Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać

Ostatnio przeczytałam książkę

środa, 07 listopada 2018

Tego nazwiska nie trzeba chyba bliżej przedstawiać. David Attenborough - znany reżyser filmów przyrodniczych, podróżnik, pisarz. Takich filmów, od których nie można się oderwać: świetne zdjęcia, podejmowanie trudnych i nowych tematów. I ten głos – męski, jednocześnie ciepły, którego chce się słuchać. Bo nie tylko treści są ważne, ale i lektor. I wiek, którym obdarzyła go natura – 92. Dobry pomysł, by podzielić się swoim życiem, doświadczeniami i przeżyciami. Zresztą, przyznaję, lubię podglądać czyjeś życie – ale tylko w książkach. W codzienności nie mam na to ani czasu, ani ochoty – jest przecież tyle fajniejszych zajęć.

Sir David Attenborough związany od 1952 roku z telewizją BBC, która miała w tym właśnie czasie zaledwie 10-letnie doświadczenie w przygotowywaniu programów. Przecież zaledwie kilka lat temu skończyła się wojna – kto myślał wówczas o telewizji dla ludzi i programach rozrywkowych? Tymczasem okazało się, że pewne eksperymentalne filmy kręcone przez przyrodników żyjących w egzotycznych krajach budzą euforię i ogromne zainteresowanie widzów i że jest to nisza, którą należałoby wypełnić. Programy nadawane na żywo, małe fundusze, aktorzy wygłaszający swoje kwestie z pamięci, politycy tracący swoje dobre nazwisko na oczach tysięcy przed ekranami – tak można w skrócie podsumować telewizję brytyjską tamtego okresu. Do tego dochodziły programy przyrodnicze ze zwierzętami – na żywo, w studiu. Niekiedy główni bohaterowie nie spełniali oczekiwań prowadzących. Zwierzęta, i mniejsze i większe, uciekały, chowały się w kątkach i zakątkach pomieszczeń telewizyjnych często nieprzystosowanych do wizyt menażerii. I w środku tych wydarzeń mniejszego i większego kalibru, on – znany niewielu, zaledwie 26-letni, z małym doświadczeniem, absolwent studiów zoologicznych. To właśnie wtedy rodzi się pomysł ambitniejszych programów przyrodniczych, chęć pokazania ludziom dalekiego świata i jego mieszkańców. BBC i londyńskie zoo chcą ze sobą współpracować. Ekspedycja ma zagwarantować zoo nowe zwierzęta, natomiast telewizja ma mieć z tych podróży ciekawy materiał. Ta książka to zapiski z wyprawy do Ameryki Południowej i do Azji – i to zaledwie do wybranych rejonów. Możliwość poznania fauny i flory nienaruszonych jeszcze przez białego człowieka, dziewicze miejsca, mieszkańcy tych rejonów, którzy często po raz pierwszy widzieli białych i nowinki techniczne w postaci kamery i aparatu fotograficznego. Wśród nich niekiedy również potomkowie osadników europejskich, którzy z pewnych przyczyn osiedlili się w egzotycznych krainach. Wśród opisywanych gatunków, na których David Attenborough koncentruje się przede wszystkim, jest wiele dziś takich, które są zagrożone wyginięciem. Na podstawie tej książki widać, jak świat w ciągu ponad 60 lat się zmieniał. Jak zmieniali się ludzie, którzy kiedyś odziani w prymitywne ubrania, dzisiaj noszą jeansy i t-shirty. Oczywiście te wspomnienia to nie tylko zwierzęta. To też ludzie, z którymi autor współpracował, to też trudności w kręceniu materiału i łowieniu zwierząt. Bo jak się okazuje, nawet szerokość taśmy mogła stać się przyczyną konfliktu i powodem do zwołania narady ważnych osobistości z TV. To też szukanie kompetentnych osób, na których można polegać na wyprawie (jak choćby kamerzysta czy dozorca zwierząt), opisy krajobrazów, ciekawostki. Jak wielkim przeżyciem musiało być odkrycie tajemniczych malowideł na klifie w Gujanie. Zostawione odciski dłoni pozostawione najprawdopodobniej przez praludzi wiele tysięcy lat temu. Niesamowite.

Książka ma w sobie coś z gawędy. Dziś jest tak, że chcemy widzieć świat nie swoimi oczami lecz obiektywami aparatów, telefonów komórkowych. Jaką fotograficzną pamięć musiał mieć autor, jaki dar opowiadania, że i po latach (ponad pół wieku) potrafi odtworzyć przeżycia i widziane obrazy. Miał oczywiście do dyspozycji sprzęt, ale nie sądzę, by wszystko fotografował w takich ilościach jak czyni to obecnie przeciętny Kowalski. Coraz więcej ludzi podróżuje po świecie, lecz coraz mniej mają oni do powiedzenia. Niekiedy ma się wrażenie, że ktoś jedzie w świat po to tylko, by napisać książkę. Potem powstają zaledwie relacje z podróży, suche, nie wywołujące emocji. Tak w tym przypadku nie ma. Bo trzeba mieć coś do przekazania.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

wtorek, 06 listopada 2018

Jest rok 1654, Holandia. Catrijn właśnie została wdową. Jednak jej serce pozostaje zimne i nieczułe. Nie kochała swojego męża, który pił i bił ją. Młodziutka wdowa marzy o tym, by jak najszybciej sprzedać gospodarstwo i wynieść się ze wsi do miasta. Chciałaby pracować tam jako służąca, by zarobić na lepsze życie. Jednak jej największą pasją jest malowanie – do czego zresztą ma talent. Przypadkiem poznaje bogatego kupca i podróżnika, który poleca ją jako gospodyni u swojego brata w Amsterdamie. Wkrótce okaże się, że jednak losy Catrijn zwiążą się ze sztuką. Będzie tworzyć, a jej życie zmieni się na lepsze. Jednak odzywają się demony z przeszłości. Ktoś coś zobaczył, czego widzieć nie powinien. Teraz szantażuje kobietę, grozi, że ją wyda w ręce prawa, a ona sama trafi na szubienicę.

Tak w skrócie przedstawia się zarys fabuły. Podoba mi się sam pomysł na książkę. Pokazanie losów pojedynczej bohaterki na tle ciekawej epoki. To Holandia XVII wieku. Rozwija się gospodarka, rolnictwo, kwitnie rzemiosło i handel z dalekimi krainami – zwłaszcza Chinami. Mieszkaniec wsi cieszy się swobodą – może decydować o sobie, nie jest dożywotnio przywiązany do ziemi pana (tak jak to miało miejsce na przykład w Polsce w tym samym czasie). Catrijn przecież szybciutko pozbywa się ciążącego jej gospodarstwa i opuszcza rodzinną wioskę. Widzimy gwarny Amsterdam, mnóstwo ludzi na ulicach, jarmarku, w gospodzie. Bogate mieszczaństwo mieszka w pięknych kamienicach, kupuje obrazy, drogą ceramikę. Wybitni malarze mają pełne ręce roboty. Handel, kanały, podróże kupieckie do Indii Wschodnich, skąd sprowadzano drogie przyprawy i barwniki do malowania, porcelanę chińską - cieniutką i delikatną jak papier. To czas twórczości najsłynniejszego malarza holenderskiego Rembrandta. Mamy sposobność odwiedzić go w tej powieści, w jego pracowni podczas pracy. Holandia to też wiatraki, które gdzieniegdzie pojawiają się w tle, są elementem holenderskiego krajobrazu. Właśnie to tło zainteresowało mnie w szczególności. Też pozycja kobiety w dawnych czasach – ta może decydować o sobie, jednak mąż pijak może sobie poczynać z nią do woli, bez większych prawnych konsekwencji. Również zarobki kobiet pozostawiają wiele do życzenia. Przecież Catrijn została zatrudniona w manufakturze w Delft nie tylko ze względu na talent malarski i artystyczne wyczucie. Właściciel płacił jej o wiele mniej niż mężczyźnie zatrudnionym na tym samym stanowisku. Ciekawe są losy Catrijn, choć zawiódł mnie wątek miłosny. Rozwijał się zdecydowanie za szybko. Czy w tamtych czasach „powściągliwości”, religijnej dyscypliny i surowości protestantyzmu było to aby możliwe?

Wydawnictwo Zysk i S-ka

środa, 17 października 2018

Kiedy skończyłam oglądać serial (jakkolwiek to brzmi) „Dynastia Tudorów” bardzo żałowałam, że to już niestety koniec. Ta książka jest w pewnym sensie kontynuacją – tyle że tutaj możemy podpatrzeć losy zwykłych ludzi, a nie króla i jego dworzan, którym przyszło żyć w dziwnych i okrutnych czasach zarazem. Jest rok 1645. Mija ponad sto lat od czasów, gdy Martin Luter i jego 95 tez wywróciły Europę do góry nogami. Henryk XVIII też już dawno nie żyje (1547). Na Wyspach naradziła się nowa religia – teraz skutki poczynań niemieckiego mnicha widać w losach zwykłych ludzi. Tak łatwo być posądzonym o związki z kościołem rzymskokatolickim. Jakże wielkim oszczerstwem jest słowo „papista”. Wierni nowej religii mieszkańcy działają w imię Boga – czyniąc często zło, straszne niegodziwości. Wojny religijne, które przetoczyły się wówczas przez Europę zbierały okrutne żniwo. Anglia ma już za sobą waśnie religijne, anglikanizm zdaje się mieć ugruntowaną pozycję. Tymczasem odżywają w ludziach jakieś złe demony, potrzeba gnębienia innych. Zaczyna się polowanie na czarownice. Jak w średniowieczu – aż trudno w to uwierzyć. Tak łatwo zostać posądzonym o czary: wystarczy krzywe spojrzenie, niedobre słowo, plotka – i już zaczynają się oskarżenia. Są jak kula śniegowa spadająca ze zbocza góry – tak trudno ją zatrzymać. Doświadcza tego Alice starsza siostra Matthew Hopkinsa, która po tragicznej śmierci męża Josepha wraca w strony rodzinne. Jest zdana na łaskę brata, z którym w dzieciństwie się przyjaźniła, a który nie zaakceptował jej małżeństwa. Czuć chłód w relacjach, zimne przyjęcie po długim niewidzeniu się naprawdę przeraża. Brat – teraz bardzo bogaty urzędnik specjalizuje się w … wykrywaniu czarownic. Stosuje tortury, wszystkie plotki i pomówienia często zawistnych albo rozeźlonych sąsiadów, traktuje bardzo poważnie – co doprowadza do skazania na śmierć ponad stu czarownic w okolicy.  Postać łowcy czarownic – jak się okazuje (o zgrozzzzo) jest autentyczna. Autorka natomiast przyznaje się do stworzenia postaci fikcyjnej rzekomej siostry Matthew. Myślę, że to ciekawy zabieg – spojrzeć na całą sytuację jako obserwator – w dodatku kobieta żyjąca w tak ciekawych, niebezpiecznych czasach. Ciekawa jest sama fabuła – pokazać nam, dzisiaj po latach, jak wyglądały prześladowania, procesy. W końcu: jak reagowała gawiedź żądna sensacji, krwi i emocji. To również ciekawy obraz kobiety, która bez swoich pieniędzy zdana była na łaskę i niełaskę bliskich. Nie miała nic do powiedzenia. Musiała ślepo wykonywać polecenia mężczyzn, a każde słowo sprzeciwu wywoływało konflikt. Jeśli lubicie wyprawy do przeszłości, historię z domieszką grozy, interesują Was losy kobiet w dawnych czasach – to polecam:)

Wydawnictwo Prószyński S-ka

wtorek, 16 października 2018

Jestem pod wrażeniem. Pasji autorów jak i ogromnej ich wiedzy. Bo co innego pisać o kuchni współczesnej – wegańskiej, mięsnej, tunezyjskiej – jednym słowem jakiejkolwiek. Ale pójść po śladach do przeszłości, zajrzeć w garnki przodków? Baaaa – „odzyskać” te potrawy, opracować przepisy. Samemu można na ich podstawie poeksperymentować w kuchni i poznać słowiańskie smaki. Analizując przepisy – mogę powiedzieć, że w obliczu dostępnego asortymentu w sklepach – to wręcz kuchnia ekstremalna – dla podniebienia, naszych kubków smakowych i przyzwyczajeń. I jeżeli kiedykolwiek ktoś mówi o podróżach kulinarnych – to to jest właśnie takowa podróż – w dodatku do przeszłości – w poszukiwaniu dawnych potraw i smaków. A jeśli nawet ktoś nie zechce gotować dawnych potraw – może o nich choć poczytać. Bo droga do garnka naszych przodków była długa i wyboista. A wszystko zaczęło się od przypadku  (jak ja lubię takie historie). 2001 rok – wtedy to miało miejsce odkrycie warstwy gliny na grodzisku w Chodliku – gliny, z której można było lepić garnki. Potem było przypadkowe spotkanie kilku osób, pasja, upór, by odtworzyć wczesnośredniowieczne pożywienie. I był pewien garaż, w którym cała ta przygoda kulinarna miała swój początek. Efekty robią wrażenie. Żmijowiska – mała wioska, w której prowadzono wykopaliska. Osada dla 60-70 osób. Mieszkańcy  musieli gotować ze zbóż, soczewicy, wieprzowiny. Hodowali zwierzęta. Jak żyli? Co gotowali dokładnie? To tylko kilka pytań, jakie postawili autorzy tej książki. Jest tu ich całe mnóstwo. Ale gdy są pytania, są też i ciekawe odpowiedzi albo i przypuszczenia. Oprócz sporej dawki wiedzy popularnonaukowej na temat dawnego życia otrzymujemy ciekawe przepisy, które pozwalają poczuć klimat dawnych czasów. To potrawy proste, ale są wśród nich i potrawy bardziej czasochłonne. Jaki to smak – „przaśny”? Jakimi produktami spożywczymi dysponowali Słowianie? Przepisy z tej książki to nie tylko odtworzenie z dawnych receptur potraw, ale i swego rodzaju śledztwo kulinarne dotyczące dawnych smaków. Są napoje: oskoła, napary ziołowe, piwo, wino, napoje mleczne, dzika kawa (?), miód sycony, serwatka z miętą. Dalej: dania mięsne: wśród nich m.in. boczek pieczony w liściach mięty, dzika kaczka pieczona w glinie. Nabiał: bliny ze zsiadłego mleka. Pieczywo: podpłomyki i kołacz. Bryje i kluski: bryjka owsiana na słodko. Kasze: tutaj to istne szaleństwo kulinarne – od koloru do wyboru. Polewki: polewka z lebiody z orkiszem, polewka z szarłatem. Na końcu wykaz roślin i zwierząt, które mogły być wykorzystywane we wczesnośredniowiecznej kuchni Słowian. Wybrałam tylko kilka przykładów dawnych potraw, które dla nas – ludzi XXI wieku – brzmią naprawdę egzotycznie. Ta książka to ciekawa propozycja dla tych, którzy lubią kuchnię prostą, interesują się historią i nie boją się eksperymentować. Swoją drogą, jak zareagowaliby zaproszeni goście, gdyby okazało się, że zamiast tradycyjnej sałatki jarzynowej właśnie ktoś serwuje im coś, na widok czego linka ciekła naszym przodkom?

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

środa, 03 października 2018

 

Większość z nas Tove Jansson kojarzy się z kultową serią o Muminkach. Warto zapoznać się również  twórczością autorki dla dorosłych. Niewiele jej książek na polskim rynku – choć ostatnio coś ruszyło w tej kwestii. Uczciwa oszustka to niespieszna literatura skandynawska. Mała mieścina na prowincji, gdzie od ponad miesiąca pada śnieg. Jansson kreśli tę białą krainę bardzo spokojnie. To miejsce, gdzie „nigdzie nie było tyle śniegu”. Wszystko zaśnieżone: chodniki, drogi, lasy. Ludzie budzą się późno, bo już nie ma poranków. Ciągle pada śnieg, panuje niesamowita cisza, a dzieci nie idą do szkoły – zamiast tego budują śnieżne tunele i Goty. W takim świecie żyje Katrin z bratem. Młoda kobieta mieszka na poddaszu nad sklepem. Budzi respekt wśród okolicznych mieszkańców, ponieważ potrafi znaleźć klucz do spraw na pozór nierozwiązywalnych i trudnych. Ma w sobie to coś – może z czarownicy, wiedźmy. Tymczasem sama Katrin zaczyna intensywnie interesować się starszą panią z okolicy - Anną Aemelin, która jest uznaną i zamożną ilustratorką książek dla dzieci. Artystka samotnie zamieszkuje duży dom – pewnego dnia daje Katrin i jej bratu zgodę na wprowadzenie się do niej, prowadzenie domu i dotrzymywania jej towarzystwa. Jakie będą konsekwencje tej decyzji?

Nieprzewidywalna i bardzo klimatyczna opowieść. Oszczędne dialogi i coś pomiędzy, co trzeba sobie dopowiedzieć, czego trzeba się domyśleć. Czytelnik wyrabia sobie opinię na temat Katrin – osoby na wskroś uczciwej, która może chłodna w relacjach z innymi – zawsze jest skłonna do pomocy i niesienia dobrej rady. Tyle że autorka zaskakuje, wodzi nas za nos, zmusza poniekąd do wyrobienia sobie takiej a nie innej oceny głównych bohaterów. Tymczasem zakończenie … jest niespodzianką.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

piątek, 07 września 2018

Antoni Ferdynand Ossendowski to nie tylko autor wielu książek dla dorosłych i dzieci. To również, a może i przede wszystkim – podróżnik i badacz z krwi i kości. Odwiedził różne zakątki świata, a to co widział, przeżył – opisywał. Trasa jego podróży wiodła też do Japonii – kraju, który długo nie był przyjaznym ludziom z zewnątrz. Na przełomie XIX i XX wieku ta sytuacja zaczęła się zmieniać, a Ossendowski należał do tych szczęśliwców, którym dane było postawić swoją stopę na wyspach. Książka „Szkarłatny kwiat kamelii” została wydana w ramach serii „Podróże retro”. Tak więc Japonia, którą w niej spotykamy, już dawno nie istnieje. To ciekawe doświadczenie – i jakby podróż w czasie. To Japonia, w której są gejsze, niewolnice, samurajowie, szoguni. I te obrazy to nie żadna egzotyka, kultywowanie tradycji, lecz zwykła codzienność. Krótkie opowiadania z bohaterami, sugestywnymi opisami krajobrazów. Rzeczy używane na co dzień: sumiaki, koto, szerokie obi, samisen. Ulice tętniące życiem, słychać gwar, nawoływania sług, rzemieślników. W tle krajobrazy i przyroda Japonii. Jest też miejsce na refleksję i zadumę, jak w opowiadaniu „Na ścieżkach Fudżi”. Pątnik wędruje po świętej górze – smutny, bez radości życia. Spotyka najpierw mędrca, który tłumaczy mu zawiłości jego życia – bez dużej liczby słów. I dziewczynę – też smutną jak on. Tych dwoje nagle znajduje w sobie siłę, by z tej góry wrócić razem. A my poznajemy prawdę, że na pewne rzeczy nigdy w życiu nie jest za późno.

„Wejdź człowiecze na szczyt Fudżi, obejrzyj widnokrąg i zrozum życie do dna, do reszty, do ostatniego drgnienia jego, do najcichszego echa”.

Tak pisze Ossendowski. Pewnie inaczej niż współcześni podróżnicy, którzy po wyprawie dokądś tam – zaraz publikują książkę. Inaczej opisuje – przecież za jego czasów nie było  tych wszystkich nowinek technicznych, z pomocą których mógł ubogacić swoją książkę. Dlatego zwracała uwagę na szczegóły – w ludziach, otoczeniach – by oddać najlepiej jak potrafił, to co zobaczył.

Wydawnictwo Zysk i S-ka

środa, 05 września 2018

Tego nie znajdziecie w podręcznikach historii – choć prawdę mówiąc niektóre treści dozwolone tylko dla oczu starszych czytelników. Ale pomijając te dorosłe treści podręczniki szkolne są bardzo formalne, przynudzają – i jak tu zainteresować historią? Wiem, co mówię, bo obydwaj synowie w wieku szkolnym – i historia w jednym paluszku. A że zbliżają się rocznice jesienne – co rusz znane nazwisko lub wydarzenia pojawia się w mediach lub na ustach wielu – bo „wszystkich” raczej nie napisze. Dlaczego? Bo nie dla wszystkich właśnie historia jest interesująca. Ale jednego jestem pewna – gdyby podręczniki zawierały więcej ciekawostek, ploteczek –a nie tylko suche fakty, wówczas: myślę, że i krąg miłośników historii by się znacznie poszerzył. Żeby było jak w tej książce (ale powtarzam – adekwatne treści do danego wieku) – jednak moje doświadczenia , moich synów pokazują, że raczej na zmiany nie ma szans (decyzje odgórne) – można natomiast wzbogacać swoją wiedzę na własną rękę. Trzy rozbiory Polski trwające równe 123 lata – tutaj przedstawione z przymrużeniem oka, niekiedy ironicznie, satyrycznie. Mnóstwo wydarzeń, o których nie miałam pojęcia. Czy wiecie np. kto złożył jako pierwszy hołd poddańczy okupantom, a kto został najwierniejszym sługą Najjaśniejszej Rzeczypospolitej i króla Stanisława Augusta Poniatowskiego? Hmmmm. Też nie widziałam. Odpowiedź w książce. Autorzy dotykają wielu aspektów życia w rozbiorowej Polsce. Jest wielka polityka np. uroniona łza cesarzowej Marii Teresy podczas podpisywania rozkazu zajęcia Podhala. Jest wyjazd wspomnianego już ostatniego naszego króla Stanisława Augusta do Grodna, gdzie zrzekł się korony. Jest Kościuszko w chłopskiej sukmanie – bo podobnie jak amerykańscy dowódcy po zwycięskiej bitwie pod Racławicami włożył mundur jednostki, która najbardziej odznaczyła się w walce. Ale są i zwykli mieszkańcy – i nie tylko znany Drzymała ze swoim wozem (choć tu też były niezłe perypetie z tym jego domem na kółkach), ale i matrony krakowskie, które zażądały dla oficerów sztabu księcia Józefa Poniatowskiego kary śmierci za … taniec nago pod Sukiennicami. I zwykli mieszkańcy zaborów: pruskiego i rosyjskiego przywożący swoje dziatki pod miasteczko Skała koło Olkusza, skąd można było popatrzeć na Polskę – światła wieży Mariackiej w Krakowie.

Mnóstwo świetnych opowieści, historii, interpretacji – niekiedy smutnych i wzruszających, ale też i śmiesznych. Życiorysy mniej i bardziej znanych ludzi – jak Maxa Factora – Faktorowicza czy Chawy (Heleny) Rubinstein, codzienność wbita w tryby ostrej rusyfikacji i germanizacji, absurdy polityki antypolskiej, władcy obcych monarchii, którzy przez 123 lata byli nam miłościwie panującymi, jak choćby cesarz Austrio-Węgier nazywany poufale „naszym starym pierdołą”. Jest dużo dużo więcej. A jeżeli zdarzy Wam się przy tej lekturze podśmiechiwać pod nosem, rubasznie, lub nawet trzymając za brzuch – przypomnijcie sobie o słowach, które padają w „Rewizorze” Gogola:  „Z czego się śmiejecie? Z siebie się śmiejecie”.

Wydawnictwo Media Rodzina

sobota, 01 września 2018

Po książkę sięgnęłam z sentymentu do dwóch poprzednich książek Autorki: „Pod słońcem Toskanii” i „Bella Toscana”. Była to też miła odmiana i odskocznia od ostatnio czytanych książek z gatunku kryminałów, thrillerów. Sympatyczna lektura z nienachlanym przesłaniem, że na wiele spraw w życiu NIGDY NIE JEST ZA POŹNO. Nawet będąc w jesieni życia, gdy się jest skłonnym myśleć, że się już swoje życie „przeżyło”, i że wszystko co dobre i co złe nas już spotkało. Raczej tak chcą myśleć trzy bohaterki książki. „Chcą” – napisałam świadomie – bo jednak coś im w głowie kołacze, że jednak myśleć powinny inaczej. Camille, Susan, Julia – spotykają się po raz pierwszy w życiu w domu opieki podczas dni otwartych tejże instytucji. Właśnie zastanawiają się, czy dalsze lata życia spędzić w tym miejscu – lepiąc z gliny, malując, spacerując, w towarzystwie innych staruszków. A jednak – mimo wszystko – w zamknięciu i odosobnieniu. I nagle okazuje się, że te 3 kobiety znajdują wspólny język, świetnie się rozumieją. Do tego pojawia się – UWAGA – nowy pomysł (cudny – dodam od siebie). Bo sami przyznacie, że propozycja wspólnego zamieszkania przez rok we Włoszech w Toskanii brzmi niezwykle apetycznie. I tak się też dzieje. Kobiety wynajmują willę z historią, z kamiennymi posadzkami, freskiem na ścianie, dużym ogrodem i … z przemiłą sąsiadką – amerykańską poetką. Cała trójka musi rozgryźć Włochy, Włochów i język włoski.

Wiecie co? Chłonęłam tę książkę, bo ciekawym doświadczeniem był apetyt starszych kobiet na życie, ich pasje, marzenia, które teraz – po sukcesach zawodowych, odchowaniu dzieci, mogły się wreszcie zrealizować. Ich losy, problemy (a tych jest całkiem sporo) to jedno, a Włochy w tle to drugie. Zatęskniło się za Toskanią, pysznym jedzeniem. Każda z pań jest inna, ma inne pasje – stąd tak wiele obszarów z tematu „Włochy” można tutaj dotknąć. Jedna z nich uwielbia kuchnię, stąd jest świetną przewodniczką po włoskich smakach. Inna maluje – więc wtajemnicza nas w tematy sztuki. Trzecia ma pasję ogrodniczą – oj zaraz chciałoby się przeprojektować styl własnego ogrodu na „włoski”. Sąsiadka Kit wprowadza nas natomiast w obszary literatury.

Pojawia się oczywiście lekka (ale tylko – lekka) zazdrość, że amerykańskie emerytki mogą sobie pozwolić na taką ekstrawagancję. Roczne wakacje we Włoszech z możliwością wykupienia domu na własność – fiu, fiu. Fajnie. Ale w końcu od czego są książki? W tle liczne informacje o  mieszkańcach prowincjonalnej miejscowości, kultury, języka, sztuki, kulinariów. Aż chce się tam pojechać. Zaraz, natychmiast. Dobrze, że są takie książki.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

piątek, 31 sierpnia 2018

Bona – jedna z najbardziej rozpoznawalnych i barwnych królowych Polski. Kobieta, której nie przemilczają nawet podręczniki szkolne. Bo czy przeciętny śmiertelnik kojarzy Jadwigę Kaliską – żonę Władysława Łokietka? Albo Annę Cylejską drugą w kolejności Małżonkę Władysława Jagiełły? Natomiast o Bonie zawsze było głośno – już choćby ze względu na zupną „włoszczyznę” tak chętnie stosowaną w kuchni polskiej. Janina Lesiak po raz kolejny przedstawia sylwetkę polskiej władczyni – po Cecylii Renacie, Annie Jagiellonce, Dobrawie i Jadwidze z Andegawenów. W powszechnej świadomości Bona nie ma raczej dobrej opinii. Pazerna na władzę, trucicielka. Żona Zygmunta Starego, matka Zygmunta Augusta mocno stoi na nogach, a jej „voglio” (chcę) często rozbrzmiewa w zamkowych komnatach na Wawelu. Przybyła z dalekich Włoch – może dlatego wszystkim się wydaje taka po trosze egzotyczna. Bo razem z nią przybyło tyle nowego: włoska kuchnia, architektura, moda i temperament. Kobieta z daleka – wcale nie potulna białogłowa żyjąca w cieniu swojego męża. Bona ma ambicje, plany, marzenia. CHCE je zrealizować. I właśnie taki obraz Bony ja znajduję w opowieści Janiny Lesiak. To kobieta trudna, skomplikowana uczuciowo, często rozchwiana emocjonalnie. Może to wszystko z poczucia obowiązku i odpowiedzialności za losy dynastii i korony?  Zdaje sobie sprawę z popełnianych błędów, co dla królowej matki niezwykle bolesne. Mówi się, że dziecko jest jak tabula rasa – niezapisana tablica. Bona opowiada, jak bardzo się zaangażowała w ten proces kształtowania swojego syna. Jak w wielu aspektach poniosła jednak klęska, bo Zygmunt August po ludzku zawiódł jej starania, oczekiwania, nadzieje. Ja, zabierając się do czytania, miałam już swoje zdanie wyrobione na temat Bony. Janina Lesiak tylko je potwierdziła. Ciekawym doświadczeniem było poznanie myśli, rozterek, obaw, nadziei królowej. Dla kogoś, kto nie obcuje za często z historią będzie to ciekawa wyprawa do przeszłości – poznanie codzienności na zamku królewskim, kulisów wielkiej polityki, stosunków panujących na dworze. A przede wszystkim możliwości poznania królewskiego życia, które tak niewiele wspólnego miało z życiem z bajki.

Wydawnictwo MG

piątek, 27 lipca 2018

Blisko 550 stron mija szybko jak sen. Jakże trudno znów wrócić do rzeczywistości – gdy się było w średniowiecznej Rusi, na dalekiej Północy gdzie zimno, a na przednówku panują głód i choroby. To tam właśnie ze swoją rodziną mieszka Piotr Władimirowicz. Ojciec trzech synów i jednej córki. Tymczasem jego żona informuje go, że znów spodziewa się dziecka – na świat przyjdzie dziewczynka podobna do swej babki: dzikiej, odważnej i tajemniczej. I taka właśnie jest Wasia, która od samego początku skradła moje serce. Dziewczynka widzi to, co niewidzialne dla innych. Słyszy to, czego inni nie słyszą. Wychowywana przez Dunię – starą piastunkę znającą baśnie, bajki i legendy. To dzięki Duni Wasia nabiera szacunku do przyrody i dawnych stworzeń, które mimo wiary ludzi w Boga jedynego, wciąż istnieją równolegle. Tamte istoty, którym dawniej oddawano cześć, tkwią nadal głęboko w powszechnej świadomości. Ludziom żyje się tu dobrze i dostatnio, a duszki są zadowolone. Na przykład domowik: duch opiekuńczy domu – pomieszkujący na zapiecku. W powieści nie raz chronił dom przed demonami z zewnątrz. Trzeba było o niego dbać, rozstawiając jadło po kątach. Bannik – opiekun łaźni. Leszy – opiekun lasu. Waziła – czuwa nad stajnią i końmi. Mieszkańcy sioła wiodą sobie spokojny żywot oddając Bogu co boskie, a swoim dawnym bogom i duszkom – co nakazywały tradycja i zwyczaje. Ale tak jest do czasu. Bo pewnego dnia Piotr Władimirowicz przywozi nową żonę – bogobojną Annę. Do wsi przybywa też ambitny pop. Nie podoba im się zachowanie ludzi, a ich pojawienie się oznaczać będzie dla wszystkich kłopoty i rewolucyjne zmiany.

Na początku byłam przekonana, że będzie to bajka dla dzieci. Bajki są przecież pisane z myślą o nich, nieprawdaż? Nawet odłożyłam książkę na chwilę na półkę z myślą: Jak tylko skończę z synem wspólne czytanie innej książki, zaraz sięgamy po „Niedźwiedzia i słowika”. Ale korciła mnie ta lektura, oj korciła. Już sama okładka była kusząca. Rzadko daję się nabrać na lepik okładkowy, ale „Niedźwiedź i słowik” miał w sobie TO COŚ. Zaczęłam więc sama i szybko dotarło do mnie, że to książka dla dorosłych. Potem doczytałam na okładce: wyraźnie z tyłu to właśnie napisano – ale ja rzadko czytam teksty okładkowe ze względu na ewentualne spolerowanie i podany wynik śledztwa, że mordercą okazał się ogrodnik. (śmiech). Powiem tak: książka jest niesamowita. Zaczęłam czytanie w sobotę rano i tak non stop z małymi przerwami – do niedzieli wieczór. A co do niesamowitości tej książki: może mam właśnie takie odczucia ze względu na gatunek? Bajka dla dorosłych napisana tak, że naprawdę trudno się od niej oderwać. Kto by pomyślał, że kwestia Dziadka Mroza, Pana Zimy, znanego z dziecięcych książek i kreskówek – tak mnie wciśnie w fotel? A to dopiero – ku mojej uciesze – początek. „Niedźwiedź i słowik” jest pierwszym tomem trylogii. Książka ma wiele elementów, które mnie urzekły. Po pierwsze nieprzewidywalność – nie wiadomo, co się za chwilę wydarzy. Mnóstwo rzeczy, wydarzeń mnie tu bardzo zaskoczyło. Plastyczność opowieści: książkę dobrze się czyta (to niewątpliwie też zasługa tłumaczki Katarzyny Bieńkowskiej). Katherine Arden ma dar do opowiadania, snucia baśni, bajek. Nawiązuje tym samym do dawnej tradycji, kiedy to czas spędzano wspólnie na rozmowach, wspomnieniach, a bajki były nieodłącznym elementem codzienności – przekazywane z ust do ust. „Niedźwiedź i słowik” to w końcu ciekawy obraz dawnego życia w średniowiecznej Rosji: zwyczaje, ubiory, zachowanie, religia, stosunki społeczne, przyroda, drewniana Moskwa, a nawet potrawy i wyposażenie wnętrz. Bardzo polecam!

(Tłumaczenie: Katarzyna Bieńkowska)

Wydawnictwo Muza

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18