych czasach zarabiano ciasto piernikowe, gdy dziewczyna przychodziła na świat, po to, by je upiec w dniu jej ślubu. Może tutaj tkwią korzenie skądinąd życzliwego powiedzenia- Ty stary pierniku? W niemalże wszystkich przepisach autorka każe wyrabiać piernik z mąki żytniej, zaprawionej patoką, czyli miodem płynnym. Do tego korzenie  (po staropolsku przyprawa pierna, stąd nazwa- piernik). Wyrobione ciasto ( jak na dłuższe stanie- to zaprawione okowitą) miało dojrzewać- im dłużej, tym oczywiście lepiej- w zimnem miejscu przez kilka dni, nawet przez parę tygodni. Potem przynieść go (kamienne lub porcelanowe naczynie) do ciepłej kuchni, by się ciasto rozgrzało. Z dzieciństwa pamiętam piernikowe dni- kiedy to moja Babcia Marianna przychodziła do nas na cały dzień i piekła. Blacha za blachą- stosy pierników. Na początku twarde- chłonęły przez kilkanaście dni wilgoć i do świąt były mięciutkie jak puch. Na krótko przed Bożym Narodzeniem miał miejsce oczywiście dzień lukru- ucierałyśmy cukier puder z roztrzepanym białkiem (nikt się nie przejmował salmonellą), dla koloru dodawałyśmy sok z buraczków lub kakao. Kakaowe ginęły jednak wśród zielonych gałązek, więc nie był to kolor popularny. A jak potem takie pierniczki z choinki szybko znikały. Czasem, gdy wiązanie zaplątało się w sosnowych igiełkach, na drzewku bożonarodzeniowym pełno było smętnie zwisających nitek popiernikowych.  Moja Mama wspomina czasem swoje dziecięce wiosenne sprzątanie przykuchennej spiżarni. Wśród torebek, torebeczek z przyprawami znalazła zapomnianego przez świat  polukrowanego pierniczka bożonarodzeniowego. Pachniał cudownie, zachował mięciutką świeżość. Gdy go ugryzła- na chwilę znalazła się w niebie, a smak tego piernika pamięta po dziś dzień:)  Świąteczne pieczenie kojarzy mi się jeszcze z wylizywaniem misek i gałek. W moim domu mówiło się tak- Oblizywanie gałki do ucierania, zwiastuje, że będziesz miała łysego męża. Hm, hm- cosik w tym jest J W każdym razie patrząc na panów szwagroskich, widać  też, kto miał największy udział w tym ceremoniale. ( niestety...)

Na kulinarną celebrację brakuje mi niestety czasu. Czytając przepis o babkach, do których dodawało się po 12 i więcej żółtek, aż łza się w oku kręci. No i takie ciasto trzeba było strasznie długo kręcić w jedną stronę w donicy glinianej, by się masa nie zwarzyła. W domu Iwaszkiewicza panny kuchenne taką babkę po upieczeniu jeszcze kołysały na puchowych poduchach do wystygnięcia, a w całym domu obowiązywał surowy zakaz trzaskania drzwiami, by ciasta nie upadły. Ależ się te czasy zmieniły…

Wiekowa kartka z przepisem na sernik wiedeński. Nie wiem dokładnie ile ma lat, ale służy już trzeciemu pokoleniu.

wtorek, 09 grudnia 2008

Wpadłam w wir przygotowań i porządków świątecznych. Jako nastolatka strasznie się buntowałam, gdy Mama zarządzała przedświąteczne wywracanie domu do góry nogami. Wyjmowałyśmy z kredensu serwisy, kieliszki, sztućce od święta- i dawaj- robota paliła nam się w rękach, choć ja osobiście przy tych zajęciach minę miałam raczej marsową. Nie lubiłam i już- i powtarzałam sobie w duchu, wycierając kryształową karafkę- w moim domu czegoś takiego nie będzie. Ale teraz po latach... jest. Myję okna, skaczę po stołach i sięgam tam gdzie raczej oko ludzkie nie sięga, odsuwam regały, wyjmuję szuflady, książki, odkurzam, omiatam, segreguję, układam, dobieram w pary (skarpety w różnych odcieniach czerni!!!) Burzy się we mnie moja wielkopolska krew. Ktoś powie- przecież zawsze się to robi. Jednak teraz przed świętami tak jakoś się to wszystko wrednie skumulowało. U mnie jest jeszcze pewna nowość-  po raz pierwszy ruszyłam do boju z dwójką małych dzieci. A tego nie da się ot tak sobie opisać: dąsy, humory, przerwa na jedzonko, na spacerek, na sen (czasem 10-minutowy!), przerwa na przytulanie i obcałowywanie przytrzaśniętego paluszka, praca, gotowanie obiadu dla Głowy Rodziny- generalnie jest fajnie i nie ma co narzekać. Tyle że im więcej sprzątam, to tym bardziej dochodzę do wniosku, że mojej roboty nie widać. Posegregowane i ponumerowane puzzle znów są w rozsypce, na wypucowanych szybach mazgaje. Mikołaj rośnie nam chyba na bibliotekarza, bo bez przerwy siedzi w książkach i zaprowadza na regałach swój, zrozumiały tylko dla siebie, (nie)porządek. Tomek przechodzi okres budowania domów, tuneli, torów przeszkód- wszystko mu się przydaje, nieważne czy to tetrowa pielucha czy obrus, który przeznaczyłam na wieczerzę wigilijną. Wieczorem- wychowawczo nakłaniamy nasze dziecię do wspólnego sprzątania- przy czym jakimś dziwnym trafem- zawsze przy tej czynności zaczyna boleć go... noga. Trochę działa Święty Mikołaj, który podgląda go niby zza okna i zastanawia się właśnie, czy zasłużył na prezent gwiazdkowy czy też nie. Problem w tym, że na mojego męża siwobrody staruszek nie działa. Nic a nic. M. rozkłada się z gazetką  i Gluehweinem (adwent to adwent) przed telewizorem, pochłonięty wiadomościami z wielkiego świata nie daje się wciągnąć w przyziemną walkę z wiatrakami (czyt. nieporządkiem w naszym domu). Z niezmąconym spokojem przygląda się moim miotełkowym zmaganiom i nic sobie  z tego nie robi. Czasem pokręci głową, czasem mruknie pod nosem- Moja żona to jeszcze czarodziejka czy już czarownica? Nawet się zastanawiam, czy nie padnie pytanie- Kochanie,  zostajesz czy może odlatujesz? Może szybciej niż ja zrozumiał, że z dwójką małych dzieci czasem nie da się inaczej, a bezustanne sprzątanie to syzyfowa praca? Bo nigdy nie będzie tak idealnie jak byśmy chcieli. Zabawa z dziećmi, ich śmiech, żarty, płacz są ważniejsze. Znaleźć złoty środek w tym wszystkim to jest nie lada sztuka, której się uczę. Pisząc ten tekst myślę sobie tak-  byle sobie tylko jedynek na drewnianych klockach nie powybijać i będzie dobrze.

niedziela, 07 grudnia 2008

M. jest zalatany i zapomniał o Mikołaju. Dla mnie. To dzisiaj jest już 6? - spytał zdziwiony. Udawał, czy też nie, wczoraj obraziłam się. Dziś w akcie zemsty- chodzę sobie po domu i podśpiewuję piosneczkę, którą znalazłam przypadkiem podczas przedpołudniowego grzebania w książkach we wspomnieniach Stefana Stuligrosza. Tę z kolei śpiewała często babcia dyrygenta- Franciszka. M obraził się też. Do jutra nam przejdzie:)

Rada, nie rada wyszłam za dziada.

Co ja będę robiła?

Na tym dziadu same kości,

Żal mi tylko mej młodości.

Będę dziada woziła.

 

P.S.- oczywiście melodia za każdym razem inna

piątek, 05 grudnia 2008

W pracy przygotowania do wigilii. Wyraziłam swą chęć uczestniczenia i wpisałam się do rubryki- Ciasto, bo ponoć jestem w tej dziedzinie całkiem niezła:) I zaczęły się problemy, bo starszyzna plemienna uparła się na makowca, którego ja za  diabła (chyba to niezbyt odpowiednie słowo w tym miejscu) piec nie umiem. Nie wychodzi i już. Robię dokładnie jak w przepisie Mamy Basi- dokładnie wypłukany mak zaparzam gorącym mlekiem, moczę dłuuuugo, delikatnie wyjmuję,  metodycznie łyżka po łyżce- by nam później piasek w zębiskach nie zgrzytał, kręcę trzy razy przez Fleischwolfa, w międzyczasie śpiewam różne pieśni i podnoszę błagalnie wzrok ku niebu, by się ciasto udało, dodaję, tak jak moja Mama - czarną porzeczkę i ubite na sztywno białka, i co? Leży potem taki czarny gniot na talerzu i nikt go do ust wziąć nie chce. Mój Tata, z litości nad córką- a i owszem. A więc zaproponowałam inne słodkości- piernik, szarlotkę, tort, cokolwiek- wybierajcie. O o o. Miny pełne oburzenia postawiły mnie do pionu. W końcu przecież chcę zniszczyć stary porządek świata ze swoją fantazją kulinarną. Trochę się dziwię, że taki sobie zwykły makowiec ma zadecydować, czy się komuś wspólna wilija uda, czy też nie. I czy się  w przyszłym roku szczęścić będzie czy nie. Może liczba zjedzonych ziarenek maku o tym decyduje?  Połowa zadeklarowała, że nie lubi, ale je, bo tradycja nakazuje. Nic już z tego nie rozumiem. Przemyślę przez weekend- może się przepiszę do lepienia pierogów? Karpie nie wchodzą w grę. Zawsze mi ich żal. Ale z tym ciastem to ja naprawdę chciałam dobrze. A więc idę z pracy, myślę o tych naszych dyskusjach- co ugotować i upiec i zachodzę w głowę, co jest w życiu tak naprawdę ważne? Czy chcemy święta przeżywać czy przeżuwać? Wstępuję do sklepu, gdzie przy kupowaniu jajek i chrupek dla dzieci zagaduje mnie nasza pani sklepowa- Ach, to wszystko jest i tak bez sensu. W 2012 roku ma być koniec świata. 21 grudnia. - dowiaduję się od pani Kasi- W Polsacie o tym był cały program. Kurcze, myślę sobie, to już za cztery lata, i w dodatku w moje urodziny. Co za bezczelność. Mam nadzieję, że chociaż zdążę obejrzeć prezenty:) Może faktycznie powinnam nauczyć się piec tego makowca? Może od niego zależy moje zbawienie? Wiadomość o końcu świata i ta scysja kulinarna to jakiś dziwny zbieg okoliczności, może znak z Nieba? W domu sprawdzam- mak ma symbolizować płodność i urodzaj, a jego spożywanie zapewnić dostatek. Jak zjem może się ten koniec świata choć trochę przesunie- na poimieninach kwietniowych? Żeby choć jeszcze raz wiosenne słońce ujrzeć i dźwięk szarego skowronka usłyszeć? Tak intensywnie myślę o tym placku, czarnych ziarenkach i dyskusjach makowcowych, że jakby mną ktoś w tej chwili nagle potrząsnął i zapytał-  Co jest najważniejsze w życiu?- to odpowiedź mogłaby być tylko jedna- MAKOWIEC! Moi kochani- MAKOWIEC!!!