Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać

Ostatnio przeczytałam książkę

piątek, 04 maja 2018

Rachel od samego początku budzi współczucie. Wychowywana przez zaborczą matkę, nieznany ojciec, nieudane związki z mężczyznami, w ogóle trudne relacje ze wszystkimi dokoła – łącznie z samą sobą. Jakże ciężko niekiedy wstać z łóżka i spojrzeć w lustro, sobie w twarz. I kiedy wydawać by się mogło, że coś zaczyna się układać, nagle okazuje się, że odpowiedzi na pewne pytania wcale nie są łatwe, a nieprzemyślane działania niosą ze sobą brzemienne konsekwencje. Powieść łączy w sobie wiele gatunków: na pewno powieść psychologiczną – ta dominuje w pierwszej części książki. Autor skupia się na przemyśleniach Rachel, jej doświadczeniach w różnym wieku – towarzyszymy jej od dzieciństwa do dojrzałości. Możemy zrozumieć powody pewnych działań i wydarzeń w życiu znanej już potem dziennikarki, która w  pewnym momencie stacza się na dno. Druga część to sensacja, thriller – w prawdziwym tego słowa znaczeniu: mroczne postacie, tajemnice, strzelanina, znikanie trupów (topielców), mroczna sceneria, szemrane towarzystwo, pościgi i …. zaskakujące zakończenie. I choć powieść wciąga, mam z nią pewien problem. W wielu miejscach odnosiłam wrażenie, że Autor sam zapędzał się w  jakiś zaułek, z którego nie potrafił wyjść. Mnóstwo postaci, wątków – troszkę nieprzekonywująco ze sobą powiązanych. A może i zbyt przerysowane postacie. Czyżby pojawił się moment pisarskiego kryzysu u Lehane’a? Przecież pamiętam go z „Modlitwy o deszcz” i „Rzeki tajemnic”. Bez porównań się niestety nie obejdzie. Wiem, wiem – dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi. Niemniej troszkę mnie zawiodła ta książka. Autor potrafi budować napięcie, wymusić na czytelniku, by wczuć się w rolę bohatera, któremu właśnie w tej chwili zagraża niebezpieczeństwo. Tak pokazuje swoje postacie, że można poczuć niesmak i wręcz odrazę. A jednak brakuje mi tego czegoś. Niemniej – polecam, by przeczytać i porównać. Zresztą, jak już zdążyłam przeczytać w necie – wielu książka się podoba, a moja ocena jest tylko subiektywnym ujęciem lektury.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

środa, 02 maja 2018

Jakiś czas temu oglądałam Dynastię Tudorów. Wspaniały serial (polecam) przedstawiający historię Henryka VIII i jego sześciu żon. Po skończeniu przygody z filmem z tym większą przyjemnością sięgnęłam po książkę Sarah Gristwood. Niektóre bohaterki z lektury mogłam poznać na szklanym ekranie. Inne były mi zupełnie nowe i nieznane. Już na początku naszła mnie taka oto refleksja: lubię czytać o kobietach, bo lubię się  z nimi solidaryzować. Zwłaszcza lubię biografie kobiet silnych, bo życie kobiet często nie rozpieszczało w przeszłości i na pewno miały bardziej pod górkę aniżeli panowie.  Sarah Gristwood przedstawia całą plejadę silnych i konkretnych „babek”, które mimo swojej kobiecej natury miały po prostu … jaja. A troszkę orientując się w tamtej rzeczywistości – był to wyczyn nie lada. Uwięzione w gorsetach, konwenansach, musiały podporządkowywać się silniejszym na dworze, musiały brać udział w tych różnych gierkach i knowaniach, w końcu musiały wiedzieć -  z kim przystawać, by osiągnąć cel. A bohaterki lektury miały olbrzymi wpływ na rozwój wydarzeń  w wieku XVI. To był czas istnego wręcz „wysypu” kobiet charakternych, z ikrą, energicznych, wyrazistych. Pewnie sprzyjała temu skomplikowana sytuacja polityczna. Przypomnijmy – jedno z ważniejszych wydarzeń to bunt zadziornego mnicha augustiańskiego, który na drzwiach kościoła w Wittenberdze, przybił 95 tez. Marcin Luter, bo oczywiście o nim tutaj mowa, podzielił Europę. I widać to również to w tej książce. Waśnie religijne, sojusze, sympatie i wrogość. Powiem tak: kobiety XVI wieku poczuły wiatr w żaglach. Że mogą czegoś dokonać i skorzystały z tego. Inna sprawa, że bohaterki nie przebierały w środkach, wręcz  może działały w myśl, że cel uświęca środki. Królowe czasami sięgały po drastyczne metody, podejmowały trudne decyzje, tracąc tym samym ….(nie wiem, czy zgodzicie się ze mną) na …. kobiecości. Książka skupia się oczywiście na królowych, jednak w tle jest cała plejada postaci niby-drugoplanowych, a jednocześnie ważnych. Kardynał Thomas Wolsey, który jak lew walczył o rozwód króla Henryka VII z Katarzyną Aragońską. Thomas Cromwell – urzędnik państwowy posiadający ogromna władzę, szara eminencja, która ze swojego gabinetu pociągała za sznureczki i inni.

Sam tytuł książki jest tutaj ważny i nawiązuje do gry w szachy. Skąd się wzięła królowa w europejskiej wersji szachów? Kiedy uzyskała taką nieograniczoną mobilność? Powiem tak: zaglądając przez ramię grającym w  moim domu – nawet nigdy się nad tym nie zastanawiałam – dlaczego w szachach dominują figury symbolizujące postacie płci męskiej. Oprócz jednej z nich – właśnie królowej. Jak się jednak okazuje – nie było to przypadkowe posunięcie. Po swojemu-kobiecemu jestem po prostu ….czytelniczo zła. Bogu dzięki chociaż za królową. I jak tu nie mówić, że jednak kobiety miały pod górkę.

Podsumowując: kobiety – odsuwane na plan dalszy, pionki do politycznej gry  rozgrywanej przez ich braci, ojców i mężów. Cenne z powodu więzi rodzinnych, posagu. Sprzedawane za przywileje i zaszczyty – w XVI wieku wreszcie doszły do głosu. To książka o sile, charakterze i czasami trudnym życiu. Nie cukierkowym znanym z bajek.  Poznajcie proszę: Ludwikę Sabaudzką, Małgorzatę Parmeńską, Marię Węgierską, Małgorzatę Austriacką, Izabellę Kastylijską, Katarzynę Aragońską, Katarzynę Medycejską, Anną Boleyn i Elżbietę I.

Książka jest ładnie wydana, w sztywnej oprawie, w środku znajdziecie portrety przedstawiające bohaterki XVI- wiecznej Europy. 

 

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

piątek, 23 marca 2018

Czytam tę książkę tam i z powrotem i tak sobie myślę, że cokolwiek o niej napiszę, będzie i tak banalne. Pierwsze, co mnie zwaliło dosłownie z nóg, to szczere wyznanie ojca: że pojawiły się oczywiście pytania: „dlaczego” i że ojciec nie zaakceptował syna z zespołem Downa. To taki kubeł zimnej wody na sam początek. Dalszy ciąg to nie użalanie się nad sobą, ale pokazanie zwykłej codzienności rodziny, w której urodził się Mallko. Cudowne dziecko o oczach w kształcie rybek (pierwszy raz spotkałam się z takim porównaniem – piękne!). Duże wrażenie robią mini wywiady z Anne, mamą chłopca. I z Théo – starszym bratem. Ich wypowiedzi płyną prosto z serca, są takie prawdziwe, pozbawione sztucznego patosu. Tchną niesamowicie optymizmem. Rzeczywistość rodzinna wyrażona bądź pokazana jest za pomocą obrazów, ilustracji, dziecięcych szkiców, komiksowych scenek. Niekiedy – jakby klatka po klatce – podglądanie czyjegoś życia. Pięknego życia, w którym oczywiście że są problemy, ale w którym panuje miłość. Widać ciepłe relacje między rodzicami a dzieckiem, przyjaźń, zagubienie w zabawie, szaleństwa wręcz – podłogowe, kanapowe, wszelkiej maści. Jest też duży dystans do siebie, poczucie humoru. Myślę, że to „podglądanie” może czytelnika naprawdę wiele nauczyć. Historia ojca, który mimo swego dojrzałego wieku, musiał jednak do pewnych rzeczy dorosnąć. Książka, która zwraca uwagę na osoby niepełnosprawne. Choć trochę boję się użycia tego słowa, bo w samej książce czytam: Niepełnosprawność – Nie,pełna sprawność. Dlatego też myślę, że „Mallko i tata” ma duże szanse na przyczynienie się do zupełnie innego postrzegania „zespołu Downa”. I można tu dużo pisać wiele górnolotnych słów o akceptacji, miłości, tolerancji – ale to, co i ile czytelnik wyniesie z tej książki, zależy już tylko od niego i jego wrażliwości.

 

Wiek 15+

Wydawnictwo Dwie Siostry  

niedziela, 10 grudnia 2017

O Margaret Atwood zrobiło się głośno jakiś czas temu w związku z nową ekranizacją jej „Opowieści podręcznej”. Wartością dodaną było przypomnienie w wersji papierowej jej kilku innych powieści, w tym „Grace i Grace”. Co ciekawe – zresztą okładka książki jest tego dowodem – i ta powieść doczekała się ekranizacji – ponoć udanej. Jakie mam refleksje po lekturze? Mogę jedynie powiedzieć: wiem, że nic nie wiem. Naprawdę. Nie wiem, czy Grace zabiła na pewno. Mało tego: czy była w ogóle zamieszana w morderstwo. A może faktycznie ktoś ją wrobił w to całe zamieszanie. Zresztą wydaje mi się, że nikt nie potrafi udzielić ostatecznej odpowiedzi: zarówno świadkowie z dawnych czasów, czytelnicy ówczesnej prasy, w której szeroko się rozpisywano na temat zbrodni i rozprawy, jak i współcześni czytelnicy powieści Atwood i widzowie śledzący serial. Tajemnicza sprawa – pokazująca jednocześnie jak kręte i skomplikowane są zakamarki ludzkiej psychiki. Choć z drugiej strony narzuca się i kolejne pytanie: czy faktycznie Grace miała problemy psychiczne czy może jednak była tylko zwykłą manipulatorką? Dużo tych pytań, dużo wątpliwości – ale właśnie taka jest dobra literatura. Dawno nie czytałam tak ciekawie skonstruowanej powieści, tak mrocznej, nieprzewidywalnej. I choć na końcu sama przyłapałam się, że chciałabym jednoznacznej odpowiedzi na poje pytania, teraz jestem pewna, ze lepiej jest tak, jak jest. Może dzięki temu ta książka tak długo siedzi w mojej głowie?

Margaret Atwood wykorzystała w swojej powieści autentyczny wątek zbrodni, jaka została popełniona w latach 40-tych XIX wieku w Kanadzie. Imigrantka z Irlandii, młodziutka Grace, razem ze stajennym (oj, też baaardzo mroczna postać) zostają oskarżeni o zamordowanie ich chlebodawcy i służącej Nancy. Chłopak zostaje powieszony, natomiast Grace z racji młodego wieku jak i wielu niejasności w jej wątku, zostaje osadzona w więzieniu, po czym po 30 latach ułaskawiona. Historia opowiadana jest niespiesznie. Autorka relacjonuje wydarzenia, skupia uwagę na poszczególnych bohaterach dając nam możliwość ich dokładnego poznania. Ta powieść też jest ciekawym obrazem społeczeństwa początków XIX wieku, a w szczególności kobiet pracujących jako służące  - ich trudnej pozycji, braku edukacji, wykorzystywania w męskim świecie. Mimo tego, że na Grace ciążyły tak straszne podejrzenia, polubiłam tę postać. Zauroczyła mnie swoją delikatnością, powściągliwością. Bardzo różniła się od innych kobiet przedstawionych w powieści. A może stan ten był dalszym efektem jej ciągłych manipulacji? Sama już nie wiem.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

sobota, 02 grudnia 2017

Książka spodoba się tym, którzy lubią działać kreatywnie: w kuchni, papierach, materiałach. Moc pomysłów, które można niewielkim wysiłkiem samemu zrealizować. Wystarczą porządne narzędzia i przybory, dobre chęci, trochę czasu – by potem cieszyć bądź oko, bądź podniebienie. Często z wykorzystaniem tego, co już w domu posiadamy – co stare, niemodne, niby już niepotrzebne. W krótkim wstępie czytamy, że recykling i upcykling  przeżywają renesans. Pewnie przyczynił się do tego Internet, który jest naprawdę kopalnią świetnych pomysłów. Nasze szafy i szuflady kryją mnóstwo rzeczy w dobrym stanie, niekiedy wyśmienitej jakości, które po prostu szkoda wyrzucać. Moja babcia Marianna powiedziałaby, że serce się kraje na samą myśl o pozbyciu się takiego dobra. Często są to materiały o pięknym wzorze, tektury i papiery o oryginalnej fakturze. Ta książka wychodzi naprzeciw naszym czasom. Zamiast wyrzucać i zaśmiecać środowisko można dać przedmiotom drugie, a nawet trzecie, czwarte życie. Tchnąć w nie duszę, ponieważ przedmioty, rzeczy wykonane własnoręcznie – nabierają charakteru, mają jakąś cząstkę nas samych, którzy niekiedy wiele czasu spędziliśmy nad ich wykonaniem. Po zapoznaniu się książkowymi pomysłami muszę przyznać, że niektóre z nich mogą wywołać zaskoczenie. Zwłaszcza domowe kosmetyki – bo tak jak całkiem dobrze orientuję się w domowej manufakturze maseczek, nie wiedziałam, że można pokusić się o zrobienie srebrzystego cienia w kremie albo pudru do twarzy i ciała. Nie mówiąc już o …(ale to tylko dla tych, którzy mają BRODACZA w domu lub wśród znajomych) olejku pielęgnacyjnego albo wosku modelującego do brody właśnie.

Sama książka podzielona jest na sześć części: domowe zacisze, dzieciaki, impreza, moda i przeróbki, uroda, wyjątkowe okazje i święta. Blisko 80 inspiracji z różnych dziedzin – jedne dla wszystkich, nawet tych początkujących. Inne z kolei dla bardziej zaawansowanych. Ta ostatnia uwaga raczej dotyczy szycia – choć może źle to ujęłam. Jeśli ktoś jest odważny i nie boi się zaryzykować niech spróbuje przerobić koszulę chłopaka/ męża/ partnera/ brata na baaardzo kobiecą bluzkę. Mnie najbardziej przypadł do gustu  ostatni dział. Znalazłam w nim wiele pomysłów, które chciałabym zrealizować: ciasteczkowy kalendarz adwentowy, etykiety na prezenty z reniferami. Natomiast na wielkanocnym stole świetnie się będą prezentowały opaski na serwetki do złudzenia przypominające uszy króliczków i bułeczki w kształcie zajączków.

Książka jest ładnie i starannie wydana. Każdy pomysł przedstawiony za pomocą kilku fotografii i krótkiego opisu. Na początku zawsze spis potrzebnych „składników”, z których potem własnoręcznie „upiecze się” małe cacko.

Wydawnictwo Egmont

piątek, 01 grudnia 2017

Wiadomo było u nas w domu, że pieniądze piechotą nie chodzą, ale my owszem, chodziliśmy. Kiedy do naszego miasteczka Oficina docierał jakiś film, który mojemu ojcu wydawał się dobry, choćby ze względu na nazwisko głównego aktora czy aktorki, składało się grosz do grosza, żeby kupić bilet i wysłać mnie do kina.

Po powrocie musiałam opowiedzieć film całej rodzinie, która czekała już w salonie.

Przeczytałam kiedyś takie oto zdanie, że złe powieści stają się coraz grubsze. Tutaj na zaledwie 144 stronach (gdzieniegdzie z pustymi kartkami) mamy historię życia opowiadaczki filmów. Książka małego formatu – o wymiarach 130x250 mm przykuwa uwagę od samego początku. Nie sposób się oderwać. Czyta się szybko – w jeden wieczór, a ma się takie jakieś dziwne uczucie, że poznało się tak dobrze główną bohaterkę, jej czwórkę braci, nieszczęśliwego i sparaliżowanego od pasa w dół ojca. Chilijski pisarz Herman Rivera Letelier pisze tak, że czuć spiekotę Ameryki Południowej, piasek pustyni Atakama gryzie w oczy, a bieda mieszkańców okolicy, szczególnie rodziny Marii Margarity, wywołuje współczucie i chwyta za serce. Maria ma liczne rodzeństwo, ojciec nie może pogodzić się, że opuściła go piękna żona, każdy z nich ma swoje smutki i radości, a to co ich łączy – to wielka miłość do filmu. Mimo że w domu się nie przelewa , musi starczyć na kino. Tyle że nie dla wszystkich. Zostaje ogłoszony konkurs na najlepszego rodzinnego opowiadacza. Maria Margarita bardzo się stara, by oddać klimat każdego obejrzanego filmu. Spełniają się jej marzenia, pojawiają się plany na przyszłość i pieniądze. Jednak to dostatnie życie kończy się, gdy w miasteczku pojawia się … pierwszy telewizor. A potem następny i jeszcze następny. Bardzo wyrazista książka o ludzkich losach, marzeniach i szarości życia codziennego. O tym, że fortuna kołem się toczy, a wszystko ma swój kres.

 

Wydawnictwo MUZA

piątek, 20 października 2017

Rodzina 14-letnie Faith opuszcza swoje dotychczasowe miejsce zamieszkania i udaje się na maleńką wyspę Vanne. Dziewczyna nie zna dokładnych powodów owych nagłych przenosin. Podsłuchane rozmowy, lektura dokumentów oraz pojawiające się w stosunku do jej ojca określenia: kłamca i oszust, pozwalają przypuszczać jedynie, że przyjazd na wyspę to swego rodzaju ucieczka przed konsekwencjami niecnych działań jej ojca – zasłużonego męża nauki w kwestii skamielin. Dość senny początek, zatopiony w obfitych strugach deszczu, rozwija się stopniowo w trzymającą w napięciu intrygę, pojawiają się tajemnicze i mroczne motywy, a punktem kulminacyjnym całości staje się śmierć ojca rodziny. Faith nie wierzy, że to właśnie wypadek był jej przyczyną i dlatego stawia dość śmiałą tezę o morderstwie i zrobi wszystko, by udowodnić swoje podejrzenia. W tym momencie całość nabiera rozpędu, pojawia się mnóstwo ciekawych wątków, postaci. Stopniowo wyjaśniane są zagadki, w tym również ta z tytułowym drzewem kłamstwa, które nie jest tutaj przenośnią, ale jak najbardziej obiektem materialnym – w dodatku mającym ogromną siłę sprawczą.

Drzewo kłamstw to wciągająca i mroczna powieść przenosząca czytelnika ok. 150 lat wstecz do epoki wiktoriańskiej. Ma specyficzny klimat. Mieszanina wielu gatunków: powieści obyczajowej, kryminału, historycznej, przygodowej, science fiction i thrillera. W skrócie można by się pokusić o takie podsumowanie: skamieniałości, falsyfikaty, morderstwo i wiara w siłę nauki. To powieść wielopłaszczyznowa. Ciekawa obyczajówka ukazująca realia życia w XIX wieku, stosunki panujące w rodzinie mieszczańskiej w konserwatywnej Anglii. To też ciekawy obraz społeczeństwa tamtej epoki – zainteresowanego przyrodą. To był prawdziwy boom – umiłowanie natury zapanowało w najróżniejszych kręgach. Znalazło ono odbicie w zakładanych słynnych ogrodach angielskich, podróżach egzotycznych i zbieraniu litografii z motywami zwierząt i roślin, kolekcjonowaniu skamielin i dziwacznych okazów ze świata fauny i flory.

Epoka wiktoriańska to czas, w którym kobiety nie miały wiele do powiedzenia. Generalnie wszystko sprowadzało się do tego, że to mężczyźni są mądrzejsi niż słaba płeć (co za określenie!). Takie zdanie jest też zaprezentowane w powieści. Faith musi zderzyć się ze ścianą. Niemile widziane jest prezentowanie swojej wiedzy w tzw. towarzystwie, przedstawianie swoich racji, naukowych pasji. Kobieta ma w życiu codziennym określone zadanie do spełnienia, ale nie jest to na pewno angażowanie się w sprawy nauki. Dlatego Faith czuje się jak outsiderka. To osoba wykraczająca poza epokę: ma ambicje, marzenia, chce sama o sobie decydować. Tyle, że na to akurat brakuje społecznej zgody. Mało tego – takie podejście do życia nie znajduje zrozumienia również u rodziców dziewczyny. Faith mimo swojej wiedzy i pasji nie urośnie do rangi parterki do rozmów z ojcem, powierniczki jego tajemnic. To ciekawy obraz, zwłaszcza dla współczesnej młodzieży, która może nie mieć wystarczającej wiedzy na temat minionej epoki. Może to w czytelniku rodzić bunt i emocje, chciałoby się potrząsnąć bohaterką i zawołać: weź się garść, dziewczyno. Kobieta w epoce wiktoriańskiej nie mogła o niczym decydować – ani o majątku, ani o przyszłości swojej i dzieci. Była jak bluszcz owijający się wokół swojego małżonka.

Książkę można czytać na różne sposoby – mnie bardzo zainteresowała kwestia roli kobiety w tamtych czasach – co pewnie widać po mojej recenzji. Wyjaśnienie morderstwa, śledztwo prowadzone przez Faith było ciekawym elementem fabuły, aczkolwiek najbardziej interesowała mnie postać głównej bohaterki – zwłaszcza to, jak się odnajdzie w nowej sytuacji, jak pokieruje swoim życiem. Ciekawie zostały przedstawione inne kobiety z wyspy. Właściwie żadna nie wzbudziła mojej sympatii, brakowało mi tu kobiecej solidarności. Czy był to zabieg celowy czy przypadek?  Zostaję sama z tym pytaniem, nie potrafię na nie odpowiedzieć. Polecam bardzo powieść Frances Hardinge – została ona nagrodzona prestiżową nagrodą Costa Book Award. Myślę, że zasłużenie.

Wiek 14+

Wydawnictwo Czarna Owca

piątek, 29 września 2017

I się doczekałam kolejnego tomu. Dwójka śledczych: Pia Sander i Oliver von Bodenstein znów muszą rozwikłać zagadkę morderstw. Mała miejscowość w niemieckich górach Taunus – a tyle się dzieje. I to od kilku sezonów. Jednak mogę zapewnić, że nie ma przesytu. To trochę jak podglądanie kogoś z boku – i ciągle coś nowego. Począwszy od pierwszego tomu poznajemy nie tylko dwójkę głównych bohaterów, ale również inne osoby- ściśle lub luźno związane z Pią i Oliverem, z miejscowością czy wydziałem śledczym, gdzie pracują. Zmieniają się, jedni umierają, inni rodzą, wracają w rodzinne strony, wyjeżdżają. W najnowszym tomie przewija się naprawdę mnóstwo postaci. Ktoś policzył – jest ich prawie 60. To szerokie pole do popisu: co rusz przenosimy się ze śledztwem w inne miejsce, co rusz spotyka się kogoś innego. Mała miejscowość w Hesji istnieje naprawdę: Ruppertshain. Tutaj trup ściele się często i gęsto, ale autorka opisuje przecież to, co zna najlepiej – czyli okolice, w której sama od kilku lat mieszka. W najnowszej powieści wszystko zaczyna się od wypadku na campingu należącym do lokalnej gospody. W pożarze przyczepy ginie mężczyzna w dojrzałym wieku. Nie chcę tutaj zdradzać zbyt wiele, ale w kwestii morderstw i niebyt przyjemnych wypadków to jest zaledwie czubek góry lodowej. Śledztwo od samego początku nabiera rozpędu, a w trakcie jego prowadzenia wiadomo już, że: primo: i tym razem łatwo nie będzie; secundo: być może trzeba będzie sięgnąć do zdarzeń, które miały miejsce przed 40-u laty. Na czym polega szczególna trudność? Oliver von Bodenstein pochodzi z tych stron, wszystkich zna, niekiedy świetnie orientuje się w historii całych rodzin, koligacji. Tutaj spędził dzieciństwo. Trudno niekiedy dobrych znajomych, ba – przyjaciół traktować formalnie. A jak się okazuje trzeba po takie środki właśnie sięgnąć. Dotyczy to zwłaszcza tych znajomości szczególnych: bandy rówieśników z dziecięcych lat. I kiedy wydawać by się mogło, że powinny to być najpiękniejsze wspomnienia: bo wspólne włóczenie się po okolicy, psoty, wypady w naturę, rozmowy, zabawy - rzeczywistość okazuje się być zgoła inna. To bolesne wspomnienia: nagle okazuje się, że z perspektywy dorosłego widać pewne rzeczy inaczej, w szerszej perspektywie, których jako dziecko nie było się w stanie poddać analizie, właściwie zrozumieć. Mając doświadczenia nazbierane podczas długich lat życia łatwiej odpowiedzieć sobie na pytanie: kto był tym właściwym przyjacielem a kto wrogiem. I z takim krótkim wstępem Was zostawiam, bo nie chcę oczywiście psuć lektury wyjawiając z byt wiele. Dodam jeszcze, że tak jak i w innych powieściach cyklu śledztwo jest prowadzone jednym torem, natomiast autorka zdradza nam wiele na temat życia prywatnego obojga śledczych. Związek Pii się rozwija, Oliver ma bardziej skomplikowaną sytuację życiową. Dochodzą do tego coraz problemy z córką, która – ma charakterek, oj, ma. Książka wielkich gabarytów, 712 stron – czyta się szybko. Na pewno w jej towarzystwie warto spędzić długie jesienne wieczory.

Wydawnictwo Media Rodzina

czwartek, 28 września 2017

Pamiętam jak kilka lat temu, kiedy odłożyłam ostatni tom Cukierni, pomyślałam sobie: szkoda, że to już koniec. Książki czytane przez wszystkie panie w mojej rodzinie, pożyczane sąsiadkom, koleżankom. Kupowane pod choinkę, na prezenty. (Zawsze był to trafiony prezent). Teraz wszystkie ucieszyłyśmy się, że jest kontynuacja. Miejsce jest znane: Gutowo i najbliższe okolice. Niektórzy bohaterowie pojawili się w pierwszej serii. Teraz odwiedzamy ich znów, pojawiają się nowe osoby i nowe wątki. Na całe szczęście Gutowo liczy sobie kilka tysięcy mieszkańców, stąd nadzieja, że autorka – Małgorzata Gutowska- Adamczyk coś na pewno jeszcze w przyszłości wymyśli. To lektura dla tych, którzy lubią wspomnienia rodzinne, wycieczki do przeszłości, niedomówienia podczas opowieści i czekanie na rozwiązanie zagadki. Właśnie na to ostatnie trzeba będzie trochę poczekać, bowiem w pierwszym tomie jest kilka nierozstrzygniętych kwestii, tajemnice, krzywdy sprzed lat. W planach – kolejne dwa tomy i wierzcie mi, trudno się będzie doczekać. Autorka uchyla rąbka tajemnicy powolutku, na razie tworzy klimat, przedstawia swoich bohaterów i skomplikowane relacje między nimi. Koncentruje się na rodzinie Hrysiów – znani w okolicy cukiernicy biorą udział w konkursie na najlepszy wyrób cukierniczy. Cukiernia pod Amorem proponuje proste ciasteczko z … wróżbą. Siła tkwi właśnie w prostocie. Wystarczy skusić się na słodki smakołyk, a zwinięta w środku karteczka podpowie, co daną osobę być może czeka w przyszłości. Wszyscy po kolei kuszą się na słodkości i wszyscy łakomie pochłaniają oczami przepowiednie. Co ciekawe – wiele z nich faktycznie pasuje do życiorysów i obranych dróg. A czy ciastko wygra konkurs?

Gutowo odwiedzają dwie kobiety: Monika i Teresa. Obydwie bogate, spełnione w życiu. Czegoś jednak szukają, chcą zrozumieć, uciekają we wspomnienia. Krocząc uliczkami Gutowa, odwiedzając dawne miejsca ich bytności, budzą pamięć, przywołują ludzi, których dawno już nie ma. Z drugiej strony budzą też demony: każda z nich ma coś do ukrycia. Przez wiele lat spychane do zakamarków pamięci, teraz pojawiają się ze zdwojoną siłą, domagają się wyjaśnień, wyciągnięcia na światło dzienne. Tymczasem w cukierni praca wre. Dochodzi do konfliktów właściciela z synem. Waldemar wynajmuje nawet prywatnego detektywa, który ma wyjaśnić zagadkę tajemniczego częstego znikania Zbyszka. Kiedy okazuje się, że powód jest prosty i dość przewidywalny: kobieta, czujność rodziców Hryciów na chwilę zostaje uśpiona.

Książka oprócz ciekawych wątków fabularnych zawiera interesujące tło społeczno – historyczne. Powojenna Polska, czas wprowadzania komunizmu, czasy współczesne. Autorka co rusz opisuje jakąś ciekawostkę dotycząca danego życia: mnie wciągnął opis uprawy lnu. Dziś, kiedy ubrania z tej tkaniny są bardzo drogie, aż wierzyć się nie chce, że dawniej nawet biedota wiejska biegała na co dzień w lnianych sukienkach i portasach.

Niezmiernie miło było znów odwiedzić stare kąty. Trochę jak bohaterki – Monika I Teresa – również i my krążymy wśród starych kamieniczek, ogrodów, maleńkich sklepików. Szukamy tego, co poznaliśmy kiedyś. Ta książka ma coś z rodzinnej gawędy. Dawniej w jesienne i zimowe wieczory siadało się w kuchni przy stole i wspominało, opowiadało zasłyszane historie po raz setny. Gutowska tak właśnie pisze – snuje swoje opowieści, koncentruje się na jakimś szczególe, komplikuje ludzkie losy. Ku naszej uciesze – bo książka na pewno może się spodobać. Mało tego – nie można doczekać się kontynuacji. Mam nadzieję, że ta szybko nastąpi.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

środa, 23 sierpnia 2017

Lubię książki z pokręconymi losami ludzi. Gdzie nic nie jest łatwe i przewidywalne. Jutro jest niepewne, a co dopiero bliższa czy dalsza przyszłość w szerszej perspektywie. Gdzie nagle okazuje się, że jedno wydarzenie miało brzemienne skutki i wielki wpływ na życie pojedynczych ludzi. I lubię oglądać takie wydarzenia oczami zwykłych ludzi. Poznać ich opinię, spojrzenie na pewne fakty. Gdyby mówić o ofiarach ostatniej wojny – na pewno liczby robią wrażenie. Kiedy poznaje się ból i łzy jednostek, wagę cierpienia – czytelnik płacze razem z nimi i …cierpi. Bo wchodzi w czyjeś życie – może nawet z buciorami, bezwstydnie ogląda sceny z rodzinnej nie do końca sielanki, zna tajemnice czterech ścian, które skrzętnie ukrywa się nawet przed najbliższą rodziną. Denerwuje się, że nie może niczego zmienić, współczuje, gdy ktoś odchodzi na zawsze, w końcu zastanawia się jakby sam się poczuł, gdyby przyszło mu stracić dom. Książka Aidy Amer świetnie wpisuję się we współczesność, gdzie wędrówki ludów stały się faktem, tematem codziennym. Wprawdzie nas nie dotyczą, ale co jakiś czas można w serwisach informacyjnych zobaczyć setki, tysiące ludzi zmuszonych, bądź na skutek własnych decyzji, zmienić totalnie swoje życie, o sto osiemdziesiąt stopni, osiąść gdzieś indziej, w zupełnie obcym miejscu. Przesiedlenia to też kawał naszej historii. Temat gdzieś spychany na margines, teraz w powiązaniu z wydarzeniami w innych krajach, nagle ożywa. Sytuacja Prus Wschodnich (Boże, gdzie to było, słyszy się czasem), wysiedlenia, przesiedlenia. Wyrazy często pojawiają się co rusz w artykułach, a słowa odbijają się echem w powszechnej świadomości. Dwie rodziny: Stuhlmacherów i Sztulmowców, nie znający się nigdy wcześniej. Łączy ich dom: opuszczony przez jednych, zamieszkały przez drugich. Chichot historii, która  w pewnym sensie zatacza koło. Tu nie ma miejsca na tanie gadanie, łatwe rozwiązania, jakieś ersatze. Trzeba dostosować się do nowej sytuacji. Jedni uciekają, nadchodzą drudzy. Są tylko pionkami w grze, która zwie się historią, do której gry plan ułożyli możni i niemożni tego świata. A ten obserwujemy z różnych perspektyw: raz do głosu dochodzą Niemcy Stuhlmacherowie, raz Polacy Sztulmowcy. To nie powieść rzeka, w której jedno wynika z drugiego. To taka powieść patchwork, pozszywana ze skrawków pamięci swoich bohaterów. Wplątani nawet wbrew własnej woli w wichry wojen, przemian społecznych próbują żyć zgodnie ze swoimi przekonaniami i naturą. Ona też jest tu bohaterem. Tytułowe ptaki pojawiają się gdzieniegdzie i nie tylko tworzą specyficzny koloryt, ale jednocześnie silnie związane są z losami książkowych postaci. Nie jest to łatwa książka – trochę trwa zanim czytelnik się do niej przekona. Trzeba rozszyfrować zamiar autorki, która też pochodzi z różnych światów. Ciekawym doświadczeniem jest poznać świat przesiedleń, pojedynczych osób w czasie ostatniej wojny i po z perspektywy, której bliskie są różne kultury.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16