Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać
wtorek, 19 marca 2019

Przeczytałam kilka książek Katarzyny Enerlich i zauważyłam, że autorka zawsze przemyca do nich swoją wiedzę zielarską. Jej bohaterki interesują się ziołami, radzą innym, jakie ziółka parzyć na zdrowie, dla urody, jak wyrabiać kosmetyki. Tymczasem „Piękno z pól i łąk” to książka tylko i wyłącznie na tematy związane z domowym wyrobem naturalnych kosmetyków. Katarzyna Enerlich mówi o swoich osobistych doświadczeniach z ziołami. U niej ta przygoda zaczęła się od … jogi. „Pomyślałam, że nie można być jednocześnie joginką i niezdrowo się odżywiać albo wcierać w ciało całą tablicę Mendelejewa, zawartą we współczesnych kosmetykach”. Dalej czytamy: „Bądź w zgodzie z Naturą. Po prostu bądź”. I to jest motto tej książki. Jest tutaj tyle miłych niespodzianek. Dezodorantem może być sok z cytryny, a z aquafaby (woda z ciecierzycy) można zrobić żel do mycia. Takich cudów jest tu mnóstwo. Czasami odnosi się wrażenie, że wystarczy wyjść na łąkę, na polną dróżkę, do lasu i wrócić z naręczem skarbów do wykorzystania. Autorka namawia (skutecznie) do wyrobu kosmetyków w domu. Można zaoszczędzić pieniądze i ma się pewność, że to samo zdrowie, a nie chemia. Podpowiada, czym zamienić szkodliwą chemię podczas sprzątania. Soda, ocet, olejki eteryczne, wosk pszczeli, oliwa z oliwek – to kilka zdrowych zamienników. Znaleźć tu można dziesiątki cennych przepisów, prosto i zrozumiale opisanych. Ja wspomnę tylko o kilku, ale podkreślam: warto zainteresować się tematem. Są tu zatem różnego rodzaju maceraty, wyciągi olejowe, lotion z kasztanów, ogórkowy płyn do demakijażu, peeling z makiem, tonik na wypryski, tonik z płatków róży, serum odmładzające z tarczycy, szampon z zakwasu, mydło dyniowe, mazidło Babci. Jest tego dużo, dużo, dużo. Każda kobitka przepadnie w tej książce.

Wydawnictwo MG

środa, 13 marca 2019

Pamiętam z dzieciństwa cykl Stare Kino prowadzony przez Stanisława Janickiego. Regularnie przypominano w nim filmy nakręcone przed wojną. A że w TV niewiele było propozycji dla dzieci, to my oczywiście oglądaliśmy właśnie takie filmy, na które dzieciaki teraz pewnie w ogóle nie zwróciłyby uwagi.  To właśnie z tych filmów zapamiętałam Hankę Ordonównę. Grała w takich hitach jak „Szpieg w masce” i „Niewolnica miłości”. Gdzieś w głowie została pewna fraza muzyczna, niezapamiętana w całości: „Miłość ci wszystko wybaczy” (słowa napisał poeta Julian Tuwim). Jej postać pojawiała się też od czasu do czasu wśród różnych informacji, wiadomości, wspomnień. Teraz po lekturze książki Anny Mieszkowskiej zachodzę w głowę, dlaczego tak niewiele o niej do tej pory mówiono. Książka wypełnia tę lukę – choć jak się okazuje, nie na wszystkie pytania znaleziono odpowiedzi. Pytanie, czy jest możliwe ich znalezienie w ogóle?

Anna Mieszkowska potraktowała tutaj Hankę Ordonównę (może to i głupio zabrzmi) jak … człowieka z krwi i kości. Nie, nie gwiazdę z filmów, kabaretu i teatru. Śledzi losy swojej bohaterki od czasów dzieciństwa i młodości, kiedy to była zwykłą skromną dziewczyną, związaną z Warszawą. Ta miłość i tęsknota za tym miastem pozostały w niej na zawsze – w Wilnie, kiedy w latach 1940 – 1941 nosiła się tylko na czarno wyrażając tym samym żałobę po Warszawie, i w Bejrucie, gdzie zmagała się przez wiele lat z niebezpieczną gruźlicą.  Naprawdę nazywała się Marysia Pietruszyńska i nie wiadomo kiedy się urodziła. Nie tylko zresztą z tą datą jest zamieszanie w życiorysie artystki. Autorka starała się również ustalić dokładną datę ślubu Ordonówny z hrabią Michałem Tyszkiewiczem – co łatwe nie było i nie do końca się udało. Marysia w każdym razie od początku była dzieckiem ambitnym i zdolnym. Już jako artystka pokonywała różne życiowe przeszkody, które stały jej na drodze do kariery, była żywiołowa i energiczna, miała doskonałą pamięć. Długi tekst, który otrzymała o osiemnastej, recytowała z pamięci bez pomocy suflera po dwóch godzinach. Anna Mieszkowska często sięga po wypowiedzi kolegów i koleżanek po fachu. Wyszukuje we fragmentach wspomnień wycinkach z gazet, listach, zasłyszanych plotkach i powtarzanych wypowiedziach. Dużo miejsca poświęca Ordonównie właśnie jako artystce – bo prawdą jest, że brylowała na scenach warszawskich. Zdobyła serca warszawiaków, rozkochiwała w sobie mężczyzn, budziła zazdrość koleżanek. Poeci pisali dla niej teksty, gazety codzienne i plotkarskie poświęcały jej swoje szpalty. Warszawa żyła jej życiem, i odwrotnie. Dużo tu opisów występów scenicznych, plotek z zaplecza, anegdot, wspomnień, dużo postaci, które są gdzieś w tle, a które współtworzyły klimat przedwojennej Warszawy. Przewijają się tu pisarze, poeci, śpiewacy, inni aktorzy. Obserwujemy zatem karierę Hanki, jej małżeństwo, które rodzina Tyszkiewiczów określiła jako mezalians, jej „nowe” życie po 1 września w 1939 roku. Bo wtedy pojawiła się zupełnie nowa Hanka. Kapitulacja Warszawy, aresztowanie przez gestapo, pobyt w więzieniu przy Daniłowiczowskiej, uwolnienie dzięki zabiegom męża, wyjazd na neutralną Litwę, starania o wyjazd do Anglii. Czytam w książce: „Jakżeby inaczej potoczyły się losy małżonków, gdyby ten projekt udało się zrealizować”. Bolesna jest druga cześć książki, która opowiada o rozdzieleniu małżonków, pracy w tuczarni świń, pomocy przy organizacji pomocy dla polskich dzieci z ZSRR, życiu na emigracji, zmaganiu się z chorobą. Mieszkowskiej udało się pokazać portret artystki, bohaterki dawnych czasów, człowieka, który musiał całkowicie zmienić swoje życie. Książka wzbogacona jest licznymi fotografiami, wycinkami z gazet.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

wtorek, 12 marca 2019

Czytając „Kobietę w bieli” aż trudno uwierzyć, że powieść ta pochodzi z 1860 roku (3 lata przed naszym Powstaniem Styczniowym) i że w chwili obecnej liczy sobie już 159 lat. Jeśli ktoś lubi klimat dawnej Anglii, czasy długich sukien, niespieszną literaturę XIX-wieczną to na pewno trafił pod właściwy adres. „Kobieta w bieli”, jak się okazuje, to połączenie wielu gatunków. Gdzieś przeczytałam, że również kryminału. Nie do końca się z tym zgadzam, ale o tym za chwilę.

Walter Hartright jest młodym nauczycielem rysunku. Pewnego dnia otrzymuje propozycję wyjazdu na wieś i objęcia intratnej funkcji nauczyciela dla dwóch panien: Laury i Marian. Jeszcze przed wyjazdem do dworu Limmeridge Walter spotyka na drodze tajemniczą kobietę w bieli. Okazuje się, że dziwnym trafem ma ona wiele wspólnego z miejscem nowej pracy. Kobieta ta dziwnie się zachowuje. Walter zaś wyczuwa, że kryje ona w sobie jakąś tajemnicę. Już na miejscu nauczyciel rysunku zakochuje się w Laurze, która niestety przyrzeczona jest innemu. Wiadomo – takie to były czasy – nie wsłuchiwano się w potrzeby i uczucia młodych ludzi. Tymczasem na horyzoncie pojawia się ktoś, kto ostrzega Laurę przed małżeństwem z podejrzanym kandydatem na męża.

Książka o słusznej liczbie stron – 650. To zdecydowanie powieść obyczajowa z wątkiem tajemnicy, który towarzyszy nam od początku powieści i który zostaje wyjaśniony na końcu. Są i elementy grozy, licznych emocji. Potrafię sobie, wyobrazić, że w dawnych czasach książka mogła budzić prawdziwą sensacje i ogromne zainteresowanie. My współcześni, bombardowani ze wszystkich stron tematami kryminalnymi, horrorami, thrillerami podchodzimy do tego tematu oczywiście z dystansem. Powieść może się podobać. Mimo swojego wieku tchnie świeżością, jest ciekawie napisana, potrafi wciągnąć. Wiele jej elementów podoba mi się: konstrukcja samej powieści. Co rusz wprowadzany jest jakiś temat poboczny, postać – niby bez znaczenia, drugoplanowa. Jednak i one wnoszą dużo do fabuły, mają swoje znaczenie. Autor poświęca dużo uwagi swoim bohaterom. Poznajemy ich wygląd, charakter, myśli, upodobania. Odnoszę wrażenie, że wszystko jest tu dopięte na ostatni guzik. Każdy z bohaterów jest charakterystyczny, ma swój styl bycia. Collins pokazuje ich w taki sposób, że jedni wzbudzają od razu sympatię, inni nie za bardzo. Och, jak bardzo irytował mnie opiekun panien, który rzadko opuszczał swój pokój, a którego najmniejszy hałas wznosił na wyżyny irytacji. Ta powieść to doskonały obraz dawnych czasów. Dużo uwagi poświęcono małżeństwu z rozsądku, ustalonemu przez opiekuna. To też sielankowe życie bogatych panien na prowincji, w okazałych dworach, spędzanie czasu na nauce rysunku i spotkaniach towarzyskich, na schadzkach i herbatkach. To dbałość o konwenanse, unikanie rozgłosu, by nie szokować opinii publicznej. Jeśli ktoś lubi takie klimaty – to polecam.

Wydawnictwo MG

niedziela, 24 lutego 2019

Są momenty w życiu, w których świetnie się odnajduje ta, a nie inna książka. Którą akurat doskonale rozumiemy, przeżywamy i dzięki temu zapamiętujemy na długie lata. Właśnie jeden z takich momentów nadszedł, a ja znalazłam książkę, która już zawsze będzie mi się z nim kojarzyła. I na odwrót.

7 maja

Kocham mój ogród. Tutaj właśnie piszę w urocze późne popołudnie, odrywana co chwilę od pracy przez bzyczące komary i kuszona do podziwiania przepychu młodej zieleni, którą pół godziny wcześniej zmoczyła zimna ulewa. W pobliżu mnie dwie sowy prowadzą ze sobą długą rozmowę, którą delektuję się tak samo jak śpiewem słowika.

Elizabeth i jej ogród – to książka dobra na wiosnę i na zmiany w życiu. To w dużej mierze powieść z wątkami autobiograficznymi. Autorka kamufluje jak tylko może rzeczywistość i pisze o Gniewnym (mąż), Dzieciach – Kwietniowym, Majowym i Czerwcowym (dzieci własne). I ogród – pierwszoplanowy bohater - jest jak najbardziej prawdziwy - w pruskich Rzędzinach w okolicach Szczecina. To właśnie to miejsce po kilku latach męczącego i jednostajnego małżeństwa z byłym oficerem pruskiej kawalerii odkrywa przez przypadek Elizabeth. I zostaje na długo. Wszyscy jej żałują, że się na tej wsi zmarnuje, że uroda przemija, że nudno jak flaki z olejem, że mąż niedobry – i inne podobne dyrdymały. A Elizabeth jest przeszczęśliwa i o tym szczęściu pisze.  Czasem przyjmuje gości (fajnie, gdy już sobie odjeżdżają), walczy z konwenansami (przecież tyle rzeczy nie wypada robić uczciwej niemieckiej kobiecie), dyskutuje o miejscu kobiety w ówczesnym świecie. Jednak przede wszystkim żyje ogrodem. Angielka urodzona w Nowej Zelandii w 1866 roku chce od życia czegoś więcej niż typowa niemiecka kobieta. W 1907 roku rozstaje się z mężem i  zaczyna sama decydować o swoim losie. Jako ciekawostkę dodam, że jednym z guwernerów jej dzieci w Rzędzinach (wówczas Nassenheide) był Edward M. Forster, autor Pokoju z widokiem.

Piękna książka, gdzie czas płynie powoli, gdzie człowiek nasłuchuje jak trawa rośnie i czuje, jak róże pachną. Świat, którego już nie ma, bo jak czytamy we wstępie, nic po okazałym dworze Arnimów nie pozostało.

Bardzo mi się podobała. W natłoku codziennych spraw, obowiązków będę wracała do niej nie raz. I będę patrzyła, jak będzie rozkwitał mój ogród, na który, również dzięki tej książce, już teraz, bardzo bardzo bardzo się cieszę. Bo za chwilę wiosna:)

Wydawnictwo MG

poniedziałek, 18 lutego 2019

Powieść ta ponoć została odrzucona 78 razy przez różnych wydawców. Taaak – bo nie jest to książka łatwa. Po lekturze „Księgi nocnych kobiet” chciałam poznać kolejny tytuł jamajskiego autora, znanego na całym świecie  dzięki „Krótkiej historii siedmiu zabójstw”, za którą otrzymał w 2015 roku Nagrodę Bookera.

Rzecz rozgrywa się pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku na jamajskiej prowincji. Gdzieś na końcu świata życie płynie sobie leniwie – ludzie przyjmują, co im przynosi kolejny dzień. To miejsce, o którym zwykło się mówić, że Bóg o nim zapomniał. Wśród lokalnej społeczności żyje pastor Hector Blight. Kiedyś człowiek porządny i prawy, jakiś czas temu zaczął pić coraz więcej, i więcej – aż stoczył się na samo dno. Co rusz ktoś spotyka go pijanego w innym miejscu – to leży w rowie, to znów na ulicy. Tak jest do czasu, bowiem pewnego dnia zaczynają się dziać w wiosce i okolicy dziwne rzeczy. Nagle pojawia się skądś obcy przybysz – nikomu nieznany mężczyzna. Otacza go swego rodzaju aura osobliwości i tajemniczości. Ludzie dopatrują się znaków – czyżby sępy krążące nieopodal wróżyły jakieś grożące niebezpieczeństwo? Tymczasem tajemniczy gość każe na siebie wołać Apostoł. Zmierzy się w walce o rząd dusz ze wspomnianym pastorem – alkoholikiem. Ten ostatni nie budzi już respektu, raczej litość. Jego wygląd i rozsiewany odór bardziej odstraszają niż zjednują ludzi. Wioska staje się swego rodzaju polem walki o każdego mieszkańca. Pytanie tylko – kto będzie zwycięzcą? I kto jest tym dobrym, który powinien zwyciężyć. Anioł czy pastor? I tak kartka po kartce jesteśmy świadkami dziwnej rywalizacji – w napięciu czekamy na końcowy rezultat. Choć, co ciekawe, słowo „koniec” pojawia się na samym początku książki.

Książka wywiera ogromny wpływ na czytelnika. Tyle tu nagromadzonych emocji, manipulacji, gierek, instynktów. Nie chcę oceniać żadnego z bohaterów, by nie narzucać swojego zdania, czegoś nieopatrznie sugerować. Jednak stając po stronie tych, których chcemy wspierać, którym sekundujemy, nie jest łatwo pozbyć się złości na stronę przeciwną. No właśnie – kto zwycięży? Koniec jest niesamowity i zaskakujący.  Jednak nie oczekujcie tu czegoś podobnego do „Księgi nocnych kobiet”. Zupełnie inna literatura, bardziej dosadna, wulgarna, krwawa. Na pewno też nie dla każdego.

Wydawnictwo Literackie

czwartek, 14 lutego 2019

Tę książkę mogłabym czytać i czytać. Po pierwsze - swego czasu też lubiłam zagłębiać się w „Ballady i romanse”. I drugi powód: dzięki objaśnieniom Emilii Kiereś, jej interpretacjom, można czytać romantyczne utwory z większym zrozumieniem. Powiem nawet: to, co wydawało się trudne, teraz jest łatwe. Mało tego, wartość dodana tej książki jest taka, że ona właśnie uczy czytać dawną literaturę – nie tylko romantyczną, ale również z innych epok. Odkrywanie poszczególnych wersów krok po kroku, jak obieranie cebuli – pod niby suchą łuską, kryje się soczysty środek. Emilia Kiereś przyznaje się do wielkiej pasji, zamiłowania do tych utworów – i to wszystko tutaj wyraźnie widać. Podoba mi się, w jaki sposób autorka buduje relacje z nami, czytelnikami. Zwraca się do nas: „Widać różnice, prawda?”, „Jak się wkrótce przekonacie”, „Spróbujmy sobie wyobrazić”, „Na pewno nieraz słyszeliście”. Już we wstępie autorka stara się nas przekonać do swego zamiaru okiełznania Mickiewicza. Widać swego rodzaju nieśmiałość – bo czy ją zrozumiemy? Emilia Kiereś ma nadzieję, że przeczytamy książkę z przyjemnością. Ja mogę powiedzieć tylko o swoim odbiorze. Lektura jest REWELACYJNA. Wśród utworów te najbardziej znane: „Świteź”, „Świtezianka”, „Powrót taty”, „Pani Twardowska”, „Lilije”, „Romantyczność”. Są i te mniej znane: „Pierwiosnek”, „Kurhanek Maryli”,  „Dudarz”, „Rybka”. Razem 14 ballad i romansów. Pierwszy raz ujrzały one światło dzienne w 1822 roku.  Za cztery lata będziemy obchodzić ich 200-tny jubileusz. Nic dziwnego, że ich lektura może współczesnym sprawiać trudności. Zmienił się język, nie wszystek kontekst kulturowy, społeczny, topograficzny jest wszystkim jasny. A przecież ma to wpływ na odbiór tej poezji. Książka wygląda tak: najpierw przytoczony jest każdy z utworów Mickiewicza. Zaraz po nim następuje interpretacja Emilii Kiereś. Jej omówienia są jak gawędy, których słucha się naprawdę z przyjemnością, które czyta się z przyjemnością – powinnam właściwie napisać. Wprowadza nas do świata, który na pierwszy rzut oka wydaje się być nieprzystępny, obcy. Bo nie rozumiemy pewnych słów, które przecież wyszły dawno z użycia. Albo kontekstu – społecznego, historycznego, politycznego, kulturowego albo i biograficznego. Bo jak się okazuje, niektóre rzeczy należy czytać właśnie w oparciu o prywatne życie i doświadczenie samego poety. Dzięki komentarzom autorki poznajemy ludzi, miejsca, miejscowe legendy, fakty z życia poety, ludowe tradycje i obyczaje, które akurat w przypadku „Ballad i romansów” odgrywały niezwykle ważną rolę. I nie sięga przy tym po jakiś wyszukany język, ale tłumaczy przystępnie, zrozumiale, a co najważniejsze – ciekawie. Jest takie przysłowie: jeśli chcesz zapalić innych, sam musisz płonąć. Ta miłość do poezji Mickiewicza jest tu widoczna. Jest też mnóstwo ciekawostek, o których milczą podręczniki: zasuszony listek podarowany Adamowi przez Marylę, który ten przechowywał w swoim biurku do końca życia. Informacje o wstręcie Mickiewicza w czasie dzieciństwa do … pisania. Musiał ćwiczyć kaligrafię na deszczułkach. I o tym, że nasz wieszcz był … figlarzem, który np. w nietypowy, poetycki sposób podpowiadał koledze na lekcji historii.

Książka została pięknie zilustrowana przez Mariannę Sztymę. Jej prace świetnie budują klimat, tajemniczość, baśniowość utworów. Natomiast sama okładka z tytułem w odcieniu ostrym – żółtym to strzał w dziesiątkę.  Do tego sama czcionka, krój liter – jakby podrygiwały one w rytm jakiejś muzyki. To też swego rodzaju potraktowanie tematu na luzie, odbrązowienie Mickiewicza i ukłon w stronę współczesnego czytelnika. Jakby ktoś dodatkowo chciał powiedzieć – Mickiewicz jest naprawdę dla ludzi! Młodych ludzi  też – gwoli ścisłości.

Wydawnictwo Egmont

sobota, 09 lutego 2019

Książka Anny Karpińskiej pokazuje, że życie niesie ze sobą wiele niespodzianek – i to, niestety, nie zawsze sympatycznych i przyjemnych. Wchodząc w dorosłe życie mamy plany, marzenia i wyobrażenia o naszym życiu z inną osobą, o dzieciach, które przyjdą na świat. Tak właśnie jest z Wandą. Dojrzała kobieta, odchowała swoje dzieci, od wielu lat pracuje w szkole jako nauczycielka. Za chwilę czeka ją emerytura. Kolejny ważny etap. Kiedy spojrzy za siebie, nie wszystko ją zdawała, inaczej pokierowałby swoim życiem, dokonała być może innych wyborów. Niby zadowolona z trójki dzieci. Dobrze wykształcone, radzą sobie w dorosłym świecie. Choć najmłodsza Kasia ciągle sprawia problemy. Najpierw nieplanowana ciąża, potem decyzja o wyjeździe do Niemiec, do tego jeszcze śmierć ojca i męża Wandy. Oj, wiele zwaliło się w ostatnim czasie na barki Wandy. Pozostaje w samotności popłakać sobie, użalić się nad sobą. Bo przecież trzeba zająć się wnuczką, doczekać tej emerytury i jeszcze poprowadzić biznes rodzinny. Dużo tego i czy Wanda da radę?

Książka wcale niełatwa, pełna smutków, żalów, emocji.  Przychodzi taki moment w życiu człowieka, że ten staje na rozstaju i pyta się co dalej. Gdy nadchodzi czas rozliczenia z tego, co było. I czas strachu przed tym, co będzie. W przypadku Wandy w kąt poszły wszystkie plany, marzenia. Ile trzeba poświęcić siebie dla innych? Ile można dawać  – w nieskończoność? I wiedząc, że tak nie powinno być, mimo wszystko brnąć w to dalej. Jak powinny zachować się dzieci w tej sytuacji? Dzieci, które tak są właśnie nauczone, że wiele im się od rodziców, zwłaszcza matki, należy? Gdy tymczasem ta żyje ciągle życiem innych, a nie swoim. Książka – przestroga dla tych, którzy nie potrafią być czasem egoistyczni względem najbliższych. Do refleksji. Do powściekania się – bo niekiedy sytuacja kobiety zwyczajnie złości i denerwuje. Do wyciągnięcia wniosków i zastanowienia się nad swoim życiem. W końcu – lektura aktualna, bo przecież tylu starszych rodziców przejmuje na siebie rolę rodziców dla opuszczonych dzieci,  których prawdziwi rodzice wyjechali za chlebem w daleki świat. Wrażliwcy niech przygotują chusteczki. A dla tych, którym książka się spodobała – dobra wiadomość – będzie ciąg dalszy.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

wtorek, 22 stycznia 2019

Zawsze z przyjemnością zaglądam do książek dla dzieci, które traktują o sztuce. Ta akurat odkrywa tajemnice warsztatu artysty. A ten do stworzenia swojego dzieła potrzebuje oczywiście wyobraźni , talentu, umiejętności. Jednak żaden obraz nie powstałby bez farb. To ciekawe spojrzenie na temat, ponieważ wiele książek traktuje o sztuce w aspekcie poszczególnych epok. Tymczasem poznawanie technik i to w różnych epokach – to naprawdę ciekawy pomysł i swego rodzaju novum jeśli chodzi o książki dziecięce.  Zatem farby – to temat przewodni tutaj. Może to Was zdziwić, ponieważ w wielu książkach o historii malarstwa autorzy zaczynają opowiadać o sztuce ludzi pierwotnych. A skąd niby mieli oni niby wziąć farby? – ktoś zapyta. Przecież to niemożliwe – aż ciśnie się na usta. Tymczasem dzieci dowiedzą się, że również nasi praprzodkowie robili farby sami – z naturalnych barwników występujących w przyrodzie. I ta książka zaczyna się  właśnie od sztuki jaskiniowej. Później jest mowa o akwareli, temperze, freskach, malarstwie olejnym, pastelach, farbach akrylowych i kolażu. W każdym dziale dowiecie się skąd pochodzi nazwa danej techniki, jaki jest skład danych farb (ale tu uwaga – bez nudnawych wywodów – raczej wiele ciekawostek), poziom trudności danej techniki: czy łatwo malować farbami akwarelowymi albo temperowymi. Dalej: właściwości technik: np. malowanie farbami akwarelowymi uniemożliwia zamalowanie nieudanych elementów obrazu., w przeciwieństwie np. do malarstwa olejnego. Podłoża do farb – na czym malowano w różnych epokach, które podłoże jest dobre do danej techniki malarskiej. Materiały: pędzle, substancje do czyszczenia ich, sposoby nakładania farb. W końcu również i przegląd poszczególnych epok – kiedy dana technika była popularna, kto ją popularyzował (np. akwarelę – impresjoniści, freski – Giotto). Jest też dużo reprodukcji – przykładów danej techniki malarskiej. Wśród autorów sami mistrzowie: Dürer, Cezanne, Botticelli, Modigliani, Młodożeniec, Chagall, Kobro, Kandinski i wielu innych. Autorka zwraca uwagę na cechy charakterystyczne danej techniki w poszczególnych epokach: np. świetnie opisano tu sztukę egipską. Poświęca uwagę ikonom średniowiecznym – ciekawe jest znaczenie poszczególnych farb, których używa się przy pisaniu ikon, np. kolor złoty – często dominuje w ikonach i jest to symbol samego Boga. Zwraca uwagę, że w przypadku malarstwa olejnego uzyskiwano efekty dzięki nakładaniu grubych i cienkich warstw farby.

Znajdziecie tu liczne ciekawostki do każdego tematu, np. naskalne animacje ludzi pierwotnych mają wiele wspólnego z filmami animowanymi. Wielu artystów z późniejszych epok (np. ekspresjoniści w XX wieku) wzorowali  się właśnie na pierwotnych technikach: pryskali farby i malowali rękami. Dużo uwagi poświęcono powstawaniu ksiąg w średniowieczu, czyli tzw. iluminatorstwu – temat fascynujący, biorąc pod uwagę to, że księgi były sporządzane ręcznie i na pergaminie. Jak mogła wyglądać mapa odkrywcy Ameryki: Krzysztofa Kolumba, dlaczego Botticelli zniszczył wiele swoich dziel, w jaki sposób Michał Anioł malował freski w Kaplicy Sykstyńskiej? Pytania, pytania – odpowiedzi w środku. Mnie zaciekawiło jedno stwierdzenie z filozofii chińskiej, które mówi o tym, że zła osoba nie jest w stanie wykonać pięknego dzieła sztuki. Czy tak było/ jest w istocie?

Podsumowując: ciekawa książka o sztuce, przejrzyście i zrozumiale napisana, z licznymi konkretnymi informacjami i ciekawostkami. A jeśli ktoś połknął artystycznego bakcyla – może sięgnąć po inną pozycję autorek „Farby, szkicownik artysty”. Tym razem baaaaardzo kreatywną. Ale o tej książce – za chwilę:)

Wydawnictwo Kocur Bury

czwartek, 17 stycznia 2019

Zawsze ciągnęło mnie na Mazury. Początek tej fascynacji miał miejsce w pewien mroźny, zimowy dzień – lata temu. Czasy dzieciństwa. Właśnie wróciłam z biblioteki. Zmarznięta, rozgrzewałam się gorącą herbatą przy radiu, w którym usłyszałam baśń dla dzieci „Czarownica znad Bełdan”. Są rzeczy, których się nie zapomina. I to jest właśnie ta chwila. Brak czasu, spora odległość nie pozwalają, by odwiedzać Mazury dość często, ale od czego są książki? Mazury w książkach Katarzyny Enerlich – bo autorka pochodzi właśnie stamtąd, z Mrągowa. I do tego smaczny – kąsek czyli to, co lubię przede wszystkim, pomieszanie przeszłości z teraźniejszością. Anna jest dziennikarką w lokalnej gazecie. W tak wiele spraw się angażuje – pomoc bezdomnym, konkursy dla dzieci i młodzieży, poszukiwanie zaginionych krewnych pewnego tajemniczego przybysza z daleka. A przede wszystkim – w swoją pracę – jest jej oddana bez reszty. Zresztą opisy jej dziennikarskich poczynań zajmują sporo miejsca w lekturze. Anna właśnie dowiedziała się, że jej najbliższa przyjaciółka, wychowanka domku dziecka, do niedawna bibliotekarka w jednej z mazurskich wsi, popełniła samobójstwo. Dziennikarka ma nosa i nie wierzy, żeby Marta targnęła się na swoje życie. Mimo sprzeciwu dawnej sympatii – policjanta, prowadzi na własną rękę prywatne śledztwo. Równolegle do tych wydarzeń rozgrywających się pod koniec lat 90-tych ubiegłego wieku jesteśmy świadkami powstawania mormońskiej społeczności w miejscowości Sellbongen (dziś Zełwągi). Tym razem przenosimy się w lata 20-te, również do wieku XX. Młodziutka, zaledwie 22-letnia, Agata, wychodzi za mąż za Brunona. Wkrótce rodzą im się dzieci. Na świecie coraz więcej mówi się o zbliżającej wojnie. Tymczasem mieszkańcy wioski, jakby odgrodzeni od trosk świata doczesnego, wiodą swój spokojny i w miarę dostatni żywot, chwaląc Boga i wypełniając zasady nowej religii. Pokazany jest trudny los Mazurów – na dodatek mormonów. Przez Niemców traktowani jako Polacy, przez Polaków – jako Niemców balansują na granicy dwóch światów, pielęgnując jednocześnie swoje tradycje i zwyczaje, dbając z pietyzmem o swoją mazurską tożsamość.  

W książce Katarzyny Enerlich obok ciekawej, wciągającej fabuły dostałam solidną porcję interesujących wiadomości na temat naszych regionów leżących na terenach północno–wschodnich. Odwiedzane tłumnie latem przez turystów wyciszają się zimą – właśnie w tym czasie rozgrywa się powieść w latach bardziej nam współczesnych (ach, gdzie te zimy z tamtych lat). Nie wiedziałam, że w Polsce była spora grupa mormonów, i że żyła ona właśnie na Mazurach. Jak się okazuje, w Internecie jest sporo informacji na ten temat. Autorka odkrywa zresztą wiele tajemnic małych miejscowościach – wyciąga smakowite kąski historyczne, przyrodnicze i społeczne. Pewnie domyślacie się, że wydarzenia z dwóch epok są ze sobą w jakiś sposób powiązane. Ale jak? – odsyłam już do lektury, którą się bardzo przyjemnie czytało.

Wydawnictwo MG

środa, 12 grudnia 2018

I doczekałam się nareszcie kontynuacji „Cukierni…”. Książka, która w mojej rodzinie ma mnóstwo fanek. Co ja piszę – książka? – cała seria przecież. Dla przypomnienia. Po pierwszych trzech tomach „Cukierni pod Amorem” długo panowała cisza. Rok temu ukazała się pierwsza część z zapowiadanych trzech tomów kontynuacji. I jak już pisałam, doczekałam się. Tylko kiedy zamknęłam ostatnią stronę – pomyślałam – i znów trzeba będzie czekać kilka miesięcy. Kontynuacja dotyczy oczywiście losów cukierni, w której króluje od wielu już lat Helena z mężem Waldemarem. Ich syn wchodzi w dorosłość. Niedawno zakochał się w Martynie, dziewczynie z szemraną przeszłością. W pierwszym tomie toczył się konkurs na najlepszy wypiek Gutowa. Decyzją mieszkańców, na pierwsze miejsce zasłużyło ciastko z wróżbą, które wymyślił właśnie Zbyszek – następca piekarz i cukiernik w jednej osobie. W drugim tomie – okazuje się, że ta wygrana jest początkiem wielu kłopotów. Równolegle do losów mieszkańców piekarni poznajemy dalsze perypetie dwóch koleżanek sprzed lat: Moniki i Tessy. Kiedyś ze sobą zaprzyjaźnione, na długie lata nie szukały kontaktu, teraz z kolei po latach odkrywają siebie na nowo. Jak pokazuje końcówka - są ze sobą bardziej związane, niż nam by się to mogło wydawać. Ale o tym sza – bo zepsuję przyjemność czytania. Obydwie wracają często do przeszłości. Mimo emigracji, uczuciowo są związane z miejscem swojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Książka wciąga podobnie jak poprzednie tomy sagi. Ciekawe jest tło wydarzeń. Autorka nawiązuje do wydarzeń sprzed lat, codzienności w Polsce Ludowej. Informacje o życiu społeczeństwa, braki, puste półki, koneksje. Też i polityczne wydarzania związane z rokiem 1968, wystawieniem dziadów, strajkami studenckimi, masową emigracją środowiska żydowskiego. Tak na marginesie – ciekawy materiał na film. Że też jeszcze nikt na to nie wpadł.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 108