Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać

Ostatnio przeczytałam książkę

sobota, 01 września 2018

Po książkę sięgnęłam z sentymentu do dwóch poprzednich książek Autorki: „Pod słońcem Toskanii” i „Bella Toscana”. Była to też miła odmiana i odskocznia od ostatnio czytanych książek z gatunku kryminałów, thrillerów. Sympatyczna lektura z nienachlanym przesłaniem, że na wiele spraw w życiu NIGDY NIE JEST ZA POŹNO. Nawet będąc w jesieni życia, gdy się jest skłonnym myśleć, że się już swoje życie „przeżyło”, i że wszystko co dobre i co złe nas już spotkało. Raczej tak chcą myśleć trzy bohaterki książki. „Chcą” – napisałam świadomie – bo jednak coś im w głowie kołacze, że jednak myśleć powinny inaczej. Camille, Susan, Julia – spotykają się po raz pierwszy w życiu w domu opieki podczas dni otwartych tejże instytucji. Właśnie zastanawiają się, czy dalsze lata życia spędzić w tym miejscu – lepiąc z gliny, malując, spacerując, w towarzystwie innych staruszków. A jednak – mimo wszystko – w zamknięciu i odosobnieniu. I nagle okazuje się, że te 3 kobiety znajdują wspólny język, świetnie się rozumieją. Do tego pojawia się – UWAGA – nowy pomysł (cudny – dodam od siebie). Bo sami przyznacie, że propozycja wspólnego zamieszkania przez rok we Włoszech w Toskanii brzmi niezwykle apetycznie. I tak się też dzieje. Kobiety wynajmują willę z historią, z kamiennymi posadzkami, freskiem na ścianie, dużym ogrodem i … z przemiłą sąsiadką – amerykańską poetką. Cała trójka musi rozgryźć Włochy, Włochów i język włoski.

Wiecie co? Chłonęłam tę książkę, bo ciekawym doświadczeniem był apetyt starszych kobiet na życie, ich pasje, marzenia, które teraz – po sukcesach zawodowych, odchowaniu dzieci, mogły się wreszcie zrealizować. Ich losy, problemy (a tych jest całkiem sporo) to jedno, a Włochy w tle to drugie. Zatęskniło się za Toskanią, pysznym jedzeniem. Każda z pań jest inna, ma inne pasje – stąd tak wiele obszarów z tematu „Włochy” można tutaj dotknąć. Jedna z nich uwielbia kuchnię, stąd jest świetną przewodniczką po włoskich smakach. Inna maluje – więc wtajemnicza nas w tematy sztuki. Trzecia ma pasję ogrodniczą – oj zaraz chciałoby się przeprojektować styl własnego ogrodu na „włoski”. Sąsiadka Kit wprowadza nas natomiast w obszary literatury.

Pojawia się oczywiście lekka (ale tylko – lekka) zazdrość, że amerykańskie emerytki mogą sobie pozwolić na taką ekstrawagancję. Roczne wakacje we Włoszech z możliwością wykupienia domu na własność – fiu, fiu. Fajnie. Ale w końcu od czego są książki? W tle liczne informacje o  mieszkańcach prowincjonalnej miejscowości, kultury, języka, sztuki, kulinariów. Aż chce się tam pojechać. Zaraz, natychmiast. Dobrze, że są takie książki.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

piątek, 31 sierpnia 2018

Bona – jedna z najbardziej rozpoznawalnych i barwnych królowych Polski. Kobieta, której nie przemilczają nawet podręczniki szkolne. Bo czy przeciętny śmiertelnik kojarzy Jadwigę Kaliską – żonę Władysława Łokietka? Albo Annę Cylejską drugą w kolejności Małżonkę Władysława Jagiełły? Natomiast o Bonie zawsze było głośno – już choćby ze względu na zupną „włoszczyznę” tak chętnie stosowaną w kuchni polskiej. Janina Lesiak po raz kolejny przedstawia sylwetkę polskiej władczyni – po Cecylii Renacie, Annie Jagiellonce, Dobrawie i Jadwidze z Andegawenów. W powszechnej świadomości Bona nie ma raczej dobrej opinii. Pazerna na władzę, trucicielka. Żona Zygmunta Starego, matka Zygmunta Augusta mocno stoi na nogach, a jej „voglio” (chcę) często rozbrzmiewa w zamkowych komnatach na Wawelu. Przybyła z dalekich Włoch – może dlatego wszystkim się wydaje taka po trosze egzotyczna. Bo razem z nią przybyło tyle nowego: włoska kuchnia, architektura, moda i temperament. Kobieta z daleka – wcale nie potulna białogłowa żyjąca w cieniu swojego męża. Bona ma ambicje, plany, marzenia. CHCE je zrealizować. I właśnie taki obraz Bony ja znajduję w opowieści Janiny Lesiak. To kobieta trudna, skomplikowana uczuciowo, często rozchwiana emocjonalnie. Może to wszystko z poczucia obowiązku i odpowiedzialności za losy dynastii i korony?  Zdaje sobie sprawę z popełnianych błędów, co dla królowej matki niezwykle bolesne. Mówi się, że dziecko jest jak tabula rasa – niezapisana tablica. Bona opowiada, jak bardzo się zaangażowała w ten proces kształtowania swojego syna. Jak w wielu aspektach poniosła jednak klęska, bo Zygmunt August po ludzku zawiódł jej starania, oczekiwania, nadzieje. Ja, zabierając się do czytania, miałam już swoje zdanie wyrobione na temat Bony. Janina Lesiak tylko je potwierdziła. Ciekawym doświadczeniem było poznanie myśli, rozterek, obaw, nadziei królowej. Dla kogoś, kto nie obcuje za często z historią będzie to ciekawa wyprawa do przeszłości – poznanie codzienności na zamku królewskim, kulisów wielkiej polityki, stosunków panujących na dworze. A przede wszystkim możliwości poznania królewskiego życia, które tak niewiele wspólnego miało z życiem z bajki.

Wydawnictwo MG

piątek, 27 lipca 2018

Blisko 550 stron mija szybko jak sen. Jakże trudno znów wrócić do rzeczywistości – gdy się było w średniowiecznej Rusi, na dalekiej Północy gdzie zimno, a na przednówku panują głód i choroby. To tam właśnie ze swoją rodziną mieszka Piotr Władimirowicz. Ojciec trzech synów i jednej córki. Tymczasem jego żona informuje go, że znów spodziewa się dziecka – na świat przyjdzie dziewczynka podobna do swej babki: dzikiej, odważnej i tajemniczej. I taka właśnie jest Wasia, która od samego początku skradła moje serce. Dziewczynka widzi to, co niewidzialne dla innych. Słyszy to, czego inni nie słyszą. Wychowywana przez Dunię – starą piastunkę znającą baśnie, bajki i legendy. To dzięki Duni Wasia nabiera szacunku do przyrody i dawnych stworzeń, które mimo wiary ludzi w Boga jedynego, wciąż istnieją równolegle. Tamte istoty, którym dawniej oddawano cześć, tkwią nadal głęboko w powszechnej świadomości. Ludziom żyje się tu dobrze i dostatnio, a duszki są zadowolone. Na przykład domowik: duch opiekuńczy domu – pomieszkujący na zapiecku. W powieści nie raz chronił dom przed demonami z zewnątrz. Trzeba było o niego dbać, rozstawiając jadło po kątach. Bannik – opiekun łaźni. Leszy – opiekun lasu. Waziła – czuwa nad stajnią i końmi. Mieszkańcy sioła wiodą sobie spokojny żywot oddając Bogu co boskie, a swoim dawnym bogom i duszkom – co nakazywały tradycja i zwyczaje. Ale tak jest do czasu. Bo pewnego dnia Piotr Władimirowicz przywozi nową żonę – bogobojną Annę. Do wsi przybywa też ambitny pop. Nie podoba im się zachowanie ludzi, a ich pojawienie się oznaczać będzie dla wszystkich kłopoty i rewolucyjne zmiany.

Na początku byłam przekonana, że będzie to bajka dla dzieci. Bajki są przecież pisane z myślą o nich, nieprawdaż? Nawet odłożyłam książkę na chwilę na półkę z myślą: Jak tylko skończę z synem wspólne czytanie innej książki, zaraz sięgamy po „Niedźwiedzia i słowika”. Ale korciła mnie ta lektura, oj korciła. Już sama okładka była kusząca. Rzadko daję się nabrać na lepik okładkowy, ale „Niedźwiedź i słowik” miał w sobie TO COŚ. Zaczęłam więc sama i szybko dotarło do mnie, że to książka dla dorosłych. Potem doczytałam na okładce: wyraźnie z tyłu to właśnie napisano – ale ja rzadko czytam teksty okładkowe ze względu na ewentualne spolerowanie i podany wynik śledztwa, że mordercą okazał się ogrodnik. (śmiech). Powiem tak: książka jest niesamowita. Zaczęłam czytanie w sobotę rano i tak non stop z małymi przerwami – do niedzieli wieczór. A co do niesamowitości tej książki: może mam właśnie takie odczucia ze względu na gatunek? Bajka dla dorosłych napisana tak, że naprawdę trudno się od niej oderwać. Kto by pomyślał, że kwestia Dziadka Mroza, Pana Zimy, znanego z dziecięcych książek i kreskówek – tak mnie wciśnie w fotel? A to dopiero – ku mojej uciesze – początek. „Niedźwiedź i słowik” jest pierwszym tomem trylogii. Książka ma wiele elementów, które mnie urzekły. Po pierwsze nieprzewidywalność – nie wiadomo, co się za chwilę wydarzy. Mnóstwo rzeczy, wydarzeń mnie tu bardzo zaskoczyło. Plastyczność opowieści: książkę dobrze się czyta (to niewątpliwie też zasługa tłumaczki Katarzyny Bieńkowskiej). Katherine Arden ma dar do opowiadania, snucia baśni, bajek. Nawiązuje tym samym do dawnej tradycji, kiedy to czas spędzano wspólnie na rozmowach, wspomnieniach, a bajki były nieodłącznym elementem codzienności – przekazywane z ust do ust. „Niedźwiedź i słowik” to w końcu ciekawy obraz dawnego życia w średniowiecznej Rosji: zwyczaje, ubiory, zachowanie, religia, stosunki społeczne, przyroda, drewniana Moskwa, a nawet potrawy i wyposażenie wnętrz. Bardzo polecam!

(Tłumaczenie: Katarzyna Bieńkowska)

Wydawnictwo Muza

czwartek, 26 lipca 2018

Jagusia Szydłowiecka zostaje wezwana przez królową Bonę na dwór królewski do Krakowa. Jest Rok Pański 1530. Królewskiej parze od kilku lat z dużym zaangażowaniem służy brat Jagusi Paweł. Dziewczyna nie zjawia się tu przypadkowa. Rezolutna królowa bowiem ma pewien plan. Otóż Paweł zakochał się w pasierbicy Bony – córce Zygmunta I Starego z pierwszego małżeństwa z Barbarą Zapolya. Tymczasem Bona i Zygmunt mają inne plany wobec Jadwigi. To nic, że Paweł pochodzi ze znanej i cenionej rodziny polskich możnowładców. Chcą coś ugrać na małżeństwie córki z którymś z europejskich władców – takie były czasy, tak się wtedy robiło politykę. Jagusia tymczasem to niby dawna miłość Pawła, a jej nagłe pojawienie się na dworze, ma poruszyć na nowo jego serce i uczucia. Królowa jednak nie wie, że zaszła pewna pomyłka. Ale jaka – tego już nie zdradzam. Co wyniknie z tego wszystkiego? Jaką rolę odegrają w tej historii tytułowe dwórki? Każdej z nich przyglądamy się z osobna - Autorka po kolei skupia uwagę na innej z panien: Agnieszce, Anastazji, Cecylii, Elżbiecie, Ludmile, Zofii, Katarzynie. Są też i Bona i sam obiekt westchnień: Jadwiga. 

Książka Kaliny Jerzykowskiej jest przede wszystkim ciekawą wyprawą w wiek XVI. Sama postać królowej Bony od dawna działa na ludzką wyobraźnię. W wielu książkach, w kultowym serialu z Aleksandrą Śląską w roli głównej, to właśnie TA WŁOSZKA wysuwa się na plan pierwszy. Teraz mamy możliwość poznania tego, co się mogło dziać w kuluarach, na zapleczu dworskim. Podsłuchujemy i podpatrujemy królewskie dwórki, poznajemy ich knowania i plany, dowiadujemy się, co też dzieje się na dworze – kto z kim i dlaczego, i jakie to może mieć konsekwencje. Oczywiście głównym wątkiem jest tu miłość pary zakochanych młodych ludzi i gotowość dwórek do stania na straży tej miłości. Jednak w powieści poruszane są i inne tematy: historyczne, polityczne, społeczne. Można poznać codzienne życie na dworze, ludzi przewijających się po zamkowych korytarzach. Są przedmioty codziennego użytku, wystroju wnętrz, ówczesnej mody. Można podpatrzeć jak się wyrażano, jak zachowywano w określonych sytuacjach – to naprawdę ciekawy obraz dawnego życia. Kalina Jerzykowska próbuje stylizować wypowiedzi bohaterów na dawną mowę naszych przodków. Oczywiście w granicach rozsądku. Myślę, że za dalekie pójście w odtworzenie dawnego języka mogłoby współczesnego czytelnika, który z zamiłowania nie jest językoznawcą, zniechęcić. Często pojawiają się książki z fabułą w dawnych czasach, ale ze współczesnym językiem. Tutaj mamy do czynienia z delikatną stylizacją dawnej polszczyzny – ale zrozumiałej i nadającej klimat całej opowieści. Książka spodoba się tym, którzy rozmiłowani są w dawnych czasach i chcą na własne oczy (czytelnika) przekonać się, jak się żyło królewnom i dwórkom na zamku. Inna sprawa – że często to życie wcale nie było idylliczne i sielankowe – jak to w bajkach bywa – ale o tym już sza. Zapraszam do lektury.

(ilustracja na okładce: Sylwia Szyrszeń)

Wydawnictwo Literatura

piątek, 20 lipca 2018

Zawsze z przyjemnością czytam książki od dzielnych kobietach. Bo takich informacji nigdy dosyć. Bo jednak kobiety miały albo i mają w życiu gorzej, na pewno bardziej pod górkę. I dlatego wychodzę z założenia, że takie tytuły to MOC ENERGII dla dziewczynek. Akurat w kwestii lektur: ktoś policzył i większość bohaterów w książkach dla dzieci jest płci męskiej. A jeśli są dziewczynki, to przeważają księżniczki i królewny. Mało tego, często powielany jest jeszcze stereotyp: odważny chłopiec, bierna dziewczynka. Bez komentarza. Tak więc zadanie na dziś - czytamy dziewczynkom o dzielnych dziewczynkach, albo polecamy im lektury o kobitkach in action.

Tymczasem właśnie trwają przygotowania do wydania numeru specjalnego poświęconego damom, dziewuchom, dziewczynom. Kobietom, które podróżowały po świecie w … spódnicy. (Spodnie??? Absolutnie nie wchodziły w grę). Jakże teraz łatwo wsiąść w samolot, pociąg, samochód, na rower i ruszyć przed siebie. Kiedyś taka podróż była wyczynem nie lada. Kobiety miały inne, „ważniejsze” zadania do wykonania, które (z grzeczności) przemilczę. Pogoń za marzeniami, realizacja w życiu zawodowym, rezygnacja z rodziny – nie były mile widziane. Ba – czasami oznaczały wykluczenie z tzw. towarzystwa, albo chowanie takiej panny w jakichś zakamarkach i kątkach „dobrego domu”, co by nie gorszyła innych.

Różne epoki, różne postaci. Tylko marzenia i dążenia te same. Nelle Bly – amerykańska dziennikarka, która podobnie jak bohater powieści Juliusza Verne’a udała się w podróż dookoła świata. Gudrid Thorbjarnardottir – odkrywczyni z X wieku (!!!) – pierwsza Europejka, która stanęła na zachodniej półkuli. Sacagawea, Lady Hester Stanhope, Ida Pfeiffer, Alexandrine Tinne, Florence Baker, Mary Kingsley, Maria Czaplicka, Bessie Coleman, Krystyna Chojnowska-Liskiewicz, Walentyna Tierieszkowa, Junko Tabei, Felicity Aston – przyznajcie z ręką na sercu: ile tak naprawdę nazwisk z powyższej listy znaliście. Ja (ze skruchą) – niewiele. Zatem – książka ma przede wszystkim dużą wartość poznawczą, dalej: motywacyjną (o czym szeroko się rozpisałam). Całość w bardzo atrakcyjnej formie: ciekawe teksty, przyciągająca wzrok szata graficzna nawiązująca do prasy tradycyjnej z przeszłości, wywiady, dodatkowe informacje o miejscach i osobach drugoplanowych, teksty reklamowe różnych specyfików, potraw, biur podróży, ciekawostki, czarno-białe prasowe ilustracje.

Na koniec – dodam tylko, że to drugi tom w ramach serii „Damy, dziewuchy, dziewczyny”. Poprzedni, z dopiskiem „Historia w spódnicy” wygląda tak (nic o nim nie piszę, bo nie znam). A czy będzie tom trzeci – zobaczymy: czas pokaże.

 

Wydawnictwo Znak

piątek, 04 maja 2018

Rachel od samego początku budzi współczucie. Wychowywana przez zaborczą matkę, nieznany ojciec, nieudane związki z mężczyznami, w ogóle trudne relacje ze wszystkimi dokoła – łącznie z samą sobą. Jakże ciężko niekiedy wstać z łóżka i spojrzeć w lustro, sobie w twarz. I kiedy wydawać by się mogło, że coś zaczyna się układać, nagle okazuje się, że odpowiedzi na pewne pytania wcale nie są łatwe, a nieprzemyślane działania niosą ze sobą brzemienne konsekwencje. Powieść łączy w sobie wiele gatunków: na pewno powieść psychologiczną – ta dominuje w pierwszej części książki. Autor skupia się na przemyśleniach Rachel, jej doświadczeniach w różnym wieku – towarzyszymy jej od dzieciństwa do dojrzałości. Możemy zrozumieć powody pewnych działań i wydarzeń w życiu znanej już potem dziennikarki, która w  pewnym momencie stacza się na dno. Druga część to sensacja, thriller – w prawdziwym tego słowa znaczeniu: mroczne postacie, tajemnice, strzelanina, znikanie trupów (topielców), mroczna sceneria, szemrane towarzystwo, pościgi i …. zaskakujące zakończenie. I choć powieść wciąga, mam z nią pewien problem. W wielu miejscach odnosiłam wrażenie, że Autor sam zapędzał się w  jakiś zaułek, z którego nie potrafił wyjść. Mnóstwo postaci, wątków – troszkę nieprzekonywująco ze sobą powiązanych. A może i zbyt przerysowane postacie. Czyżby pojawił się moment pisarskiego kryzysu u Lehane’a? Przecież pamiętam go z „Modlitwy o deszcz” i „Rzeki tajemnic”. Bez porównań się niestety nie obejdzie. Wiem, wiem – dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi. Niemniej troszkę mnie zawiodła ta książka. Autor potrafi budować napięcie, wymusić na czytelniku, by wczuć się w rolę bohatera, któremu właśnie w tej chwili zagraża niebezpieczeństwo. Tak pokazuje swoje postacie, że można poczuć niesmak i wręcz odrazę. A jednak brakuje mi tego czegoś. Niemniej – polecam, by przeczytać i porównać. Zresztą, jak już zdążyłam przeczytać w necie – wielu książka się podoba, a moja ocena jest tylko subiektywnym ujęciem lektury.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

środa, 02 maja 2018

Jakiś czas temu oglądałam Dynastię Tudorów. Wspaniały serial (polecam) przedstawiający historię Henryka VIII i jego sześciu żon. Po skończeniu przygody z filmem z tym większą przyjemnością sięgnęłam po książkę Sarah Gristwood. Niektóre bohaterki z lektury mogłam poznać na szklanym ekranie. Inne były mi zupełnie nowe i nieznane. Już na początku naszła mnie taka oto refleksja: lubię czytać o kobietach, bo lubię się  z nimi solidaryzować. Zwłaszcza lubię biografie kobiet silnych, bo życie kobiet często nie rozpieszczało w przeszłości i na pewno miały bardziej pod górkę aniżeli panowie.  Sarah Gristwood przedstawia całą plejadę silnych i konkretnych „babek”, które mimo swojej kobiecej natury miały po prostu … jaja. A troszkę orientując się w tamtej rzeczywistości – był to wyczyn nie lada. Uwięzione w gorsetach, konwenansach, musiały podporządkowywać się silniejszym na dworze, musiały brać udział w tych różnych gierkach i knowaniach, w końcu musiały wiedzieć -  z kim przystawać, by osiągnąć cel. A bohaterki lektury miały olbrzymi wpływ na rozwój wydarzeń  w wieku XVI. To był czas istnego wręcz „wysypu” kobiet charakternych, z ikrą, energicznych, wyrazistych. Pewnie sprzyjała temu skomplikowana sytuacja polityczna. Przypomnijmy – jedno z ważniejszych wydarzeń to bunt zadziornego mnicha augustiańskiego, który na drzwiach kościoła w Wittenberdze, przybił 95 tez. Marcin Luter, bo oczywiście o nim tutaj mowa, podzielił Europę. I widać to również to w tej książce. Waśnie religijne, sojusze, sympatie i wrogość. Powiem tak: kobiety XVI wieku poczuły wiatr w żaglach. Że mogą czegoś dokonać i skorzystały z tego. Inna sprawa, że bohaterki nie przebierały w środkach, wręcz  może działały w myśl, że cel uświęca środki. Królowe czasami sięgały po drastyczne metody, podejmowały trudne decyzje, tracąc tym samym ….(nie wiem, czy zgodzicie się ze mną) na …. kobiecości. Książka skupia się oczywiście na królowych, jednak w tle jest cała plejada postaci niby-drugoplanowych, a jednocześnie ważnych. Kardynał Thomas Wolsey, który jak lew walczył o rozwód króla Henryka VII z Katarzyną Aragońską. Thomas Cromwell – urzędnik państwowy posiadający ogromna władzę, szara eminencja, która ze swojego gabinetu pociągała za sznureczki i inni.

Sam tytuł książki jest tutaj ważny i nawiązuje do gry w szachy. Skąd się wzięła królowa w europejskiej wersji szachów? Kiedy uzyskała taką nieograniczoną mobilność? Powiem tak: zaglądając przez ramię grającym w  moim domu – nawet nigdy się nad tym nie zastanawiałam – dlaczego w szachach dominują figury symbolizujące postacie płci męskiej. Oprócz jednej z nich – właśnie królowej. Jak się jednak okazuje – nie było to przypadkowe posunięcie. Po swojemu-kobiecemu jestem po prostu ….czytelniczo zła. Bogu dzięki chociaż za królową. I jak tu nie mówić, że jednak kobiety miały pod górkę.

Podsumowując: kobiety – odsuwane na plan dalszy, pionki do politycznej gry  rozgrywanej przez ich braci, ojców i mężów. Cenne z powodu więzi rodzinnych, posagu. Sprzedawane za przywileje i zaszczyty – w XVI wieku wreszcie doszły do głosu. To książka o sile, charakterze i czasami trudnym życiu. Nie cukierkowym znanym z bajek.  Poznajcie proszę: Ludwikę Sabaudzką, Małgorzatę Parmeńską, Marię Węgierską, Małgorzatę Austriacką, Izabellę Kastylijską, Katarzynę Aragońską, Katarzynę Medycejską, Anną Boleyn i Elżbietę I.

Książka jest ładnie wydana, w sztywnej oprawie, w środku znajdziecie portrety przedstawiające bohaterki XVI- wiecznej Europy. 

 

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

piątek, 27 kwietnia 2018

Po udanych „Muzach Młodej Polski. Życie i świat Marii, Zofii i Elizy Pareńskich” na „Wyspiańskiego” czekałam z niecierpliwością. Postać niezwykle ciekawa – jako artysta – i w życiu prywatnym. Może to głupio zabrzmi – ale liczyłam na to, że książka odpowie na nurtujące mnie od dawna pytania i wątpliwości. Mianowicie: jak Wyspiański, człowiek o tylu wszechstronnych zainteresowaniach i talentach, mógł ożenić się z chłopką Teofilą Teodorą Pytko. Wiem, wiem – w tym miejscu pretenduję do Czytelnika Roku Plotka.pl (którym nie jestem). Ale korciło mnie napisać o tym – zresztą myślę, że w tych wątpliwościach nie jestem, albo nawet i nigdy nie byłam, odosobniona. Zresztą książka jest tego doskonałym dowodem – bowiem relacje Stanisława Wyspiańskiego z małżonką, jej pozycja w krakowskim towarzystwie, opinie przyjaciół, znajomych, rodziny przyjaciół na jej temat – jeszcze za życia artysty jak i po jego śmierci, są częścią tej książki. Jednym słowem - odpowiedź znalazłam. Ta kwestia to tylko jeden z nielicznych wątków podjętych w biografii. Maleńki element biograficznej układanki. Całość zaczyna się dziwnie, bo … od końca. Jesteśmy świadkami pogrzebu, który odbył się 2 grudnia 1907 r. w Krakowie. Na zdjęciu tłumy przybyłych, rydwan wiozący trumnę – skromną i prostą. Potem dziwna specyfikacja: ile czego było. Lichtarzy, sukna, kap na konie, płaszczy dla prowadzących te zwierzęta. Dla mnie znającej Wyspiańskiego z „Wesela” czy „Nocy listopadowej” takie zderzenie z wyrachowaną rzeczywistością, rachunkami i sprawozdaniami „czarno na białym” było szokujące. Ale to taki orzeźwiający kubeł zimnej wody wylany na głowę. Bo Monika Śliwińska nie unika tematów trudnych, kontrowersyjnych: problemów mieszkaniowych, braku zleceń i pracy, zakupów na zeszyt, chorób, kłótni rodzinnych, wścibskich znajomych wiedzących lepiej, czy pozbawienia praw opiekuńczych nad dziećmi. Autorka nie sięga po nie dlatego, by szokować życiem dawnego krakowskiego celebryty – bo takim na owe czasy Wyspiański niewątpliwie był, choć samo określanie nie było w językowym obiegu. Ale by dać możliwość weryfikacji tego złożonego życiorysu, poznania go. A może nawet kilku. Bo przez książkę przewijają się liczne postacie – od dziadków i rodziców Wyspiańskiego po kolegów, przyjaciół, znajomych. Zostawiają oni swój ślad w tej historii, pozwalając na ułożenie rozsypanych puzzle w logiczną jednaką całość. Tylko czy się udało? Trudno przecież przedstawić biografię kogoś, kto żył ponad 100 lat temu. Monika Śliwińska bazuje na solidnych podstawach: bogata bibliografia to nie tylko wiele literackich i popularno-naukowych tytułów z różnych okresów. To też artykuły i publikacje prasowe, dokumenty rodzinne, wspomnienia. Jest nawet „Księga adresowa Krakowa i Podgórza na rok 1905”. Jest rzesza ludzi, którzy mieli wpływ na tę książkę. Solidny dokument, wzbogacony o wypowiedzi innych – i współczesnych- i co ciekawe potomków artysty. Kilka zdjęć z archiwum rodzinnego i dawnego Krakowa. Na drugim planie jest dawna Polska, której wtedy jeszcze nie było: życie artystyczne i społeczne Krakowa i okolic. To wgląd w panujące stosunki społeczne, więzy rodzinne, konwenanse, warunki mieszkaniowe, mapę artystyczną miasta. Dla kogoś interesującego się życiem Wyspiańskiego i czasami, w jakich przyszło mu żyć – lektura obowiązkowa.

Wydawnictwo Iskry

piątek, 23 marca 2018

Czytam tę książkę tam i z powrotem i tak sobie myślę, że cokolwiek o niej napiszę, będzie i tak banalne. Pierwsze, co mnie zwaliło dosłownie z nóg, to szczere wyznanie ojca: że pojawiły się oczywiście pytania: „dlaczego” i że ojciec nie zaakceptował syna z zespołem Downa. To taki kubeł zimnej wody na sam początek. Dalszy ciąg to nie użalanie się nad sobą, ale pokazanie zwykłej codzienności rodziny, w której urodził się Mallko. Cudowne dziecko o oczach w kształcie rybek (pierwszy raz spotkałam się z takim porównaniem – piękne!). Duże wrażenie robią mini wywiady z Anne, mamą chłopca. I z Théo – starszym bratem. Ich wypowiedzi płyną prosto z serca, są takie prawdziwe, pozbawione sztucznego patosu. Tchną niesamowicie optymizmem. Rzeczywistość rodzinna wyrażona bądź pokazana jest za pomocą obrazów, ilustracji, dziecięcych szkiców, komiksowych scenek. Niekiedy – jakby klatka po klatce – podglądanie czyjegoś życia. Pięknego życia, w którym oczywiście że są problemy, ale w którym panuje miłość. Widać ciepłe relacje między rodzicami a dzieckiem, przyjaźń, zagubienie w zabawie, szaleństwa wręcz – podłogowe, kanapowe, wszelkiej maści. Jest też duży dystans do siebie, poczucie humoru. Myślę, że to „podglądanie” może czytelnika naprawdę wiele nauczyć. Historia ojca, który mimo swego dojrzałego wieku, musiał jednak do pewnych rzeczy dorosnąć. Książka, która zwraca uwagę na osoby niepełnosprawne. Choć trochę boję się użycia tego słowa, bo w samej książce czytam: Niepełnosprawność – Nie,pełna sprawność. Dlatego też myślę, że „Mallko i tata” ma duże szanse na przyczynienie się do zupełnie innego postrzegania „zespołu Downa”. I można tu dużo pisać wiele górnolotnych słów o akceptacji, miłości, tolerancji – ale to, co i ile czytelnik wyniesie z tej książki, zależy już tylko od niego i jego wrażliwości.

 

Wiek 15+

Wydawnictwo Dwie Siostry  

niedziela, 10 grudnia 2017

O Margaret Atwood zrobiło się głośno jakiś czas temu w związku z nową ekranizacją jej „Opowieści podręcznej”. Wartością dodaną było przypomnienie w wersji papierowej jej kilku innych powieści, w tym „Grace i Grace”. Co ciekawe – zresztą okładka książki jest tego dowodem – i ta powieść doczekała się ekranizacji – ponoć udanej. Jakie mam refleksje po lekturze? Mogę jedynie powiedzieć: wiem, że nic nie wiem. Naprawdę. Nie wiem, czy Grace zabiła na pewno. Mało tego: czy była w ogóle zamieszana w morderstwo. A może faktycznie ktoś ją wrobił w to całe zamieszanie. Zresztą wydaje mi się, że nikt nie potrafi udzielić ostatecznej odpowiedzi: zarówno świadkowie z dawnych czasów, czytelnicy ówczesnej prasy, w której szeroko się rozpisywano na temat zbrodni i rozprawy, jak i współcześni czytelnicy powieści Atwood i widzowie śledzący serial. Tajemnicza sprawa – pokazująca jednocześnie jak kręte i skomplikowane są zakamarki ludzkiej psychiki. Choć z drugiej strony narzuca się i kolejne pytanie: czy faktycznie Grace miała problemy psychiczne czy może jednak była tylko zwykłą manipulatorką? Dużo tych pytań, dużo wątpliwości – ale właśnie taka jest dobra literatura. Dawno nie czytałam tak ciekawie skonstruowanej powieści, tak mrocznej, nieprzewidywalnej. I choć na końcu sama przyłapałam się, że chciałabym jednoznacznej odpowiedzi na poje pytania, teraz jestem pewna, ze lepiej jest tak, jak jest. Może dzięki temu ta książka tak długo siedzi w mojej głowie?

Margaret Atwood wykorzystała w swojej powieści autentyczny wątek zbrodni, jaka została popełniona w latach 40-tych XIX wieku w Kanadzie. Imigrantka z Irlandii, młodziutka Grace, razem ze stajennym (oj, też baaardzo mroczna postać) zostają oskarżeni o zamordowanie ich chlebodawcy i służącej Nancy. Chłopak zostaje powieszony, natomiast Grace z racji młodego wieku jak i wielu niejasności w jej wątku, zostaje osadzona w więzieniu, po czym po 30 latach ułaskawiona. Historia opowiadana jest niespiesznie. Autorka relacjonuje wydarzenia, skupia uwagę na poszczególnych bohaterach dając nam możliwość ich dokładnego poznania. Ta powieść też jest ciekawym obrazem społeczeństwa początków XIX wieku, a w szczególności kobiet pracujących jako służące  - ich trudnej pozycji, braku edukacji, wykorzystywania w męskim świecie. Mimo tego, że na Grace ciążyły tak straszne podejrzenia, polubiłam tę postać. Zauroczyła mnie swoją delikatnością, powściągliwością. Bardzo różniła się od innych kobiet przedstawionych w powieści. A może stan ten był dalszym efektem jej ciągłych manipulacji? Sama już nie wiem.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17