Świat jest stworzony po to, aby stać się kiedyś piękną książką
Archiwum
Zakładki:
Książki 2013
Książki 2012
Książki 2011
A tutaj piszę o książkach
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
Dekoratorskie
Książki - 2010
Książki- 2008
Książki- 2009
Napisz do mnie
Piszą o książkach
Strony o książkach
Szablon mojego bloga
Wydawnictwa
Wyzwania czytelnicze
Zaglądam również TU
Tagi
Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać

Książeczki z dziecięcej półeczki

wtorek, 22 stycznia 2019

Zawsze z przyjemnością zaglądam do książek dla dzieci, które traktują o sztuce. Ta akurat odkrywa tajemnice warsztatu artysty. A ten do stworzenia swojego dzieła potrzebuje oczywiście wyobraźni , talentu, umiejętności. Jednak żaden obraz nie powstałby bez farb. To ciekawe spojrzenie na temat, ponieważ wiele książek traktuje o sztuce w aspekcie poszczególnych epok. Tymczasem poznawanie technik i to w różnych epokach – to naprawdę ciekawy pomysł i swego rodzaju novum jeśli chodzi o książki dziecięce.  Zatem farby – to temat przewodni tutaj. Może to Was zdziwić, ponieważ w wielu książkach o historii malarstwa autorzy zaczynają opowiadać o sztuce ludzi pierwotnych. A skąd niby mieli oni niby wziąć farby? – ktoś zapyta. Przecież to niemożliwe – aż ciśnie się na usta. Tymczasem dzieci dowiedzą się, że również nasi praprzodkowie robili farby sami – z naturalnych barwników występujących w przyrodzie. I ta książka zaczyna się  właśnie od sztuki jaskiniowej. Później jest mowa o akwareli, temperze, freskach, malarstwie olejnym, pastelach, farbach akrylowych i kolażu. W każdym dziale dowiecie się skąd pochodzi nazwa danej techniki, jaki jest skład danych farb (ale tu uwaga – bez nudnawych wywodów – raczej wiele ciekawostek), poziom trudności danej techniki: czy łatwo malować farbami akwarelowymi albo temperowymi. Dalej: właściwości technik: np. malowanie farbami akwarelowymi uniemożliwia zamalowanie nieudanych elementów obrazu., w przeciwieństwie np. do malarstwa olejnego. Podłoża do farb – na czym malowano w różnych epokach, które podłoże jest dobre do danej techniki malarskiej. Materiały: pędzle, substancje do czyszczenia ich, sposoby nakładania farb. W końcu również i przegląd poszczególnych epok – kiedy dana technika była popularna, kto ją popularyzował (np. akwarelę – impresjoniści, freski – Giotto). Jest też dużo reprodukcji – przykładów danej techniki malarskiej. Wśród autorów sami mistrzowie: Dürer, Cezanne, Botticelli, Modigliani, Młodożeniec, Chagall, Kobro, Kandinski i wielu innych. Autorka zwraca uwagę na cechy charakterystyczne danej techniki w poszczególnych epokach: np. świetnie opisano tu sztukę egipską. Poświęca uwagę ikonom średniowiecznym – ciekawe jest znaczenie poszczególnych farb, których używa się przy pisaniu ikon, np. kolor złoty – często dominuje w ikonach i jest to symbol samego Boga. Zwraca uwagę, że w przypadku malarstwa olejnego uzyskiwano efekty dzięki nakładaniu grubych i cienkich warstw farby.

Znajdziecie tu liczne ciekawostki do każdego tematu, np. naskalne animacje ludzi pierwotnych mają wiele wspólnego z filmami animowanymi. Wielu artystów z późniejszych epok (np. ekspresjoniści w XX wieku) wzorowali  się właśnie na pierwotnych technikach: pryskali farby i malowali rękami. Dużo uwagi poświęcono powstawaniu ksiąg w średniowieczu, czyli tzw. iluminatorstwu – temat fascynujący, biorąc pod uwagę to, że księgi były sporządzane ręcznie i na pergaminie. Jak mogła wyglądać mapa odkrywcy Ameryki: Krzysztofa Kolumba, dlaczego Botticelli zniszczył wiele swoich dziel, w jaki sposób Michał Anioł malował freski w Kaplicy Sykstyńskiej? Pytania, pytania – odpowiedzi w środku. Mnie zaciekawiło jedno stwierdzenie z filozofii chińskiej, które mówi o tym, że zła osoba nie jest w stanie wykonać pięknego dzieła sztuki. Czy tak było/ jest w istocie?

Podsumowując: ciekawa książka o sztuce, przejrzyście i zrozumiale napisana, z licznymi konkretnymi informacjami i ciekawostkami. A jeśli ktoś połknął artystycznego bakcyla – może sięgnąć po inną pozycję autorek „Farby, szkicownik artysty”. Tym razem baaaaardzo kreatywną. Ale o tej książce – za chwilę:)

Wydawnictwo Kocur Bury

poniedziałek, 19 listopada 2018

Najpierw był wywiad z Piotrem Sochą, dopiero potem książka. Piękna. Piękna. Piękna. Można kartkować w nieskończoność „w te i wewte”. Podziwiać wszystkie listki, słoje, korę – przez które ilustrator został prawie samotnikiem, o czym też możecie poczytać w przytoczonym powyżej wywiadzie. W tej książce dominują zdecydowanie ilustracje. Przewraca się kolejną rozkładówkę – olbrzymią, i wchodzi się w obraz. Dopiero potem zauważa się tekst (przepraszam za to najmocniej Wojciecha Grajkowskiego). Obraz porywa nas w miejsca rodzime i egzotyczne, między gatunki znane z literatury, mediów, lekcji przyrody czy geografii i … gatunki zupełnie nam obce. Drzewa – na swój sposób oswajane, bo niektórzy z nas nie rozumieją wagi drzew dla naszego środowiska. Bo drzewo to tylko drzewo. Nie, nie zgadzam się z tym – drzewo, to AŻ drzewo! Wielu traktuje drzewa jako zwykłego „przeszkadzcza” na osiedlowym skwerku – bo liście, pszczoły i ptaki. Albo na drogach – przeszkody, bo wypadki i utrudnienia widoczności. A kim bylibyśmy bez drzew? Myślę o tym grabiąc właśnie teraz kilogramy liści z trawnika (te na grządkach zarezerwowane dla jeży), bo akurat my kochamy drzewa: mamy owocowe, lipę, brzozy, jarzębinę, klony.

A więc obrazy, nad którymi Piotr Socha spędził wiele miesięcy, które wykluczyły go z życia towarzyskiego może i w dużym stopniu z rodzinnego. Patrzę na tę ilość listków namalowanych i aż nie chce mi się wierzyć w to, że wszystkie one pochłaniały uwagę ich autora – każde z osobna. Zobaczcie ile ich jest! Dużo wyjaśniają teksty w bocznych szpaltach obok ilustracji. Znajdziemy tu skarbnicę informacji na temat liści, korzeni, zmian zachodzących w drzewach podczas poszczególnych pór roku. Czy wiecie na przykład, że drzewa mogą udać się w podróż? A najwyższe drzewa – w Kalifornii w USA osiągają ponad 115 metrów wysokości i są wyższe od takiego choćby Big Bena (96 m) czy Statuy Wolności (93 m). A cypryśnik meksykański Árbol del Tule, który w obwodzie ma (uwaga) 36 metrów to przykład drzewnych grubasów wagi ciężkiej. Zadziwią Was pewnie ciekawostki na temat wieku drzew na świecie. Nasze dęby to prawdziwe młodzieniaszki w porównaniu z takim choćby świerkiem pospolitym ze Szwecji. Stary (poczciwy) Tijkko liczy sobie (ba!) 9550 lat! Każde drzewo to niemy świadek historii. Każdego roku przybywa pod korą jedna cieniutka warstwa. Słoje mówią prawdę o wieku drzewa. Niektóre z gigantów wykiełkowały na przełomie epok brązu i żelaza – mowa tu o olbrzymich mamutowcach. Poznacie drwala i jego pracę, najsłynniejsze budowle drewniane – w tym cudo architektury: cerkiew na wyspie Kiży liczącą sobie 22 kopuły. Dalej: drewniane wehikuły, np. projekty maszyn latających Leonarda da Vinci, arka Noego czy mityczny koń trojański.  Drewniane maski z różnych zakątków świata: Meksyku, Gwatemali, Kongo, Nigerii. Instrumenty drewniane, domki na drzewach, bonsai, sztuka przycinana drzew, Darwinowskie drzewo życia, drzewo genealogiczne, drzewo w różnych religiach, święte drzewa – jak figowiec pagodowy buddyzmu i hinduizmu, święte dęby ludów pogańskich w Europie. Las, który pojawia się w tak wielu baśniach i legendach. Zamieszkały przez dziwaczne stworzenia: elfy, driady, duchy i duszki, wiedźmy, wesołą kompanię Robin Hooda. Jeszcze Wam mało? Temat jeszcze nie został wyczerpany. Po prostu nie jestem w stanie napisać tu o wszystkim. I pomyśleć (to na podstawie wywiadu), że pomysłów było jeszcze więcej, tylko z nich zrezygnowano. Piękna książka – podpowiadam: święta się zbliżają – idealny pomysł na prezent. Do czytania przez całe życie.

 

Wydawnictwo Dwie Siostry

poniedziałek, 29 października 2018

W zalewie literatury angielskiej, amerykańskiej, nawet ostatnio skandynawskiej, naprawdę ciekawym przeżyciem czytelniczym jest książka słoweńska. Niewiele tytułów dla dzieci z krajów leżących nad Adriatykiem. Może dacie się skusić na inne klimaty:))) Tym bardziej, że często wybieramy Słowenię jako cel wakacyjny. Warto sięgnąć zatem po literaturę tego kraju. 

Ludmiła Kraśnicka jest śpiewaczką operową. Niedawno zamieszkała w nowym miejscu, gdzie nikogo nie zna. Pewnego dnia kobieta udaje się na jarmark, gdzie kupuje pierścień o ponoć magicznych właściwościach. Ludmiła niestety nie zdążyła się zbytnio nacieszyć nowym zakupem, ponieważ pierścień wyślizguje jej się z rąk i dalej turlać się przed siebie. Nie tak łatwo go złapać – mnóstwo ludzi z miasteczka rusza w pogoń za pierścieniem. Czy aby ten pierścień na pewno jest magiczny, jak go zachwalał sprzedawca? A jeśli tak, to na czym polega ta jego niezwykłość?  

Magiczny pierścień to nie tylko bajka. To również wyprawa do przeszłości - podejrzewam, że do początków wieku XX albo okresu przedwojennego. Tak mi się przynajmniej wydaje na podstawie ilustracji i samego tekstu: strojów bohaterów, figlarnych wąsików dżentelmenów pozwijanych w ślimaczki, rekwizytów antycznych sprzętów w postaci aparatu fotograficznego i cudu techniki – dwupłatowca czy kataryniarza z katarynką. Sama historia zawiera motyw lubiany przez dzieci: wyliczankę – powtarzankę znaną choćby z „Rzepki” Tuwima czy  „O kurce Złotopiórce i kogutku Szałaputku” Ewy Szelburg-Zarembiny. To też opowieść o szukaniu ludzi w dniu codziennym, kontaktów i relacji z nimi. Człowiek jest istotą społeczną, ciężko żyć w  samotności, czego zresztą doświadcza artystka. Mimo przeniesienia tej historii do przeszłości, jest ona aktualna właśnie dzisiaj. W dobie smartfonów, laptopów, tabletów, Internetu. Mamy dziesiątki znajomych (u niektórych idzie to w setki, tysiące), a tak naprawdę jakbyśmy nikogo nie mieli. Oszańcowujemy się w swojej prywatności, wolimy relacje na odległość niż bliski kontakt przy stole przy filiżance dobrej kawy czy herbaty. Dzieci nie spotykają się na dworze, gdzieś w ciekawym miejscu, ale wysyłają do siebie sms-y albo wiadomości na messengerze. Ludmiła wychodzi do ludzi, najpierw nieśmiało – o dziwo nie wykorzystuje swojej popularności. Tylko nieliczni miłośnicy opery ją znają i kojarzą. Tak jakby chciała, by ktoś dostrzegł w niej wartościowego człowieka bez tej całej otoczki celebryctwa i próżnego bywania w wyższych sferach. Trochę pomaga jej magia. To pokazuje, jak bardzo potrzebujemy drugiego człowieka, przyjaciół. Zakończenie to też dowód na to, że razem można osiągnąć tak wiele, pokonać przeszkody, wszelkiej maści trudności.

Książka została wydana w ramach projektu: "Nasza Mała Biblioteka". O szczegółach możecie poczytać tutaj. 

 

Wydawnictwo Ezop

wtorek, 23 października 2018

 

Zawsze było więcej o królach. Zdecydowanie. Królowe polskie, władczynie polskie – przeważnie pozostawały w cieniu – swych mężów królów, choć były zdecydowanie ciekawszymi osobami, niekiedy skuteczniejszymi. Nosiły koronę, jeszcze musiały być matkami, opiekunkami, powierniczkami królewskich tajemnic i sekretów. Odpowiedzialne za wychowanie królewskich dzieci, przyszłość córek i synów – w służbie narodu. Zajęcie nie powiem, barrrrdzo stresujące. Niestety – męski świat – taki  właśnie był przez długie wieki – to mężczyźni rozdawali karty, ustalali zasady gry. No chyba że już zdarzyła się taka charakterna „babeczka” jak Włoszka Bona Sforza. Można na jej temat znaleźć naprawdę wiele informacji. Mało tego - może nie wiecie, ale to właśnie dzięki niej (choć niektórzy twierdzą, że to mit) ponoć zadomowiło się w naszym języku codziennym pojęcie włoszczyzny dodawanej jak Polska długa i szeroka do zupy. Czas zatem skończyć z przekonaniem, że królowe polskie były cichymi bohaterkami drugiego planu. Pomóc mogą w łamaniu stereotypów takie publikacje jak ta: prezentująca 25 sylwetek kobiet związanych z tronem Polski. Stąd i z daleka, bo tamten świat z przeszłości rządził się swoimi prawami – niewiele małżeństw było zawieranych z miłości. Liczyły się układy, plany możnowładców i samego króla. Gdy tylko na świecie pojawiało się dziecko królewskie już planowano jego przyszłość – która niekiedy zmieniała się w zależności od opcji politycznych. Uff, dobrze, że te czasy dawno już minęły. 25 portretów – dosłownie – bo wielkie i kolorowe, odważnie pokazujące ludzką i kobiecą stronę władczyń. W lazurach, różach, pomarańczach, zieleni, żółci, czerwieni. Patrzę na te „babeczki” i oczu od nich oderwać nie mogę. Z krwi i kości, nie żadne zapatrzone w dal sztywne i posągowe postacie z pomników albo portretów Matejki. Nic z tych rzeczy. Popatrzcie na twarz Ludwiki Marii Gonzagi – aż ma się wrażenie, że zaraz puści do czytelnika oczko. Z drugiej strony to też portrety opisowe. Każda z bohaterek opowiada o sobie – ale nie ma tu żadnego klucza, że wszystkie podejmują tę samą jedną tematykę. Jedne bardziej skupiają się na kraju pochodzenia i swojej rodzinie. Inne więcej opowiadają o polityce. Wspominają dzieciństwo, rodzinne strony, ich pierwsze wrażenia po przybyciu do Polski, starania o ich rękę, urządzenie dworu, przyjaciele, ocena polityki męża, zwyczaje i panujące konwenanse. To one są na pierwszym planie, choć bohaterem drugoplanowym niewątpliwie są epoki, czasy, w których przyszło im żyć – z ich opowieści można dowiedzieć się wiele na temat życia w średniowieczu, renesansie czy baroku.

Wśród kobiet są znane postacie jak: Marysieńka, Barbara Radziwiłłówna, Jadwiga Andegaweńska, Bona Sforza czy Anna Jagiellonka.  Jednak zdecydowana większość jest mniej znana: raczej przeciętny czytelnik nie wie za dużo na temat: Marii Józefy, Anny Cylejskiej czy Agnieszki Babenberg.  

Wiek 10+

Wydawnictwo Znak

poniedziałek, 15 października 2018

 

Krowa Matylda nie chce się kąpać. Nie pomagają zachęty gospodyni – a trzeba przyznać, że akurat w tej dziedzinie kobieta jest naprawdę pomysłowa  – jednak Matylda, podobnie  jak jej daleki kuzyn osioł, jest niezwykle uparta. Ucieka, kryje się po krzakach i za budynkiem  – jednym słowem robi wszystko, by uniknąć wody. Liczne ilustracje pokazują gospodynię i krowę jak ze sobą walczą, przeciągają linę, chcą przekonać siebie nawzajem  do swoich racji – niekiedy nawet siłowo, ale i podstępem. Śmieszna historia pokazująca dalsze perypetie krowy Matyldy. Dzieci mają możliwość poznania życia na wsi z przymrużeniem oka – widać sprzęty, maszyny, inne zwierzęta. Jest dużo szczegółów do odkrywania, pokazywania – na pierwszym planie oczywiście główne bohaterki, które w końcu dochodzą do konsensusu.  I jest oczywiście okazja do tego, by porozmawiać o higienie na co dzień. A może wśród małych czytelników jest ktoś, kto podobnie jak Matylda, też stroni od kąpieli?

Wiek 4+

Wydawnictwo Media Rodzina

wtorek, 09 października 2018

Przenosimy się do roku 1918, do Lublina. Mietek jest mistrzem w rzucaniu papierowych strzał. Potrafi trafić nawet w lekko uchylony lufcik okna. Ba – w kok nauczycielki. I jest ku temu okazja – bo w powietrzu czuć, że za chwilę w mieście wydarzy się coś ważnego. Polscy żołnierze z hukiem przeganiają Austriaków tam, gdzie pieprz rośnie. Grupka dzieciaków – ich pasje i marzenia. Statki budowane z drewnianych ścinków przez przyszłego marynarza. Książki ukochane przez chłopca nieumiejącego czytać, oglądane z taką pasją. To oni są świadkami rodzącej się wolnej Polski – po 123 latach niewoli. Na ulicy, od przechodniów, mieszkańców co rusz słyszą jakiej ciekawostki z wielkiego świata: a to o rozbrajaniu niemieckich żołnierzy, a to o powstaniu Rady Regencyjnej czy uwolnieniu Piłsudskiego z więzienia. I o petycji, która ma być wysłana do komendanta. Dzieciaki chcą dorzucić swoje postulaty: by w szkole dla uczniów była gorąca herbata i by palono w piecach podczas lekcji. Ale to nie koniec ich pomysłów na „ulepszenie” Polski.

Kolejna część serii „Czytam sobie z kotylionem” jest przeznaczona wyraźnie dla starszych dzieci – i to nie tylko ze względu na wyżej postawioną poprzeczkę dotyczącą umiejętności czytania. Chodzi też o tematykę. Odnosi się ona do sytuacji w Polsce sprzed 100 – lat. Na pewno temat „podejdzie” bardziej dzieciom interesującym się historią.

Dla tych, którzy nie zetknęli się z tymi małymi cudeńkami wspierającymi naukę czytania, zaznaczę tylko, że poziom 3 to ostatni i najbardziej wymagający etap nauki czytania przeznaczony dla dzieci w wieku 5 - 7 lat. Oznacza to: 2500-2800 wyrazów w tekście, użycie wszystkich głosek, zdania bardziej złożone i dłuższe, alfabetyczny słownik wyrazów. Po lekturze dziecko może zdobyć „Dyplom sukcesu” (na końcu książki. To ważne dla początkującego czytelnika, który zmierzył się z książką, która tak bardzo przypomina lekturę dla dorosłych – a to przecież daje satysfakcję:)

O serii „Czytam sobie z kotylionem” pisałam już tutaj.

 

Wydawnictwo Egmont

sobota, 06 października 2018

Kubuś Puchatek – książki jak i kreskówki zdobyły sobie rzesze wiernych fanów z różnych powodów, o których teraz nie chciałabym się bliżej rozpisywać. Jednym z nich w moim akurat przypadku są liczne mądrości, których jest całe mnóstwo – do przeanalizowania, refleksji, w  końcu do zastosowania. Mądrości te (mniej lub bardziej mądre, a nawet przemądrzałe) wygłaszane są co rusz przez licznych bohaterów: samego Kubusia, Prosiaczka, Kłapouchego i innych. Sama łapię się na tym, że niektóre tak weszły mi w nawyk stosowania, że traktuję je jak swoje. Inne – po zapoznaniu się z książką – stosowałam, choć nie wiedziałam, że źródło tkwiło właśnie w „Kubusiu Puchatku” lub „Chatce Puchatka”. Moim najulubieńszym od lat jest cytat, którego niestety nie znalazłam w omawianej książce - Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było. (używam, gdy długo szukam czegoś/ kogoś bez skutku)

Ale są i inne, które pewnie znacie – a które teraz zebrane w małej poręcznej książce posłużą za źródło inspiracji do używania w dniu codziennym. Kilka przykładów – więcej wraz z ilustracjami bohaterów znajdziecie już w książce, która zmieści się w torebce albo tornistrze.

A więc cytując KLASYKÓW zapamiętajcie, że:

„Jeśli nie ma tego Tutaj, to znaczy, że jest Tam” (Kubuś)

„Czasami najlepiej zrobić Nic. Z takiego Nic może wyniknąć naprawdę Coś” (Kubuś)

Kocham Prosiaczkowe: „Och jej, jak dobrze być w domu”

„Nie da się kichnąć i tego nie zauważyć” (Kubuś)

„Czas coś przekąsić” (Kubuś)

„Czasami odrobina uprzejmości wiele zmienia” (Kłapouchy)

(*Mądrości w tłumaczeniu Eweliny Gładkiej)

Wydawnictwo Egmont  

piątek, 05 października 2018

Do Oli przyfrunęła kartka, na której widniała osobliwa para: krakowiak i krakowianka w tradycyjnych strojach. Mało tego, postacie z kartki zaczęły mówić. Za pomocą jakiejś magii Ola nagle przeniosła się do dawnego Krakowa, gdzie spotkała autorkę ilustracji: siedmioletnią Zosię Stryjeńską. Dziewczynka z przeszłości jest akurat z ojcem na rynku w Krakowie. Miasto bure i szare, ale Ola zaczyna patrzeć na całe otoczenie oczami Zosi, która wyraźnie ma artystyczną duszę. Feeria barw: zabawki, owoce i warzywa na straganach, kwiaty, stroje mieszkańców. Można dostać oczopląsów. Nagle Zosia wpada na pomysł, że ona te wszystkie kolory pozbiera.  Ciekawe, jak to zrobi? Dalej Ola widzi Zofię bawiącą się w teatr, marzącą o studiowaniu malarstwa. Emocje budzi jej wyjazd na akademię za granicę i … udawanie chłopaka. Bo studia dla kobiet były wtedy zakazane. Jak wyglądało dalsze życie znanej malarki? Jak skończy się wyprawa Oli do Krakowa? To ciekawy obraz ludzi, dawnej sytuacji społecznej i kulturalnej. Podoba mi się, że bohaterką serii „Czytam sobie” została właśnie Zofia Stryjeńska (1891-1976), znakomita malarka, która walczyła o swoje miejsce na ziemi, pozycję w środowisku artystycznym. Na początku XX wieku nie było to łatwe.

Ta książka to Poziom 2. Zatem jest przeznaczona dla dzieci, które już sobie lepiej radzą z czytaniem. Poziom drugi oznacza bowiem składanie zdań, 800-900 wyrazów w tekście, dłuższe zdania – pojedyncze i złożone, elementy dialogu, 23 podstawowe głoski oraz „h”, ćwiczenie sylabizowania. Na końcu jak zwykle Dyplom sukcesu dla czytelnika i naklejki – tym razem niepodległościowe – w formie kotyliona. I właśnie na ten kotylion chciałabym tu zwrócić uwagę – i jak na nazwę serii „Czytam sobie z kotylionem”. Alfred Znamierowski, autor książki „Orzeł biały. Znak państwa i narodu”, pisze o „kokardach narodowych”, które w ostatnim czasie zrobiły olbrzymią „karierę”, a które mylnie nazywane są właśnie „kotylionami”. Przed 11 listopada jak Polska długa i szeroka wszystkie przedszkolaki robią tak naprawdę biało – czerwone kokardy. Zatem i tu pewnie powinna się pojawić nazwa „kokarda” – przynajmniej tak twierdzi znawca i autorytet w kwestii heraldyki i weksykologii.

 

Wydawnictwo Egmont

czwartek, 04 października 2018

 

Cudna książka, która od razu trafiła do mojego serducha. Dotyczy ona tak wielu aspektów w relacjach między rodzeństwem. Jakich?

Jest tu Starszy Brat, który (ponoć) lepiej i ładniej rysuje. Jest młodsza siostra, Inka, która (ponoć) jeszcze nie ma takiej wprawy w rysowaniu jak jej Brat. Rysunki Inki są (ponoć) gorsze – tak twierdzi Inka.

Jest tu chęć dorównania Starszemu Bratu. Za wszelką cenę.

Jest odgradzanie dwóch światów – własnymi rękami – tu jest moje, a tam jest twoje. A przekroczenie granicy grozi wybuchem konfliktu na skalę międzynarodową.

Jest tajemnica, której nie można zdradzić, bo druga strona zaraz cosik spapuguje.

Jest charakterystycznie zadarty języczek – wystający z dziecięcych usteczek – ukazujący zatracenie się w robocie, pasji. Pokazujący wielkie zaangażowanie małego człowieka w to, co robi.

Są opuszczone rajtuzki – bo kto by tam pamiętał o podciąganiu garderoby, gdy trzeba tworzyć rzeczy wielkie – w postaci dzieła sztuki dorównującemu dziełu Brata.

Jest płacz. Nieee, właściwie ryk przez duże „eR”. Kiedy rysunek nie wychodzi tak dobrze, jak dziecko by sobie życzyło. I ta świadomość: Brat jest jednak lepszy.

Jest złość, którą trudno opanować.

Jest kłótnia ze Starszym Bratem – i wyzywanie od „głupich”.

Jest darcie, cięcie obrazka na kawałki.

Są wypieki. Jest buraczana twarz – czerwień z emocji.

Jest niespodzianka i rozejm – przynajmniej na jakiś czas. Prezent dla młodszej siostry od Starszego Brata. Czyż to nie piękne?

Któż tego nie zna z własnego podwórka? Tylko nie wiedziałam, że to taki wspaniały temat na książkę. To samo życie. Obudziły się wspomnienia. Pięknie zilustrowana – bardzo dziecięco. 

Wydawnictwo Zakamarki

wtorek, 02 października 2018

Znam dzieci, które z wielkimi emocjami czekają na każdy nowy tomik serii: „Biuro detektywistyczne Lassego i Mai”. Która to już część? Przyznam się, że musiałam sprawdzić na stronie wydawnictwa: 25. To ładna liczba, nie ma co. Kilku mieszkańców Valleby otrzymało zaproszenie od hrabiego Erika von Farsena na degustację czekolady w starym zamku. Warunkiem było dotarcie do celu na rowerach. Jak się potem okazało – samochody mogłyby przestraszyć młode kaczki, które mieszkają w fosie okalającej starą budowlę. Jest miło, sympatycznie, gościnnie – jednak Maja i Lasse od samego początku są niezwykle czujni. Bo dlaczego służący hrabiego tak na wszelki wypadek zakluczył rowery wszystkich uczestników wyprawy? Dlaczego serwowana czekolada ma posmak taniej czekolady z supermarketu? Dlaczego prawie wszystkie pomieszczenia na zamku są puste – bez mebli i dzieł sztuki? Te są jedynie w jednym pokoju, w którym podejmowani są goście. I to dziwne zachowanie hrabiego i jego służącego. Jak się potem okazało – wszystkie podejrzenia jak najbardziej uzasadnione.

Kolejny tomik serii niesie z sobą wiele niespodzianek, jest tajemnica i jest rozwiązanie. Znów pojawiają się mieszkańcy malutkiego szwedzkiego miasteczka, którzy w tej części dają się skusić na obiecanki cacanki hrabiego. Są czarne charaktery, które są w każdej części o Lassem i Mai przysłowiową wisienką na torcie. Główny bohater potrafi mamić, mówić miłe słówka – człowiek zastanawia się, jak sam zachowałby się w takiej sytuacji. A gdy w planach pojawia się podróż każdego roku na wyspę niedaleko Jamajki. Ooooo – to już naprawdę, nic tylko decydować się na współpracę z Hrabim. Na szczęście Lasse i Maja studzą gorące głowy i pomagają rozwiązać tę kryminalną sprawę.

Duża czcionka, szeroka interlinia, krótkie rozdziały, świetne ilustracje.

„Biuro detektywistyczne Lassego i Mai” trzyma poziom.

Wiek 6+

Wydawnictwo Zakamarki  

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44